foto

foto

niedziela, 25 grudnia 2011

W wigilijną noc...




Być w Paryżu i w wigilijną noc nie powłóczyć się po mieście po północy? Na moście Marie prawie pusto,  widok na oświetloną Sekwanę zapiera dech w piersiach. W metrze prawie same zakochane pary, albo samotni nieszczęśliwcy, którzy jeszcze nie znaleźli tej jednej jedynej… Dochodząc do mostu Św. Ludwika słyszy się coraz głośniej bijące dzwony katedry Notre Dame. Na moście bezdomny akordeonista przygrywa walce. Jakaś para tańczy w rytm muzyki. Przed katedrą tłumy zakochanych...

 W tę najpiękniejszą i najdłuższą w roku noc wigilijną  życzę wiernym i przygodnym czytelnikom bloga niezapomnianych i upływających w pokoju Świąt Bożego Narodzenia  a w Nowym Roku 2012, jak najwięcej miłości, ciepła i przyjaźni, bo czyż  nie tego nam wszystkim najbardziej potrzeba? 


środa, 14 grudnia 2011

Kilka refleksji po festiwalu KinoPolska

No i pomyliłam się. Zbyt szybko przejrzałam program festiwalu KinoPolska i jakoś umknął mi pasjonujący program polskiego kina współczesnego. A był i udało mi się nawet obejrzeć z tego programu cztery filmy. Każdy w nich, w inny sposób zasługuje na uwagę.


Na zdjęciu podczas otwarcia festiwalu KinoPolska Roman Polański i Jacek Bromski

Ale zacznijmy od początku. Czyli od otwarcia, na którym zjawiły się  największe gwiazdy naszego kina. Było to przeurocze spotkanie ludzi, którzy się znakomicie znają i chyba lubią. Był i Roman Polański i Jerzy Skolimowski i Andrzej Żuławski. Zabrakło zapowiadanego Wajdy,  ale i tak to cud, że udało się zgromadzić tak zajętych pracą ludzi. Na otwarcie festiwalu wyświetlono „Niewinnych czarodziei” którzy, zaręczam, w ogóle się nie zestarzeli i nikt by się chyba nie zdziwił, gdyby podobny stylistycznie film zrobił ktoś dzisiaj. To był dla mnie film „Z łezką w oku”-przede wszystkim ze względu na Tadeusza Łomnickiego, który pozostanie dla mnie najlepszym aktorem jakiego nosiła ziemia (choć była to chyba jego jedna z pierwszych ról filmowych), Cybulski, Komeda, Skolimowski…i obrazy starej, odbudowującej się Warszawy. Pożerałam wzrokiem dosłownie każdą klatkę filmu. Ogląda się „niewinnych Czarodziei” niczym czarno-białe zdjęcia Doisneau czy Cartier-Bressona, obrazy pełne magii i niedopowiedzenia.

Na dwa pierwsze filmy czyli, „Nazywa się Ki” i „Erratum” nie mogłam niestety przyjść, ale udało mi się obejrzeć cztery pozostałe obrazy. O „Lęku wysokości” Bartosza Konopki już pisałam. Czas na pozostałe.

A więc w kolejności. Rozpocznę może od „Sali samobójców”, który jest filmem bardzo mocnym, trudnym, ale znakomicie technicznie i aktorsko zrobionym. Czy macie znajomych, którzy w tej nowej postkomunistycznej rzeczywistości zatracili się w dążeniu do, jak to się mówi wysokiego „standardu życia”? Bohaterem filmu jest produkt takiej ambitnej pary, Dominik, który właśnie w tym roku ma zdać maturę. Jego ojciec jest doradcą ekonomicznym ministra, matka-dyrektorem komunikacji. Dominik żyje w dobrobycie, niczego mu nie brakuje, kierowca odwozi go do prywatnej, drogiej warszawskiej szkoły, ukraińska opiekunka przyrządza wspaniałe obiady. A poza tym dzieciak jest kompletnie, ale to kompletnie sam, ponieważ odsuwa się od szydzących z niego w szkole kolegów (dość twardy świat prywatnej szkoły), a w domu panuje  pustka w sensie dosłownym i przenośnym.


 Ale w tych nowych czasach jest już sposób na  zabicie pustki, samotności  i zajęcie czasu młodemu człowiekowi-tym czymś jest Internet. I tak chłopak trafia do wirtualnego świata, w którym wydaje się być kochanym, akceptowanym, i który po jakimś czasie zaczyna mu powoli zastępować świat realny. Byłam na tym filmie ze swoim czternastoletnim synem, ponieważ wydawało mi się, że może on mu coś powiedzieć o zagrożeniu, jakie niesie ze sobą świat wirtualny. Wyszedł bardzo głęboko poruszony, wręcz zaszokowany filmem. Dla nas obojga był to rodzaj katharsis, przez długie dwie godziny dyskutowaliśmy na temat widzianych obrazów, dobrze że z nim byłam.

Rozmawialiśmy na temat relacji miedzy rodzicami i dorastającymi dziećmi , o miłości, o zaspokajaniu potrzeb psychicznych. Przez jakiś czas to nawet miałam spore wątpliwości, czy na taki film wolno mi było się z nim wybrać, ale dziś z perspektywy kilku dni uważam, że to był znakomity moment dla nas obojga. Z tym, że film ten nie ma nic wspólnego ani z Hamletem, ani z poszukiwaniem tożsamości, ale jest  o patologii i toksyczności zajętych sobą  rodziców, którzy zatracili się w zaspokajaniu własnych ambicji, pozostawiając na uboczu potrzebujące ich pomocy dziecko, dojrzewającego Dominika. Film pod każdym względem niezwykły.


