O życiu kulturalnym, ksiażkach, historii, teatrze i polonikach. Spacery po Paryżu dla ciekawskich
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Centrum Pompidou-sztuka Europy Wschodniej, ktora mozna sobie darowac...
niedziela, 25 kwietnia 2010
Paryskie Veliby i inne projekty Patricka Jouina
Kazdy kto zwiedzal ostatnio Paryz, mogl zauwazyc stojace w szeregu na trotuarach rzedy rowerow. Sa to slynne Veliby, ktorych nazwa pochodzi od polaczenia dwoch francuskich slow velo-rower i libre-wolny.. Za niewielka, wrecz symboliczna oplata, korzystaja z tych rowerow na codzien nie tylko Paryzanie, ale przede wszystkim turysci. Uwielbiany jest za swoj ergonomiczny ksztalt, srebrzysty blysk lakieru i latwa dostepnosc.
Nie wszyscy jednak wiedza, ze ich projektantem jest obecna gwiazda francuskiego wzornictwa przemyslowego, Patrick Jouin. Urodzil sie w 1967 roku w rodzinie slusarza. Od ojca zarazil sie wiec pasja do ksztaltowania, formowania przedmiotow. Od 1993 roku rozpoczal terminowanie u boku najwiekszego bodajze mistrza w Europie, Philipa Starcka. Wspolpracowal rowniez w tym okresie z innymi bardzo znanymi producentami mebli, Cassina i Kartellem. W 2000 roku doszlo do decydujacego spotkania w jego zyciu z wielkim mistrzem kuchni, Alainem Ducasem. Owocem tej wspolpracy staja sie gadzety do wystroju stolu i kuchni ale rowniez pelne wyposazenia restauracji.
We wspolpracy z Ducasem powstaje rowniez projekt slynnego garnka „Pasta Pot” zrealizowanego przez slynna marke Alessi. Jesli ktos nie zakupil jeszcze tego garnka do swojej kuchni to serdecznie polecam, gdyz technologia i stosowane materialy pozwalaja na jednoczesne gotowanie pasty i sosu. Ponadto cudenko to ma jeszcze te zalete, ze wmontowana jest wen lyzka do probowania naszego dania oraz specjalna pokrywka pozwalajaca na nieklopotliwe odcedzanie wody.
Nie bede sie rozpisywac o innym zrealizowanych projektach Patricka Jouina, jest ich wiele, ale zapraszam na wystawe poswiecona pracom tego francuskiego designera w Centrum Pompidou. Wystawie towarzyszy film, w ktorym opowiada on o procesie powstania kazdego z dwudziestu pokazanych projektow, m.in o slynnego garnka, ale rowniez krzesel, lyzek, lamp i wielu innych przedmiotow.
czwartek, 22 kwietnia 2010
Erró w Centrum Pompidou
Na pierwszy rzut oka, ogladane kolaze wydaja nam sie proste do wykonania. Zastanawiamy sie nawet, czy wogole mozna je uznac za sztuke po czym powoli, zaczyna imponowac nam wyobraznia i odwaga autora. Na prace islandzkiego artysty Erró wystawione od kilku dni w paryskim centrum Pompidou skladaja sie wycinki z kolorowych czasopism, magazynow, ksiazek o sztuce i karykatur politycznych, zdjec i komiksow. Wygladaja na futurystyczna zabawe artysty, wyroznia je kolorystyka i roznorodnosc tematow, od komentarzy z biezacego zycia politycznego az do zabawy z bohaterami naszej zbiorowej wyobrazni takimi jak Marlena Dietrich, Stalin, kaczor Donald czy Madonna.
piątek, 16 kwietnia 2010
"I love Paris" wedle Cécile Paris w VAL/MAC
Every time I look down on this timeless town
whether blue or gray be her skies.
Whether loud be her cheers or soft be her tears,
more and more do I realize:
I love Paris in the springtime.
I love Paris in the fall.
I love Paris in the winter when it drizzles,
I love Paris in the summer when it sizzles.
