foto

foto

poniedziałek, 27 maja 2013

„Skrzypek na dachu” - coraz bardziej aktualny


Widownię efemerycznego teatru, zbudowanego na dziedzińcu pałacu Topacz na przedmieściach Wrocławia, zajmowała w sobotę wieczorem publiczność zakutana w grube szale, wełniane chusty i opasłe koce. Było zimno, nieziemsko zimno i nie pomogły nawet wdmuchujące pod scenę gorące powietrze wentylatory. A mimo to, punktualnie o godz. 21.00 zgasły światła i rozpoczęła się plenerowa inscenizacja „Skrzypka na dachu”, którego zarówno libretto jak i muzykę znacie zapewne na pamięć tak jak ja, ale który usłyszany ze sceny, za każdym razem sprawia, że łzy, jak grochy, kapią nam z oczu.

Dyrygująca orkiestrą Ewa Michnik przywdziała na tę okazję futro, co wyglądało kuriozalnie, ale było aktem koniecznym wobec panującego "na sali” zimna. Nic to jednak. Już po kilku minutach od rozpoczęcia się spektaklu zastygliśmy (bynajmniej nie z powodu zimna) w świecie wykreowanym przez Steina, Bocka i Harnicka, wsłuchując się w głos Tewje mleczarza opowiadającego historię swojej rodziny i ukochanej Anatewki. Najpierw z domu Tewjego odchodzi najstarsza córka Cajtl, wychodząc za mąż za ubogiego krawca Motela i mimo, iż nie takiego męża sobie Tewje na zięcia upodobał, to jednak zgadza się na ich ślub, błogosławi. W rewolucjoniście Percziku zakochuje się piękna Hodel ( najcudowniejszy głos we wrocławskiej inscenizacji!) i wyrusza za swoim wybranym na Syberię. Wreszcie z domu starego mleczarza odchodzi również, ale tym razem wbrew jego woli najmłodsza, Chawa, poślubiając w tajemnicy przed ojcem Rosjanina Fiedkę. Tej również  stary Tewje wybaczy, gdy wyruszy za mężem do Kijowa. Na koniec rozpada się również chagallowski świat Anatewki, jego mieszkańcy muszą opuścić miasteczko, taki jest ukaz carski. Ten nowy świat- śpiewają w „Skrzypku” –będzie nam obcy, i tam wszyscy będą wobec nas obcy”.

Dobrnęliśmy wszyscy, mimo zimna i późnej pory, do końca tego pięknego, magicznego spektaklu. Gdy w niedzielę wsiadałam w samolot wiozący mnie z powrotem do Paryża mając w uszach muzykę i historię Tewjego, w samolocie przysiadła się do mnie  młoda kobieta. Po wymianie kilku grzecznościowych zdań- zaczęła opowiadać o sobie: że jest z Kłodzka, że mieszka w Paryżu, ma męża Francuza, który prowadzi restaurację i dwoje małych dzieci. Przez godzinę i czterdzieści minut, bo tyle trwał lot, opowiedziała mi całe swoje życie: zwierzała się z lęku, że dzieci nie będą mówiły po polsku, z tęsknoty za domem w Kłodzku, za rodzicami. O tym, że w Paryżu jest sama…zupełnie sama. Przypomniałam sobie postać Hodel, tym bardziej, że była uderzająco podobna do aktorki. Gdy wspominała Kłodzko, jej oczy zrobiły się wilgotne. W Paryżu brakuje światła-powiedziała, czystego powietrza, i tej jakiejś takiej swobody, którą mają moje dzieci w rodzinnym wiejskim domku w Kotlinie. Z tą integracją też różnie, z francuskim kuleje, wymowa nie jest łatwa, te wszystkie e…uwiera samotność, mimo iż dni wypełnia praca, mąż , dzieci…A więc jeździ, bardzo często -Wrocław-Paryż, Paryż-Wrocław…Rozstajemy się samolocie. Ja mam jeszcze do odebrania bagaż, ona spieszy się do dzieci…