O „ Galeriankach” napisano już tyle, że nie ma chyba większego sensu, żebym się w tej sprawie wypowiadała. Może dodam jedynie, że spotkanie po projekcji z autorką filmu Katarzyną Rosłaniec, wywołało wiele reakcji, bardzo zresztą rozmaitych, ale może najciekawsza z nich, to uwaga, że jest to film nie o prostytucji młodych dziewcząt, ale o kryzysie rodziny. I chętnie się pod tym podpiszę. Zresztą o tym były również pozostałe filmy. I wygląda na to, że jest po prostu źle, a nawet bardzo źle, tak jakby społeczeństwo straciło punkty odniesienia, zarówno ci na samej wierchuszce drabiny społecznej, jak i ci na dole.

I wreszcie, jak gdyby na przekór naszym czasom, gdzie wszystko musi błyszczeć, być tanie i łatwo dostępne „Breughel- młyn i krzyż”-Lecha Majewskiego. Film ten zapowiedziała jego dystrybutorka we Francji. Wejdzie dosłownie za kilka dni na ekrany kin paryskich. Film magiczny, trudny do opisania słowami, ale którego realizacja  wymagała wielu lat bardzo ciężkiej pracy. Polecam każdemu, nawet tym, którzy za Brueglem nie przepadają.

Reżyser filmu, Lech Majewski spotkał się z widzami po projekcji i odsłonił odrobinę tajemnice produkcji. Breughel, jak wiadomo, bardzo realistycznie malował postaci i ich kostiumy. Problem polegał na tym, że farby stosowane w XVI wieku dziś już niestety nie istnieją i aby uzyskać odpowiednie kolory, trzeba było uciekać się do babcinych metod, czy po prostu gotować łuski z cebuli czerwonej i białej.

Obrazy Breughla są niejako schizofreniczne. Bardzo dokładnie, precyzyjnie odtwarzane postaci i kompletnie surrealistyczny pejzaż-gdyż jak wiadomo, mieszkał on w zupełnie płaskiej Flandrii.
Natomiast-opowiadał Lech Majewski-gdy rozpoczęli zdjęcia, to okazało się, że kamera, nawet, jeśli dekoracje i obecne na planie postaci odpowiadają całkowicie wzorowi, filmuje zupełnie płaski obraz, w niczym nie odzwierciedlający planów namalowanych przez Breughla. „kamera to perspektywa renesansowa”-to jedno oko, które rozchodzi się we wszystkie strony. Bruegel zbudował swój obraz z siedmiu wykluczających się nawzajem perspektyw, są to tunele przestrzenne a szwy tych perspektyw zasłonił ludźmi.”-mówił Lech Majewski. Perspektywa wchodzi z góry i z dołu, z lewej i z prawej strony. Breughel stworzył perspektywę fizjologiczną”-wyjaśnił reżyser filmu.


Obraz genialnego malarza odtworzył równie genialny realizator. Więcej o tym filmie pisać nie będę, trzeba go po prostu pójść i obejrzeć samemu.

Nie wiem jeszcze jakiego wyboru dokonało jury festiwalu KinoPolska, które miało ogłosić, który z sześciu proponowanych współczesnych obrazów jest najlepszy. Nie wiem również jaka była decyzja publiczności. Była to chyba zarówno dla jednych jak i drugich bardzo trudna decyzja do podjęcia.

Festiwal jest dziełem Polskiego Instytutu Kultury w Paryżu. Merci et chapeau bas!

A ja już czekam na przyszłoroczny. Co w przyszłym roku zostanie pokazane w Paryżu?

niedziela, 11 grudnia 2011

"Lęk wysokości" Bartosza Konopki na festiwalu KinoPolska

Najważniejszy w życiu jest czas bezinteresownie poświęcony drugiej osobie. Miałam wielkie szczęście w dzieciństwie mieć taką osobę blisko mnie, był nią mój ojciec. Spędzałam z nim każdą wolną chwilę wywołując nocami zdjęcia, grając na fortepianie, jeżdżąc na łyżwach, reperując samochody czy majsterkując. Taki czas spędzony razem buduje i daje na całe życie wiarę w siebie. A ponieważ tak jak nie sposób jest oddzielić sztukę od swojego własnego życia, tak samo nie sposób oglądanych dzieł sztuki czy filmów analizować nie myśląc o własnych doświadczeniach.

„Lęk wysokości” Bartosza Konopki, który przedwczoraj obejrzałam na paryskim festiwalu Kinopolska zadedykowany jest „tacie” i oparty na osobistym doświadczeniu realizatora, który przez dwanaście lat zmagał się z chorobą psychiczną ojca. Ale jest pięknym, uniwersalnym, niezwykle wzruszającym obrazem szukania wzajemnej relacji, walki syna o utrzymanie kontaktu z „uciekającym mu” ojcem.