I love Paris every moment,
every moment of the year.
I love Paris, why, oh why do I love Paris?
Because my love is near.
Festiwal Nemo w Centquatre
wtorek, 13 kwietnia 2010
Podziw dla spoleczenstwa, podziw dla dziennikarzy...
Wydawalo mi sie, ze zamieszczanie refleksji o tragedii pod Smolenskiem na blogu o kulturze francuskiej nie ma wiekszego sensu, niemniej jednak siedze od soboty z nosem przyklejonym do telewizora i jakos nie bardzo mam ochote wychodzic z domu. Moze jak nigdy czuje sie blisko ludzi w Polsce, ich tragedii przezywanej z tak niezwykla godnoscia, spokojem i szacunkiem dla zmarlych.
Chcialabym sie podzielic moze tylko jedna refleksja. Nie moge wyjsc z podziwu przede wszystkim dla spoleczenstwa. Bo jesli rozwoj kultury i cywilizacji narodu ocenia sie po stosunku do zmarlych, to naprawde rosniemy w oczach. Podziwiam kulture i sposob w jaki jeszcze niedawni przeciwnicy polityczni mowia dzis o ofiarach. Widzialam dzis samochod z cialem Marii Kaczynskiej przemierzajacy ulice Warszawy i bukiety kwiatow rzucane na maske i szyby. Bylo w tym tyle ciepla i szacunku...
Wreszcie jestem pelna podziwu dla dziennikarzy polskich, ktorzy praktycznie 24 godziny na dobe relacjonuja z elegancja slowa, dyscyplina i wielkiej klasy profesjonalizmem wydarzenia, rozmawiaja z przyjaciolmi ofiar, wspominaja swoich niedawnych gosci. Nie padaja zadne zle slowa pod adresem przeciez w koncu najbardziej kontrowersyjnego prezydenta w historii. Tak jakby dziennikarze chcieli mu wynagrodzic wszystko to, co zlego o nim powiedzieli i napisali w przeszlosci.
W piatek lece do Warszawy, bede wiec mogla osobiscie wziac udzial w tej wielkiej narodowej mszy, zapalic swieczke i pozegnac chocby symbolicznie tragicznie zmarlych. Wspolczuje tym, ktorzy zostali, im jest najtrudniej.
środa, 7 kwietnia 2010
Francuska premiera "Dziewiatego dnia" Volkera Schlöndorffa
W klubowym kinie Balzac wyswietlono kilka dni temu po raz pierwszy we Francji, « Dziewiaty dzien » Volkera Schlöndorffa. Nie wiem dlaczego film ten nie znalazl zainteresowania wsrod francuskich dystrybutorow. Za wczesnie? Zbyt drazliwy temat?
Byl to moj pierwszy film Schlöndorfera, co stwierdzam z ogromnym zalem. A przeciez o wielu jego obrazach bylo swego czasu dosc glosno. No coz...lepiej pozno... "Dziewiaty dzien" to historia ksiedza, uwiezionego w okresie wojny wraz z innymi duchownymi z calej Europy, w Dachau. Tortury, podle traktowanie, okrucienstwo Niemcow, strach -pokazane zostaly bez taryfy ulgowej. Zupelnie nieoczekiwanie, ksiadz otrzymuje ktoregos dnia urlop na dziewiec dni. Okazuje sie, ze te dziewiec dni nie zostaly mu dane, ot tak, ale maja byc okazja dla wyzszej rangi niemieckiego urzednika do wymuszenia na nim tzw. „lojalki”. Dzien w dzien, ksiadz musi zglaszac sie na rozmowy z nazistowskim oficerem, ktory argumentuje na wszystkich mozliwych rejestrach; wiary, filozofii, obawy przed komunizmem, obrony wiary i wreszcie szantazem wobec rodziny ksiedza, ktora jesli ten nie podpisze cyrografu, moze trafic, podobnie jak on, do obozu. Napiecie rosnie przez caly film. Argumenty Niemca staja sie coraz bardziej przekonywujace, w sumie do zaakceptowania i wielokrotnie wydaje nam sie, ze ksiadz sie zlamie, podpisze deklaracje o wspolpracy kosciola katolickiego z nazistami. W koncu w ten sposob nie bedzie musial juz wiecej wrocic do obozu, uratuje nie tylko wlasne zycie ale takze calej swojej rodziny. Dziewiatego dnia ksiadz wrecza Niemcowi koperte...