W autobusie przysiadam się do starszej pani. Początkowo mam wrażenie, że coś jest z nią nie tak. Gdy pytam, czy miejsce jest wolne nie potrafi odpowiedzieć. Dopiero po chwili orientuję się, że nie zna francuskiego: jedzie po raz pierwszy w życiu na kilka dni do Paryża , ma na imię Suzy a jest…No właśnie. Początkowo nie mogłam zrozumieć, że kobieta o typowej anglosaskiej urodzie, mówiąca nieskazitelnym angielskim mówi o sobie, że jest z… Hiszpanii. Wyjechała 44 lat temu do Malagi, osiadła, założyła rodzinę. Ma jedną córkę, ale mieszka sama, córka wyszła za mąż za Amerykanina i osiadła w Seattle. Doczekała się dwojga wnuków. „Czy nie tęskni pani za córką, za bliskimi, Seattle to przecież tak daleko? –pytam. –Córka z wnukami przyleci latem, do domu…Trzymam dla niej zawsze pokój, który zajmowała, zanim jeszcze wyszła za mąż. Dla niej dom, to jeszcze nadal Malaga, tłumaczy mi z radością, ale nie pytam  o nic więcej. Widać pierwsze światła Paryża, dojeżdżamy do Porte Maillot. Ale widzę w jej oczach samotność, tęsknotę…

Wyciągam z autobusu moje walizki, no może nie takie, jakie grały w przedstawieniu „Skrzypka na dachu”, ale jednak walizki. I przychodzi mi na myśl, że nie tylko ja, ale wielu spośród nas dzieli dziś los Tewje mleczarza. Że owo tułanie się po świecie, które niegdyś było domeną wysiedlanych, wyrzucanych Żydów stało się dziś udziałem bardzo, bardzo wielu i jest nas coraz więcej takich żyjących nie u siebie, pozbawionych korzeni, domu, swojego miejsca. Może dlatego libretto „Skrzypka” nie starzeje się i nadal wzrusza?

Po przedstawieniu, znajomy zapytał mnie-Ile razy płakałaś? Ja trzy. Nie wiem-odpowiedziałam mu, nie liczyłam…



niedziela, 19 maja 2013

Czarodziejski ogród z Auteuil


Za oknem leje jak z cebra. To już nie jest majowy deszczyk, ale jesienna ulewa. Na szczęście, gdy rano słońce wychylało się nieśmiało zza chmur, udało mi się odwiedzić jedno z najbardziej niezwykłych „parkowo-botanicznych” miejsc na mapie Paryża. Pewnie nigdy tam nie byliście, a założę się, że nawet niewielu Paryżan o nim słyszało. Zarządcy sąsiadującego z tym parkiem słynnego turnieju tenisowego Rolland Garros mieli nawet na niego chrapkę, chcieli „rozszerzyć” turniejowy stadion. Na szczęście nic z ich planów nie wyszło. A więc ujawniam tajemnicę. Chodzi o jeden z najstarszych parków botanicznych w Paryżu, o „szklarnie z Auteuil”, zbudowane w stylu secesyjnym, niczym Grand Palais, w 1895 roku.
Park ten znajduje się na południowym krańcu Lasku Bulońskiego, dotrzeć więc do niego nie jest łatwo, ale dla osób pasjonujących się botaniką, jest to miejsce warte odwiedzenia. Dziesiątki najbardziej wyszukanych roślin tropikalnych, kaktusów, roślin pnących a ponadto mnóstwo rzadkich drzew egzotycznych z Chin i Japonii. Ten ogród łączy w sobie elegancję klasycznego ogrodu francuskiego,  architektury secesyjną oraz egzotykę, której nie znajdziecie w żadnym innym paryskim ogrodzie.
Do 1968 roku ogród służył produkcji rolniczej, obecnie ma charakter jedynie rekreacyjny. I jest cudowną oazą ciszy i spokoju, nieprzypominającej snobistycznych, zaludnionych alejek ogrodu Luksemburskiego czy Ogrodów Tuleryjskich.
Warto może też zwrócić uwagę na  rzeźby zdobiące ogród utrzymane w klimacie dekadenckiego końca wieku. To Bachanalia zdobiące główną fontannę albo maszkarony z pracowni Rodina. 


Wejście do szklarni tropikalnej


I wewnątrz...

Intensywne kolory...

Przedziwne kształty...

Owoc czy warzywo?