Film rozpoczyna się sceną, w której syn szpera po mieszkaniu ojca, brudnym, zapuszczonym,  nie sprzątanym od wielu lat. Wszędzie walają się tony książek, gazet i śmieci. Czołowe miejsce zajmuje w tej przestrzeni telewizor, do sufitu przymocowane są dziesiątki pilotów, które dyndają na długaśnych sznurkach. Ojciec trafił do szpitala psychiatrycznego gdzieś daleko od Warszawy. Gdy syn zjawia się tam, żeby go odwiedzić, ten nie chce nawet z nim rozmawiać, prosi tylko o przyniesienie mu pary skarpetek „Tylko tyle?”-pyta syn.

Syn jest telewizyjną gwiazdą, nowoczesnym polskim człowiekiem sukcesu mieszkającym na nowo zbudowanym luksusowym osiedlu, z piękną żoną. Ojciec, człowiekiem przegranym, który utracił chęć do życia, który nie potrafi się w tej nowej rzeczywistości odnaleźć.

Właściwie to od samego początku zastanawiałam się, co się stało, jakie były źródła jego choroby, jego „odstawania”. I właściwie nie musiałam zbyt długo szukać. Bartosz Konopka zrobił wspaniały film o ogromnej przepaści, pomiędzy młodym, ultra dynamicznym, pracującym na swój sukces, dobrze zarabiającym pokoleniem a generacją ich rodziców, żyjących często na finansowym i życiowym marginesie, pokiereszowanych życiem, połamanych doświadczeniami. Nie tylko o chorobie.

Trudno powiedzieć w którym momencie życie ojca Tomka załamało się, mamy na to kilka śladów-zdradzająca żona, rozpad rodziny…ale to tylko tyle. Bartosz Konopka nie wpadł w pułapkę opowiadania o polskiej historii ostatnich lat i chyba lepiej.

Na kilku filmach nagranych w dzieciństwie Tomka widzimy jak ojciec się nim zajmuje, jak razem wspinają się po górach, spędzają razem czas. I dla mnie, to właśnie te szczęśliwe chwile z dzieciństwa,  powodują, że Tomek nie kapituluje przed wszystkimi trudnościami, jakie nie tylko tkwią w nim samym, ale które również na każdym kroku robi mu ojciec, który ucieka z psychiatryka, podpala mieszkanie sąsiadów, barykaduje się, nie mówi…Syn szuka klucza i w końcu, po wielu chaotycznych próbach udaje mu się z nim znaleźć, choćby na jakiś czas, porozumienie.  

Jest w tym filmie scena, w której syn przypadkowo włącza jedną, spośród setek  nagranych przez ojca, kaset wideo. Na ekranie telewizora widać nagle jego własną telewizyjną twarz. Czy ojciec, pozornie obojętny na to, co działo się z synem nagrywał wszystkie jego reportaże?

Po projekcji odbyła się pasjonująca dyskusja z reżyserem filmu Bartoszem Konopką. W Paryżu rozpoczyna się międzynarodowa kariera tego filmu, tu we Francji ma siedzibę dystrybutor. Życzę mu wielu sukcesów, jest lepszy od dziesiątek obrazów, które miałam okazję ostatnio oglądać (między innymi od potwornie nudnej i schematycznej „Rzeźni” Polańskiego. Trzymam kciuki za "Lęk wysokości"!

czwartek, 8 grudnia 2011

Casanova i ukochanie wolności w BNF


W lutym 2010 roku, francuski minister kultury, Frederic Mitterand podpisał umowę w sprawie zakupu dla  francuskiej Biblioteki Narodowej rękopisu „Historii mojego życia” Giacomo Casanovy. Przed kilkoma dniami, BNF wystawiła po raz pierwszy na światło dzienne zakupiony manuskrypt, a wydarzeniu temu towarzyszy niezwykła wystawa poświęcona życiu i przygodom podróżnika, uwodziciela i pisarza. Bowiem Giacomo Casanova to  nie tylko, jak go często karykaturowano, „pies na kobiety”- ale pisarz, znakomity obserwator, podróżnik i uczestnik niezwykłego okresu w historii Europy, czasu Oświecenia.

Pochodził z Wenecji, tam się urodził i często, na tyle na ile mógł i mu pozwalano-powracał.  W Padwie przywdział mniszy strój, później mundur wojskowego, ale uwolnił się z niego i otworem stanęła mu już cała Europa. Przebywał na dworach władców europejskich (najczęściej poszukując pracy), pomieszkiwał w Rzymie, Wiedniu, Pradze, Petersburgu, Warszawie, Paryżu, Konstantynopolu, Amsterdamie i Stuttgarcie i jeszcze wielu innych miastach Europy. Przemieszczał się, czym się dało, przesiadając się z powozów na krzesła do noszenia, ciągle w biegu, ciągle w pędzie. Jak gdyby bał się uciekającego życia. Żył, jak gdyby każdy dzień był ostatnim w jego życiu. Przyjaźnił się z największymi muzykami Europy, z Mozartem i Vivaldim. Z malarzami-Tiepolo, Fragonardem, Guardim.

Był niezwykle uzdolnionym uwodzicielem kobiet, przystojny-miał blisko 1.90m, elokwentny, dowcipny, ale nade wszystko niezwykle czuły i troskliwy wobec swoich kochanek. Ubierał je, dbał o nie, ale tak naprawdę cenił sobie przede wszystkim wolność, totalną wolność, gdzie nie było miejsca ani na trwałe związki ani na jakąkolwiek moralność.

