foto

foto

piątek, 21 listopada 2014

Pałac księcia de Lauzun i konfitury z haszyszu

Sala muzyczna Hotelu Lauzun
Odwiedziłam wczoraj jeden z najpiękniejszych i najstarszych pałaców w Paryżu-Hotel de Lauzun na wyspie Sw. Ludwika. Powstał on, podobnie jak Hotel Lambert, w połowie XVII wieku. Uniknął szczęśliwie wyburzenia przez Haussmanna, podobnie jak inne szacowne budynki na wyspie Sw. Ludwika i przetrwał w dobrym stanie do dziś. Zmieniał co prawda często właścicieli, ale miał też dużo szczęścia, bo na początku XX wieku stał się własnością państwa francuskiego. Zachowało się więc XVII-wieczne wyposażenie wnętrz, freski na sufitach malowanych przez Le Bruna i oryginalne, rustykalne  belki sufitu. Uchował się też bajeczny salon muzyczny z loggią dla muzyków i ozdobione drewnianymi boazeriami ściany.  Dziś odbywają się tam oficjalne przyjęcia i podejmowane są głowy państw. W Hotelu Lauzun gościła królowa Anglii.

Ale ten przepiękny zabytek przeszedł go historii nie tylko dlatego, że zachwyca. Przez kilka lat, był on miejscem w którym spotykali się członkowie „Klubu palaczy haszyszu”, a należała do niego, elita artystyczna i naukowa romantycznego Paryża: Charles Baudelaire, Teofil Gautier, Honoré de Balzac bywali także Eugene Delacroix, Gerard de Nerval, Gustave Flaubert czy Alexander Dumas-same sławy!

Klubem zarządzał doktor Moreau, który po podróżach po Syrii, Turcji i Azji mniejszej postanowił osiąść w Paryżu i przebadać wpływ haszyszu i opium na system nerwowy człowieka. Potrzebni mu byli pacjenci. Założył więc klub, do którego zapraszał chętnych spróbowania egzotycznych konfitur z haszyszu, które sam preparował nazywając je „dawamesk”. 

 W ich skład wchodziły, oprócz haszyszu, takie specjały jak miód, mąka z orzeszków pistacjowych czy też migdałów i pasta na bazie oleju albo masła.
Jak ten konfiturowy haszysz spożywano? Otóż brano na łyżkę 30 gramową porcję, rozpuszczano ją w kawie albo nie i degustowano. Po zjedzeniu tej słodkości, goście doktora Moreau popadali  ponoć w euforię, niektórzy mieli nawet nieprzyjemne halucynacje. Jednym ten przysmak smakował, tak że nie mogli się bez niego później obyć, inni uważali, że niepotrzebne im są silne wrażenia i odmawiali doktorowi Moreau udziału w eksperymentach. Po kilku doświadczeniach zrezygnował z bywania w Hotelu Lauzun Gautier, ale opisał swój pierwszy raz.
„Pewnego grudniowego wieczoru, akceptując tajemnicze zaproszenie, zredagowane w formie bardzo enigmatycznej dla uczestników a zupełnie niezrozumiałej dla innych, zjawiłem się w odlegle położonej dzielnicy,  oazie samotności oddalonej od centrum Paryża, gdzie rzeka, obejmując wyspę z dwóch stron sprawia wrażenie jakby broniła tego miejsca przed zakusami cywilizacji, w bardzo starym domu na wyspie Sw. Ludwika, pałacu Pimodan wybudowanym przez Lauzuna, w którym ten dziwny klub, którego byłem członkiem, spotykał się raz w miesiącu”

Gdybyście chcieli przeczytać więcej o słynnym Klubie, to wspomniany Teofil Gautier poświęcił jednemu z wieczorów nowelkę zatytułowaną „Klub haszyszu”.
Jej bohater zostaje zaproszony do hotelu Pimodana przez lekarza, aby wziąć udział w dziwnym doświadczeniu. W luksusowych wnętrzach gościom serwuje się przed daniem głównym haszysz w formie zielonkawej pasty. Następnie opisywane są dziwne i fantastyczne doznania jakie stają się udziałem gości. Dla niektórych dość koszmarne. Przed końcem wieczoru goście wracają „do siebie”. O doświadczeniach w hotelu Lauzuna pisał również Baudelaire w „Sztucznych rajach”.
Doktor Moreau przeszedł do historii jako znakomity badacz wpływu narkotyków na system nerwowy człowieka.

A Hotel Lauzun?  Spacerując nad brzegiem Sekwany, można go z zewnątrz nawet nie zauważyć: jego fasada jest skromna, zimna i właściwie niczym nie ozdobiona. Uwagę zwraca jedynie przepiękny balkon, na którym kiedyś czuwał doktor Moreau, aby jego goście, pod wpływem haszyszu z niego nie wypadli.