Wisteria floribunda (Japońska glycynia)

Urodziwy tulipan pierzasty nieegzotyczny

Ficus Auriculata (Chiny)  czyli figowiec 



Aristolochia Literalis 


Jakiś rodzaj egzotycznych lwich paszczy

Wejście do secesyjnych szklarni

Bachanalie

piątek, 17 maja 2013

Vera Michalski…wszystko dla Jana


Przed wieloma laty, w 1987 roku, zamieszkałam w Genewie. Zapisałam się wówczas na Uniwersytet genewski, ale poza studiami  językowymi i literackimi czas zajmowało mi wykonywanie rozmaitych prac „dodatkowych” pomagających po prostu utrzymać się. Były to najczęściej doraźne zajęcia w bardzo różnych miejscach, jednym z nich była praca na stoisku księgarni filmowej podczas trwania tradycyjnego majowego Salonu książki. Przez dziesięć dni miałam sprzedawać książki, plakaty i filmy. Naprzeciwko kramiku, w którym pracowałam, mieściło się stoisko oficyny wydawniczej Noir sur Blanc –kilka półek i o ile pamiętam, chyba nie więcej niż trzy-cztery tytuły. Któregoś dnia wdałam się w rozmowę z panem, który się tym stoiskiem opiekował. Może podeszłam do niego, bo książki nosiły nazwiska polskich autorów ? Wydawnictwo dopiero raczkowało, założone rok wcześniej z żoną Verą Hoffmann. Wymienialiśmy codziennie kilka zdań, uśmiechy, a czasem wypijaliśmy wspólnie kawę gawędząc. Ów Pan okazał się przeuroczym erudytą, kochającym książki i literaturę. Był Polakiem. Nazywał się Jan Michalski.  

Vera i Jan Michalscy z pierwszymi wydanymi książkami. Fot.tygodnik.onet.pl

Przed kilkoma dniami znalazłam się znów w Genewie, na corocznym Salonie książki. Pośrodku sali wystawowej dostrzegłam duże stoisko grupy wydawniczej Libella, należy dziś do niej sześć wydawnictw, między innymi wspomniane już Noir sur Blanc, ale także, na przykład Wydawnictwo Literackie. Kilku autorów podpisywało swoje książki, krążyła wśród nich Vera Michalski, witając ciepło, serdecznie „swoich” autorów. Przez dwadzieścia pięć lat, od wydania pierwszych książek, młodzieńczy projekt dwojga marzycieli rozrósł się, dojrzał, zyskał autorów i czytelników, zdobył mocną pozycję na rynku w Polsce, Francji i Szwajcarii. Dziś już chyba każda osoba czytająca, zna wydawnictwo Noir sur Blanc, a Francuzi i Szwajcarzy mogą dzięki niemu zapoznać się z tłumaczeniami literatury polskiej m.in takich autorów jaki Dorota Masłowska, Olga Tokarczuk, Mariusz Wilk czy Jerzy Stempowski. Ponadto, w 1991 roku Jan i Vera Michalscy kupili Polską Księgarnię w Paryżu-pewnie ratując ją przez zamknięciem. Ich wspólny projekt-marzenie się realizował...

Ale od 2002 roku Vera kontynuuje ten wspólny projekt sama, bowiem niespodziewanie, przedwcześnie umiera  Jan. Ma zaledwie 48 lat. Ale Vera się nie załamuje, przełamuje  żal i rozpacz po stracie męża i postanawia ten ich wspólny, wielki projekt kontynuować:  rozwija wydawnictwo, promuje nowych autorów. Staje się duszą i motorem grupy Libella.

Jej oczkiem w głowie jest również mecenat. W 2004 roku tworzy Fundację dla pisania i literatury im. Jana Michalskiego. Jej celem ma być pomoc, opieka nad pisarzami, którzy nie mogą zrealizować swoich marzeń z braku fundusz, miejsca do pracy. Aby im to umożliwić, wedle projektu, w okolicy w której znajduje się dom rodzinny Very, i gdzie mieściła się pierwsza siedziba wydawnictwa Noir sur Blanc, w Montricher, u stóp Jury, stanie rodzaj wioski dla pisarzy którą utworzy potężna biblioteka, domki do pracy dla pisarzy, sala koncertowa, sala konferencyjna. Projekt jest niezwykły, jego autorem jest Vincent Mangeat. Miałam okazję mu się przyjrzeć dzięki pokazywanym podczas trwania tegorocznego salonu dokumentom, filmowi oraz wydanej publikacji. 