Przez wiele lat obraz Casanovy spłycano, pokazując go jako podstarzałego satyra, z pamiętników tłumaczono jedynie najbardziej pikantne fragmenty. Do dziś nie doczekaliśmy się, o ile mi wiadomo,  kompletnego wydania tego dzieła w języku polskim. A pisał znakomicie, potrzeba by nam było Boya-Żeleńskiego, żeby wydobyć z tego dzieła elegancję XVIII-wiecznego języka w jakim była pisana „Historia mojego życia”

Kilka słów o wystawie. Składa się ona z dziesięciu „obrazów”. W jednej z sal szczegołowo udokumentowany został pobyt Casanovy w Warszawie, gdzie zatrzymał się w drodze z Rosji. U Stanisława Augusta Poniatowskiego szukał pracy, jako sekretarz, albo w ogóle jakiegokolwiek zajęcia. Jest bez grosza, co prawda nie pierwszy i nie ostatni raz, ale ta sytuacja uniemożliwia mu zawieranie, jak pisze „bliższych znajomości” i korzystanie z życia.  W Warszawie spędza więc czas przede wszystkim z nudy i braku pieniędzy - w bibliotece(!). Pechjednak chce, że któregoś wieczoru w teatrze, zostaje znieważony przez księcia Branickiego, pułkownika huzarów, poszło ponoć o jakąś Włoszkę, więc nie wahając się zbyt długo, wyzywa Polaka na pojedynek. 

W dniu pojedynku, który Giacomo opisuje w szczegółach, Branicki pojawia się u niego powozem zaprzężonym w sześć koni, w asyście huzarów, czterech służących, wysokiej rangi wojskowego i lekarza. Spektakl zapowiada się więc niezwykły, tym bardziej, że będzie się odbywał w pięknym ogrodzie-( w Łazienkach ?). Wybierają pistolety. Casanowa jest lekko ranny w rękę, natomiast rana Branickiego jest dużo poważniejsza. Jego przyjaciele rzucają się na Włocha, ale w jego obronie staje sam poszkodowany, krzycząc, że mają uszanować szlachcica i sugeruje mu ucieczkę. Casanova ukrywa się w zakonie. Pojedynek z Branickim dodaje mu wigoru, romansuje z polska księżniczką „Potoską”, a po drodze jeszcze uwodzi dwie chłopki. W końcu jednak robi się wokół niego tyle hałasu, że król Staś wręcza mu tysiąc dukatów i prosi o opuszczenie kraju. Zniesmaczony Casanova wyjeżdża z Warszawy. Ot, taki był polski epizod naszego podróżnika. Napisał nawet dzieło o Polsce zatytułowane „ Istoria delle turbulenzo della Pologna 1774”, ale nie wiem, czy zostało ono kiedykolwiek przetłumaczone ma nasz język.

W Wersalu, w 1750 roku spotyka 47-letnią wówczas Marię Leszczyńską, która wydaje mu się „stara i zdewociała”, natomiast zachwyca się urodą jej męża, Ludwika XV, któremu skądinąd podrzuca młodociane panienki do królewskiego burdelu zwanego „ parkiem jeleni”.

Był uwodzicielem, pisarzem i podróżnikiem, bywał oszustem (sprzedawał przepisy na kamień filozoficzny, a nawet donosicielem (opłacanym od 1780 roku przez policję, ale jego donosy chyba nie były najlepszej jakości, gdyż dość szybko ze stałej pensji zamieniono umowę z nim za opłatę „od donosu”.

Miał, jak obliczają historycy zajmujący się tą barwną postacią, 122 kochanki i kilku kochanków (choć wolał zdecydowanie kobiety), od najprostszych oberżystek do najbardziej wyrafinowanych księżniczek. Dorobił się nawet całego pułku dzieci ale, jak twierdzą historycy, to było nic w porównaniu z dokonaniami polskiego króla Augusta (384 bękartów!-dowiadujemy się na wystawie).

Był osiemnastowiecznym wzorem wolnego, światłego, ciekawego świata człowieka. Wystawa w BNF to próba wyjęcia go ze schematycznych ramek, w jakie upchnął go nasz przemoralny, bogobojny, ograniczający wyobraźnię i swobodę świat. Giacomo Casanova był Wenecjaninem, ale stał się zwierciadłem XVIII-wiecznej Europy. Pisał po francusku, czyli wybrał język, którym posługiwała się ówczesna Europa.

I jeszcze jedno. Niezwykła jest sama historia rękopisów, które w ostatniej chwili ratuje ktoś z bombardowanego w 1945 roku Drezna i wywozi do Wiesbaden. Wystawa potrwa do 12 lutego 2012 roku w Bibliotece Narodowej.

środa, 7 grudnia 2011

Fotograficzne zabawy na Polach Elizejskich

Miałam pisać o dziesiątkach wystaw, które właśnie teraz można obejrzeć w Paryżu, o atmosferze Świąt, o  francuskim Casanovie, który jest bohaterem ekspozycji przygotowanej przez  Bibliotekę Narodową, i o wczorajszym, uroczystym otwarciu Festiwalu Filmu Polskiego, na którym pojawili się Roman Polański,  Jerzy Skolimowski i Andrzej Żuławski, i gdzie pokazano nieśmiertelnych "Niewinnych czarodziei"... ale zanim o tym wszystkim opowiem,  pokażę kilka zdjęć, które zrobiłam spacerując dziś późnym wieczorem po Polach Elizejskich. W tym roku zabłysnęły one feerią kolorów i świateł. Dla amatorów fotografowania to  prawdziwy raj. A oto kilka z nich...