Historia ksiedza jest tylko pretekstem opowiedzenia o czesto rozgrywajacej sie w nas samych koniecznosci dokonywania wyborow moralnych. Takiego wyboru dokonuje ksiadz, ale rowniez my, na codzien, czasem popelniajac zlo czy tez zdradzajac siebie samego nawet nie bedac niczym zagrozeni, dla banalnych korzysci, przyjemnosci, latwizny. Ogladajac ten film przypomnialy mi sie rowniez dyskusje o lojalkach i zaprzedaniu duszy diablu w czasach komunizmu, bo rodzina na utrzymaniu, bo trzeba zyc, bo chce sie podrozowac, pisac...Bo jesli nie ja to ktos inny...Jaki sens ma przeciwstawianie sie zlu? Co to tak naprawde zmieni?
Projekcja zakonczyla sie niezwykle interesujacym spotkaniem z rezyserem, ktory okazal sie czlowiekiem niezwykle ujmujacym, pelnym pokory i ciepla no i przede wszystkim bardzo blisko zwiazanym z Francja. Mowi znakomicie po francusku, a ojczyznie Woltera zawdziecza nie tylko powolanie, ale przede wszystkim asystenture u Louisa Malle'a, Jean Pierre Melville'a i Alaina Resnais'a. A film "Dziewiaty dzien" jest niejako zwroceniem dlugu wobec francuskich ksiezy, ktorzy przyjeli go kilka lat po wojnie w Morbihan i z calego serca zachecali do uprawiania zawodu. "Kiedy przeczytalem tekst-powiedzial-mialem wrazenie, ze zostal on dla mnie napisany".
Dla tych, ktorzy nie znaja francuskiego -luzne tlumaczenie wypowiedzi Schlöndorffa.
W zyciu nie ma chyba przypadkow. W 1956 roku zostalem wyslany w ramach wymiany do Francji, aby poduczyc sie francuskiego.Po osiemnastogodzinnej podrozy wysiadlem na dworcu w Morbihan i tam wlasnie czekala na mnie osoba ksiedza, wlasnie w takim kapeluszu, w sutannie i zdalem sobie sprawe z tego, ze aczkolwiek protestant, trafilem do Liceum Jezuitow.
Ksiezom zawdzieczam rowniez to, ze zostalem rezyserem. Bylem zafascynowany kinem. A ksieza, slyszac o moich pasjach mowili mi, to dlaczego nie zajmiesz sie filmem. Ja filmem? W Niemczech, w burzuazyjsnej rodzinie z ktorej pochodzilem nalezalo zostac architektem, adwokatem, lekarzem ale rezyserem? To bylo nie do pomyslenia. Kiedy mowie o ksiezach, to jest w tych do nich wielki szacunek, gdyz to wlasnie oni potraktowali na serio moje marzenia i aspiracje. A wiec gdy przeczytalem tekst, to doszedlem do wniosku, oto payday- czas, abym splacil dlug...
Pewnego razu, zamiast lekcji, zaproponowano nam wyjscie do kina. Mielismy obejrzec film bylego ucznia naszej szkoly, ktory pochodzil z Vannes, Alaina Resnais, "Noc i mgla". Dzis mowi sie o tym filmie jako o klasyce, ale wowczas, obrazy obozow byly czyms niemozliwym do ogladania. Wowczas obozow nie pokazywalo sie, byly to obrazy nie do wytrzymania. Dla mnie podwojnie jako, ze bylem Niemcem. Po projekcji obawialem sie, ze cala sala odwroci sie w moim kierunku i zapyta, jak to bylo mozliwe!