Fragment budującego się Domu pisarza w Montricher

Nad całą strukturą zawieszony jest rodzaj białego, ażurowego baldachimu, przez który sączy się do środka światło. Na tym białym baldachimie otwierającym się do nieba zawieszone będą chatki zapewniające gościom ciszę i spokój, niezbędny w ich pracy. Obok mieścić się będzie pięciopiętrowa biblioteka, w której znajdzie się 80 tys. pozycji w różnych językach. Wraz z podziemnymi piętrami, trafi do niej ok. 200 tys. tomów. Jak mówi pani Vera, ma to być miejsce gościnne, radosne, na bieżąco we wszystkich światowych tendencjach literackich, a jednocześnie oddziaływujące kulturalnie. Pisarze, znajdą swoje miejsce do pracy w domkach podwieszonych pod ażurową pergolą, skąd rozciąga się niezwykły widok na jezioro Lemańskie oraz na Alpy. Otwarcie tego centrum nastąpi już za miesiąc, 28 czerwca w Montrichet. Ale domki dla pisarzy, w sumie ma być ich sześć, zostaną otwarte dopiero później.

Od 2010 roku utworzona została również nagroda literacka im. Jana Michalskiego. Wyłoniono jak dotąd trzech laureatów. Otwarta na wszystkie gatunki literackie, na wszystkie języki, wynosi 50 tys. franków szwajcarskich. Przyznawana jest przez jury, któremu przewodniczy Vera Michalski (w skład jury wchodzi m.in.Yannick Haenel, autor książki o Karskim).

Julia Lovell-ubiegłoroczny laureat


W krótkich filmie informującym o idei powstania Domu pisarza w Montricher, Vera Michalski pytana dlaczego wybrała właśnie to miejsce, mówi „że na pewno podobałoby się Janowi, tak bardzo przypomina krajobraz jego rodzinnych stron”...


Vera Michalski to niezwykła, charyzmatyczna osoba. Skromna, o wielkim sercu, pochłonięta ideą poświęcenia swojego życia książkom. I Janowi. Bo mam wrażenie, że wszystko to co robi, a robi bardzo wiele, zwłaszcza dla pisarzy, to dla Jana! Chapeau bas Pani Vero!

wtorek, 14 maja 2013

Nowy Luwr w górniczym Lens



Galeria czasu w Luwrze w Lens
Czytając ostatnio w prasie zagranicznej o Francji można odnieść  wrażenie, że jest to kraj, który popadł w kompletną ruinę, że nadszedł jego schyłek oraz, że stał się, jak pisał dwa dni temu « Die Zeit », „starym, niemrawym ciałem, eksploatowanym przez własne elity, przeżartym korupcją, zapadaniem się gospodarki”. A wszystko to za sprawą potężnego deficytu, dziury w finansach Francji, której ani prawica ani lewica jakoś nie potrafi załatać, ale nie tylko. Kraj drąży jeszcze wiele innych chorób. Niemcy, ponieważ Francja jest ich najważniejszym partnerem w Europie, bardzo się tą sytuacją denerwują, ale Francuzi jak to Francuzi, robią trochę hałasu i zamieszania, ale w gruncie rzeczy, podchodzą do sprawy ze stoickim spokojem: w ich długiej historii, chociażby za Ludwika XIV, kraj był nie raz mocno zadłużony, ale to nie przeszkadzało mu pretendować do miana największej potęgi w Europie. I nadal tak się czują. I kto tu za nimi trafi?

Przed kilkoma dniami wybrałam się na północ, aby obejrzeć wreszcie nowy Luwr, obiekt oddany w grudniu ubiegłego roku  i  doszłam do wniosku, że są narody, które potrafią oszczędzać oraz takie, którym lepiej udaje się wydawanie i nic na to nie poradzimy. Do tych drugich należy niewątpliwie Francja, ale na jej obronę przemawia fakt, że potrafi dobrze wydawać inwestując, prawie bez umiaru, w kulturę.  I chwała jej za to. Jedną z takich bardzo sensownych i udanych inwestycji jest nowy Luwr w Lens i dalej będzie już o nim.

A więc jest to pierwsza, jak na razie, decentralizacja Luwru (drugą przewidziano  w Abu Dhabi) ale nie na świecie.  Głośno było swego czasu o Tate, która przeniosła część zbiorów do Liverpoolu,  słyszało się o muzeum Guggenheima, gdy zakładało swoją filię w Bilbao albo o Pompidou, gdy przenosiło część kolekcji do Metz. Były to inicjatywy udane, chociażby muzeum w Bilbao stało się lokomotywą gospodarczą dla całego regionu krainy Basków. 