poniedziałek, 28 listopada 2011

Pomarańczowa Alternatywa i jej genialny twórca, major Fydrych w Paryżu


Co tu się oszukiwać, nie jesteśmy narodem filozofów, nic nie wnieśliśmy do europejskiego dziedzictwa  w dziedzinie architektury niewiele  do malarstwa, jeszcze mniej do literatury. Nie sprawdziliśmy się ani jako bankierzy ani jako naukowcy, nie za bardzo daliśmy się poznać jako artyści. To wszystko wyłazi niczym palce z dziurawych butów, gdy spojrzymy na promocję naszej kultury w Paryżu, która kręci się wokół kilku nazwisk i promuje w sposób mniej lub bardziej udany wiecznie tego samego Chopina (cały ubiegły rok), albo Marie Curie-Skłodowską czy też Czesława Miłosza (cały ten rok), którzy i tak dla wielu Francuzów są postaciami bardziej znad Sekwany niż znad Wisły… I pewnie coś w tym jest, jako że ci pierwsi przeze mnie wymienieni, dopiero w Paryżu znaleźli klimat i warunki do rozwoju, a wielu Francuzów uważa ich po prostu za swoich ziomków. 

Nieco lepiej było kiedyś z filmem, ale naprawdę baardzo dawno temu. Na zapowiadany na grudzień przez Instytut Kultury Polskiej Festiwal filmowy zaproszono trójkę reżyserów, Wajdę, Polańskiego i Skolimowskiego ze wszystkimi ich nieśmiertelnymi produkcjami. I nie umniejszając ich ogromnych zasług dla rozsławiania Polski za granicą, zupełnie na marginesie, obliczyłam średnią wieku naszych trzech najwybitniejszych, zaproszonych na festiwal filmowców i wyszło mi… 78,6 lat! Ale może nie jestem za mocna z matematyki...Na szczęście, wyświetlonych zostanie jednak... kilka filmów z ostatnich lat! Nasz honor uratują m.in "Galerianki"!

 Ale przechodzę do tematu, który zainspirował niniejsze dywagacje. Otóż są moim zdaniem dziedziny, w których mamy się niewątpliwie czym pochwalić. Jedną z nich, to teatr, ciągle obecny na wszystkich scenach europejskich (Lupa, Warlikowski,  Jarzyna, Biuro Podróży czy wrocławski ZAR) a drugą dziedziną, w której przodujemy, to są nasze dokonania w dziedzinie…myśli rewolucyjnej, które są,  unikalnymi, ciekawymi i inspirującymi pomysłami "Made in Poland". 


Tę refleksję zrodziła wizyta w miasteczku  „zbuntowanych”, które w Paryżu rozłożyło swoje namioty w dzielnicy biznesu i banków, czyli w „La Defense” a zachęcili mnie do niej  Francuzi, napotkani w alternatywnej galerii sztuki, znajdującej się w samym centrum Paryża, „Rivoli 59” na ulicy o tej samej nazwie, do której przed kilkoma dniami zawitał Major Fydrych i jego Pomarańczowa Alternatywa. Nie wiem, czyj był to pomysł, ale pokazanie tego zjawiska właśnie teraz, w chwili, gdy cała młoda Europa burzy się na panujący establishment-sposobu w jaki nasi wrocławianie- skutecznie, pacyficznie i z humorem- radzili sobie z władzą, wydaje mi się pomysłem znakomitym!(Brawa dla osoby, który popierała ten projekt w Instytucie Kultury!)

Czym jest Pomarańczowa alternatywa, nikomu chyba wyjaśniać nie trzeba. Utworzony po wprowadzeniu stanu wojennego ruch protestu społecznego, którego twórcą i ideologiem jest do dziś Waldemar Fydrych (zwany popularnie „Majorem”) czerpała z wielu ruchów artystycznych takich jak dadaizm, surrealizm czy sytuacjonizm  organizując całą serię happeningów, malując na ścianach domów graffiti w formie krasnali na śladach po farbie, którą komuniści zamalowywali antykomunistyczne napisy. Ten niewinny, śmieszny krasnal, w pomarańczowej czapeczce i z kwiatkiem w ręku stał się przez długie lata symbolem oporu wobec  opresji reżimu. Ponoć, jak twierdzi Michał Ogórek, pomarańczowy krasnal musiał się narodzić, gdyż był on tak absurdalny, jak absurdalne było nasze życie w drugiej połowie lat osiemdziesiątych.


Na ul. Rivoli jest więc wyjątkowa, unikalna okazja spotkania i poznania mitycznego twórcy Pomarańczowej Alternatywy a ponadto obejrzenia całej masy filmów, zdjęć i dokumentów.  Na przykład jednego z happeningów noszącego tytuł „rząd struga wariata” gdzie przez czterdzieści dobrych minut grupa ludzi struga wiklinowe kijki…z kolei podczas innego happeningu, młodzież maszeruje przez miasto w koszulkach z napisami „koniec u Upałami” a podkreślone przeze mnie u, w wypadku pojawienia się policji, zasłaniał młodzieniec koszulką z kwiatkiem…


Pomarańczowa Alternatywa to feeria pomysłów, błyskotliwych, pacyficznych ale pokazujących jak można być niepokornym bez stosowania przemocy. Może być to wspaniały wzór dla „zbuntowanych” z dzielnicy la Defense. Czy będzie?








czwartek, 17 listopada 2011

Milcz i przebacz!