We Francji idea „transplantacji” Luwru zrodziła się w 2003 roku i związana była z prowadzoną od wielu lat polityką decentralizacji kultury. Chodziło o wyrównanie nierówności kulturowych, geograficznych i społecznych a Lens, które zostało wybrane spośród wielu innych miast-kandydatów, nadawało się szczególnie, bowiem mieści się w potężnym, niegdysiejszym zagłębiu górniczym w regionie Nord-Pas-de-Calais, który był bardzo źle potraktowany przez historię. Potężnie zniszczone przez dwie wojny światowe światowych, wielki kryzys i wreszcie likwidację wydobycia węgla, które stanowiło główne źródło zatrudnienia i dochodów jego mieszkańców. Skądinąd dojeżdża się do Lens miasteczkami górników, zbudowanymi z czerwonych cegieł, wypełnionymi parterowymi domkami, dziś trochę bardziej czystymi i zadbanymi, ale daleko im do zamożności wielu innych regionów Francji.

Wybór Lensu na budowę nowego Luwru miał mieszkańcom te czarne lata zrekompensować. Region miał zacząć funkcjonować w powszechnej świadomości jako miejsce kultury a nie biedy i opóźnienia rozwojowego.   I chyba udało się!  Spróbuję w kilku słowach napisać dlaczego.



Z zewnątrz, sama struktura budynku nie robi jakiegoś szczególnego wrażenia. Parterowa bryła rozciągająca się na szerokości 360 metrów składa się z pięciu przezroczystych, przeszklonych budynków (miało być tak jak w Luwrze paryskim). Trzeba jednak do niej wejść, aby nas oczarowała. Wejść najpierw do obszernego, przeszklonego holu, który jest tak jakby punktem centralnym budynku, a następnie przejść dalej, do Galerii czasu-centralnej galerii nowego Luwru.

Autorem projektu jest japońska agencja Sanaa założona w 1995 roku przez parę młodych Japończyków- podam ich nazwiska bo chyba warto je zapamiętać : Kazuyo Sejima i Ryne Nishizawa. Kazuyo wygląda na zdjęciach jak drobniutka dziewczynka, tymczasem są oni laureatami najbardziej prestiżowej nagrody w dziedzinie architektury na świecie, Pritzker Price oraz autorami takich projektów jak muzeum sztuki współczesnej w Nowym Jorku (New Museum-pochwalę się-zwiedzałam w listopadzie ub.r.) oraz w Kanazawie, butików Diora w Tokyo czy Prady w Hong Kongu czy też centrum Rolexa w Lozannie. Bez wątpienia, projekt japońskiej pary to szczyt wyrafinowania artystycznego i  technologicznego.

Zwiedziłam jedynie stałą czy też raczej czasowo stałą wystawę (będzie ona zmieniana co pięć lat) mieszczącą się w liczącym 120 m długości i 6 m wysokości wnętrzu.

Przede wszystkim, wszystko jest białe, lekkie, przezroczyste. Podłoga zrobiona została z białego betonu, lekko podnosi się, gdy idziemy do przodu, ale zaledwie o 5%. Nie udało się wykonać ze względów technicznych całego szklanego dachu, ale składa się on z aluminiowych bardzo lekkich listewek i przez dach przedostaje się światło dzienne. Skądinąd sztuczne oświetlenie jest zupełnie niewidoczne. Każda rzeźba czy płótno zostały uplasowane przy pomocy specjalnego oprogramowania 3D (Maya, Rhinoceros, Unity), aby zdefiniować najbardziej adekwatne miejsce ekspozycji.

I faktycznie, prezentacja dzieł robi wrażenie. Przede wszystkim w tej cudnie oświetlonej sali, dzieła sztuki wspaniale kontrastują z otaczającą je bielą. Ponadto, wokół każdej z nich mamy sporo przestrzeni, aby podejść ze wszystkich stron do prac. Najstarsze powstały 3500 lat p.n.e. a najmłodsze w drugiej połowie XIX wieku. Jest to miejsce magiczne, zwiedzających było sporo. Oto kilka obrazów…