Jest to historia chłopca urodzonego w skrajnie katolickiej, arystokratycznej, francuskiej rodzinie. Takie pochodzenie otwiera wszystkie drzwi, jest gwarancją znakomitego wykształcenia i kariery. Jego ojciec- założyciel potężnej prawicowej, wrogiej integracji z Europą, francuskiej formacji politycznej Ruch dla Francji, kandydował na urząd prezydenta, ale podczas całej swojej kariery politycznej podkreślał, że jego największym życiowym osiągnieciem jest rodzina.
Ma pięcioro dzieci, matka jest silnie praktykującą katoliczka, posiłki w rodzinnym domu rozpoczynają się od dwudziestominutowej modlitwy, każdy członek rodziny ma własnego spowiednika, kościół jest w tym domu najwyższym autorytetem moralnym. Panuje powszechne przekonanie, że dom Philippa de Villiers jest dla wszystkim ideałem, wzorem do naśladowania, miejscem, w którym kultywuje się najwyższej wartości ideały moralne…

I nagle, przed pięcioma laty, cały ten świat się sypie.  22-letni syn Philippa de Villiers, Laurent wnosi do sądu skargą na starszego o sześć lat brata, Guillaume’a o to, że w dzieciństwie był przez lata jego ofiarą, ofiarą gwałtu. Swoje zeznania popiera dokumentami świadectwami . W grudniu 2010 roku, po pięciu lata zawirowań, sąd umarza sprawę. Brat, oraz cała rodzina zaprzeczają zeznaniom Laurenta, ojciec twierdzi, że jego syn jest chory psychicznie, że zmyśla, że nic takiego się nigdy nie wydarzyło…

Ale Laurent nie daje za wygraną. Przed kilkoma dniami ukazała się napisana przez niego autobiograficzna książka „Milcz i przebacz” . Jej tytuł to odpowiedź, jakiej udzieliła Laurentowi matka, gdy opowiedział jej o tym co robi mu brat. Laurent wspominając rzadki moment szczerości między nim a matkę przytacza to, co wówczas od niej usłyszał: „to się zdarza we wszystkich rodzinach-milcz i przebacz”. Ona już wcześniej o wszystkim wiedziała, ale nie reagowała-pisze Laurent. Reakcja ojca? „To, co dzieje się między Tobą i Twoim bratem-mnie nie obchodzi”. Obchodzi go i jest to widoczne na każdej stronie książki, jedynie  kariera polityczna i zachowanie pozorów szczęścia rodzinnego za wszelką cenę.

Książki Laurent de Villiers nie znalazłam na półkach z literaturą, ale w dziale psychologicznym, wydaną przez znakomitą francuską oficynę wydawniczą, Flammarion. Nie wyczuwa się w tej opowieści autobiograficznej potrzeby odwetu na bracie, ale wewnętrzny przymus zaświadczenia o prawdzie. To co najtrudniejsze, pisze autor, to nie gwałt zadawany mu przez brata, ale opuszczenie jakiego doświadczył ze strony całej rodziny, która nigdy nie chciała go wysłuchać, oskarżała o kłamstwo i robiła wszystko, żeby zamilkł. Laurent opisuje, jak po wyjeździe do Stanów Zjednoczonych, gdzie założył rodzinę i obecnie mieszka, ojciec przyjechał, aby wymóc na nim wycofanie sprawy z sądu. Laurent się zgodził, ale pod jednym warunkiem, że dojdzie do konfrontacji, że o sprawie dowie się cała rodzina, że nie zamiecie się jej pod dywan. Ojciec się na to zgodził. Ale niebawem, Laurent dowiedział się, że ojciec kłamał a wycofanie przez niego sprawy z sądu jest równoważne z przyznaniem się do kłamstwa. Nie tak się przecież umawiali, czuje się oszukany przez ojca.

Laurent nie utrzymuje obecnie żadnych kontaktów z rodziną, która go odrzuciła, za to, że nie zgodził się na hipokryzję, na kłamstwo. Dochody ze sprzedaży książek zostaną przekazane na potrzeby Stowarzyszenia ochrony dzieci.


O sztuce fotografowania czyli Paris Photo 2011


Albarran Cabrera Rambla Catalunya, Barcelona

Dla zakochanych w fotografii artystycznej, listopad to najlepszy moment na odwiedzenie Paryża. W ubiegły weekend, odbywały się tu jedne z największych na świecie targów fotograficznych Paris Photo 2011. W porównaniu w rokiem ubiegłym, ilość galerii biorących  w nich udział wzrosła do tego stopnia, że trzeba było je przenieść z miejsca, w którym tradycyjnie odbywały się od lat, czyli z Carrousel du Louvre do lewego skrzydła Grand Palais. Na marginesie, ku rozpaczy właścicieli galerii, gdyż okazało się że nadmierna ilość światła, która przedostawała się w ten weekend  przez przeszklony dach sali wystawienniczej była zabójcza dla fotografii. Ponadto, odbywały się i trwają jeszcze do dziś dziesiątki innych wystaw, przeglądów i wiele z nich będzie jeszcze otwarta przez najbliższe tygodnie a nawet do stycznia.


Lita Albuquerque i Jean de Pomereu

Dla kompletnego ignoranta i amatora w dziedzinie fotografii takiego jak ja, oglądanie artystycznych wizji utrwalonych na światłoczułym papierze przypomina błądzenie Minotaura po zaprojektowanym przez Dedala labiryncie. Dużo łatwiej było rozeznać się w pracach starych mistrzów w epoce, w której nie było jeszcze Photoshopu, a artyści operowali jednie filmem i światłem. Dzisiaj, bardzo trudno jest z pewnością stwierdzić, na ile zdjęcie swój sukces zawdzięcza talentowi artysty a na ile najnowszej wersji Photoshopu. Odnoszę wrażenie, że żadnej innej dziedziny sztuki, rozwój technologii nie przeobraził do tego stopnia, zarówno w zakresie używanego sprzętu jak i procedur wywoływania i prezentacji.
Jednak widoczy jest wyrażny wpływ wszystkich kierunków w nowoczesnego malarstwa, ale może najbardziej pop-artu, poezji wizualnej, minimalizmu, hiperrealizmu. Dość łatwo się je wychwytuje.


 Eric Neveu , France

W tym roku przestraszyłam się tłumów oraz natłoku obrazów i zrezygnowałam z odwiedzenia Grand Palais, odpadło mi dzięki temu 137 galerii i to tych najlepszych, ale nie żałuję. Obejrzałam trzy inne paryskie targi fotograficzne, które odbywały się w  różnych punktach miasta, dając również obraz tego co w tej dziedzinie sztuki najciekawsze.

Na pierwszym z nich, zaledwie trzy kroki od Grand Palais, w Espace Cardin, prace wystawiało 35 galerii. Ogromna rozmaitość tematyki, technik, światów, wyobraźni artystów. Trudno więc określić czy też wychwycić najnowsze tendencje, ale jedno jest pewne. W przeciwieństwie do tego, co głoszą niektórzy, zdjęcia nie są jeszcze ciagle robione tylko iphonem, wręcz przeciwnie, najczęściej nie są to ujęcia „ decydującej chwili” jak mawiał Cartier Bresson, ale są to potężnie wykoncypowane, wyreżyserowane i zaplanowane kreacjami. Oto kilka z nich:




Ellen Kooi, Holandia


Eric de Ville, Belgium


A z drugiej strony, bardzo wysoką cenę ma klasyczna, bardzo prosta, oparta na dobrym ujęciu i kompozycji, najczęściej czarno-biała  fotografika. Bodajże dzień przed salonem  świat obiegła informacja, że za prace niemieckiego artysty Andreasa Gurskiego zapłacono niebagatelną sumę 4 mln dolarów. A było to zdjęcie Renu, kilka horyzontalnych, ciągnących się w nieskończoność linii…zielony pas trawy, srebrno-szary pas wody, znów pas zieleni i szare, ciężkie chmury…Ale przyznam się, że po obejrzeniu innych prac tego artysty, wcale się nie dziwię, że są chętni, aby zapłacić za nie miliony…



Tobias Weisserth, Niemcy

Drugim miejscem, które widniało na mojej liście był przekształcony w halę wystawiennicza zwyczajny samochodowy parking, wynajęty przez organizatorów w gejowsko-artystycznej dzielnicy Marais. Zaskakujący dobór galerii i artystów. Nie będę się wdawała w szczegóły, ale faktycznie, tak jak zapowiadano, niektóre a nawet wiele pokazanych prac wywoływało nawet na mnie spore wrażenie i niekoniecznie przyjemne. Sceny uprawiania miłości przez gejów, akty męskie i kobiece w dziesiątkach póz, ujęć i formatów…

Praca Thomasa Malaendera pokazywana w Nofound photo fair

Podobnie jak w ubiegłym roku, odwiedziłam natomiast Belleviloise - Paris Photo Off i serdecznie polecam. Jest to miejsce szczególne, może dlatego, że jeszcze nie do końca skomercjalizowane. Galerie biorące udział w targach są wybierane pod kątem jakości artystycznej prac a ciekawych propozycji było wiele. Jak już wspomniałam, wybór kierunków, tematów, technik jest tak ogromny, że trudno, aby wszystko nam się podobało. Jest to bardzo sprawa bardzo indywidualna. Osobiście oczarowały mnie prace dwóch artystów –Hiszpana- Albarrana Cabrery, nawiązujące troszkę do tradycyjnej czarno-białej fotografiki wielkich mistrzów Doisneau czy Bresson-Cartiera i jeszcze wielu innych oraz kolejna rewelacja –unikalny, niezwykle piękny świat południowoafrykańskiego fotografa, Graeme Williamsa, troszkę reporterska, ale pełna poezji wizja.

Graeme Williamse, RPA

Pozostałe zdjęcia z wystawy w Bellevilloise można obejrzeć tu.

I jeszcze jedno zdanie-o cenach. Gdy zupełnie nieświadomie przyznałam się właścicielce galerii, że wybrany przeze mnie kadr kosztuje aż 2700 euro, spojrzała na mnie ze zdziwieniem, „ależ to bardzo tanio”-czym ja byłam nieco zaskoczona, w końcu to znowu nie była aż tak symboliczna cena. Ale miała rację. Prace poczatkujących fotografików można kupić „tanio”, w granicach 1- 5 tys. euro. A później ceny idą już tylko w górę…do 4 mln.

A oto lista wystaw fotograficznych otwartych aktualnie w Paryżu i z pewnością wartych obejrzenia...

niedziela, 6 listopada 2011

Castellucci kontra katolicy czyli o granicach artystycznej wolności


Od mniej więcej dwóch tygodni paryski świat teatralny elektryzuje burza wokół spektaklu włoskiego reżysera  Romeo Castollucciego zatytułowanego „O twarzy. Wizerunek syna Boga”. Jest to opowieść o starym chorym, nietrzymającym kału ojcu i opiekującym się nim synu. Potężną drakę wszczęło środowisko francuskich tzw. katolickich integrystów czyli stowarzyszenie Civitas i Francuska Odnowa, nie dopuszczając czy też przerywając przedstawienie przy pomocy protestów, krzyków, śmierdzących jajek i bomb rzucanych w kierunku widowni. Była to reakcja na bluźniercze, ich zdaniem, przedstawienie włoskiego reżysera, podczas którego na twarz Chrystusa malowaną przez Antonello de Messina rzucane są kamienie i brunatna farba, która symbolizuje w  tym przedstawieniu ekskrementy. Protestujący katolicy twierdzili, że w przedstawieniu w twarz Chrystusa rzuca się po prostu gównem-Castellucci temu zaprzeczył-używa tylko farby, takiej samej, jakiej używają dzieci w szkole.

Ponieważ konflikt wokół przedstawienia odbywał się przed i wewnątrz budynku Teatru Miejskiego, natychmiast włączyły się w to władze miasta potępiając integrystyczne, fanatyczne, faszyzujące-ich zdaniem-  środowiska katolickie, które próbują ograniczyć artystyczną wolność, wolność słowa i zdobycze francuskiego Oświecenia. Włączyły się również z poparciem dla Castellucciego środowiska intelektualistów, podpisywano w jego obronie petycję.

Akcje francuskich katolików potępił nawet arcybiskup Paryża, Andre Vingt-Trois, zrzucając odpowiedzialność za przemoc na ruch lefebrystów  oraz twierdząc , że organizujący protesty przed teatrem nie reprezentują wszystkich katolików a „prawdziwa wiara nigdy nie powinna być wymuszana siłą.”(…)” To, że mają dobre intencje bynajmniej nie oznacza, że mają rację”. Jesteśmy w obliczu ludzi, którzy  organizują się po to, aby manifestować przemoc i aby pisano, co się zresztą stało, o nich a gazetach”-powiedział arcybiskup Paryża w katolickim dzienniku „La Croix”.

Miałam ostatnio okazję zobaczyć przedstawienie przy okazji wrocławskiego festiwalu Dialog, ale na nie nie poszłam. Nie jest to mój teatr, nie znoszę w teatrze estetyzowania dla estetyzowania, potwornej brutalności, którą przepełnione są wszystkie jego spektakle a ponadto podejrzewam, że za pozorną chęcią „pokazania upadku piękna”-jak tłumaczył się w prasie francuskiej reżyser, kryje się po prostu narcystyczna, nieokiełznana chęć wywołania efektu na widzach. Uważam go po prostu za kabotyna i nikt mnie nie przekona, że tak nie jest. Sprawa teatralnego gustu i tyle.

Ale wczoraj pojechałam z ciekawości do centrum „104”, mieszczącego się na obrzeżach Paryża, w 19 dzielnicy, do którego z centrum miasta, od 2 października przeniesiono przedstawienia Castelluciego.  Bilety były oczywiście wszystkie wyprzedane, drzwi pilnowało kilkunastu szerokich w barach  cerberów.   I przeżyłam szok. Bo chyba od czasu stanu wojennego, gdy władze komunistyczne przygotowywały się do walki z manifestantami po stanie wojennym nie widziałam takiej ilości policyjnych wozów i ciężko uzbrojonych policjantów. Wzdłuż wszystkich okolicznych ulic stały radiowozy. Tymczasem na małym placyku, z kilkoma chorągiewkami w dłoni śpiewało religijne pieśni kilkanaście osób. I to mieli być ci groźni ekstremiści? Mieli w dłoniach sztandar „Jesteśmy Chrześcijanami i jesteśmy z tego dumni”. Ich protest wydał mi się śmiesznie słaby, żaden w porównaniu z siłami policyjnymi i obstawą, jaką zastosowano w obronie przedstawienia Castellucciego. W obronie wolności artysty.







Po powrocie do domu przeczytałam kabotyńską deklarację włoskiego reżysera, który „odpuszcza tym, którzy nie dopuszczali, aby mogło odbyć się jego przedstawienie, bo nie wiedza co czynią…”. Obejrzałam też na you tube fragmenty przedstawienia, podczas którego młodzi chłopcy rzucają kamieniami w twarz Chrystusa.



Jestem o kilometry drogi świetlnej odległa od jakiegokolwiek katolickiego fundamentalizmu, niezwykle ważna jest dla  mnie wolność słowa, prawo artysty do wolności wypowiedzi, ale parafrazując zasadę wedle której żyją i którą  wpoili we mnie Szwajcarzy, nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Czy wiedząc, że osoba Chrystusa jest dla milionów ludzi przedmiotem kultu i miłości, nie powinna być jednak pod ochroną? A gdyby tak kamieniami, i symbolizującymi ekskrementy płynami rzucano w postać kogoś mi bliskiego, kochanej osoby, idola, mistrza, czy zareagowałabym inaczej?

Jakie są granice artystycznej wolności? Czy skoro Bóg nie istnieje, to wszystko jest dozwolone?-jak pytał Dostojewski.