Widok z balkonu Hotelu Lauzun na panoramę Marais
Belkowany, rustykalny XVII-wieczny sufit

Malowane boazerie

Diana i Endymiom, przypisywane Le Brunowi

Intrygujące tajemnicze przejścia



Rzeźba Minerwy na klatce schodowej

Cztery pomieszczenia w amfiladzie


Foyer salonu muzycznego
Salon z loggią dla muzyków
Wspaniały widok na Sekwanę i Marais


niedziela, 16 listopada 2014

Hardkorowe polskie kino i Pola Elizejskie

Kino Balzac mieści się w samym sercu Paryża, dosłownie kilkadziesiąt metrów od Łuku Triumfalnego i tuż obok Pól Elizejskich. To małe, w cudowny sposób ocalone przed zachłannością deweloperów kino studyjne gości od kilku lat festiwal kina polskiego. Lubię kino Balzac, nie tylko dlatego, że jest mi do niego najbliżej i lubię polski festiwal, bowiem daje mi możliwość obejrzenia polskiej produkcji minionego sezonu.
Obejrzałam kilka filmów również i w tym roku i gdyby nie to, że czuję się jak skatowany przez narodowców w filmie „Płynące wieżowce” gej Michał, to pewnie bym o nich nie napisała. Może to wina innej perspektywy, może, gdy ogląda się najlepszą ponoć polską produkcję ubiegłego roku tuż przy Polach Elizejskich, to widać je troszkę inaczej niż gdyby siedziało się w kinie na Ursynowie.

Zacznę więc od „Płynących wieżowców”, które tematyką niewiele różnią się od „Życia Adeli”, tyle, że dzieją się w polskich warunkach. Jest to historia Kuby, championa pływania, w którym budzi się nagle pożądanie/miłość do Michała, geja. Kuba jest młodym mężczyzną, ale jeszcze zupełnie niedojrzałym, niesamodzielnym, żyjącym na garnuszku u samotnej matki ze swoją dziewczyną. Ale Kuba nie potrafi podjąć żadnej decyzji, jest totalnie pozbawiony asertywności. Całkowicie uzależniony od matki, skazany na jej humory. Zaszokowała mnie scena, gdy matka siedząca w wannie prosi go o zrobienie jej masażu szyi-i on to robi! Po wielu rozterkach i próbach przeżywa wreszcie krótki i brutalny (przy kracie) romans i seks z Michałem, ale ta próba odcięcia pępowiny, zdobycia samodzielności życiowej i wybrania orientacji seksualnej kończy się szybko. Matka zabrania mu spotykania się z Michałem i zmusza do ślubu z dziewczyną, czemu Michał się, bez protestu, poddaje. Daleko nam tu do samodzielnych, biorących za siebie odpowiedzialność dziewczyn z „Życia Adeli”.
kadr z filmu "Płynące wieżowce"

Film ma słabiutki scenariusz, rzadkie i cienkie dialogi, częściej się w nim milczy i uprawia seks niż mówi, film ma dłużyzny  i zanim się dotrze do końca, to przerabia się cały polski słownik przekleństw. Ma jednak jedną zaletę, pokazuje jak wiele nas dzieli od francuskiego społeczeństwa, w którym to, że syn jest gejem nie wywołuje u nikogo emocji, gdzie młodzież się bardzo szybko usamodzielnia, często ogromnym kosztem, nie tylko materialnie ale również psychicznie. Nie wyobrażam sobie, aby ktoś po ukończeniu 20 lat mieszkał we Francji z dziewczyną w mieszkaniu i  na utrzymaniu rodziców. Polski seks pokazany w tym filmie jest również jakiś strasznie biedny, pozbawiony wyobraźni w porównaniu z tym co możemy zobaczyć  w „Życiu Adeli”. Może młodzi realizatorzy powinni czytać „ 50 odcieni Greya”, oglądać więcej filmów, czytać więcej literatury libertyńskiej a może już tak musi być, przaśnie i brutalnie?
Wyraźnie widzę jednak, i to nie pierwszy raz, fascynację reżysera wybetonowaną Warszawą, tunelami, metrem, blokowiskami. To ten nowy świat, po „Transformacji”-to nawiązanie do tematu tegorocznego przeglądu.

Drugi film, który obejrzałam, to „Pod mocnym aniołem”. Dostał on w Polsce wiele nagród, został uznany przez polską krytykę za film wybitny. A ja w połowie tego filmu wyszłam z kina. Bo nie po to wyjechałam z Polski, żeby po raz enty oglądać tarzająacych się we własnych wymiocinach alkoholików, oglądać sceny seksu pijanych w sztok meneli. I co z tego, że Więckowski potrafi zagrać wszystko? Że pozostali aktorzy znakomicie wcielili się w role innych polskich pijaczków. Pilch i jego proza to bajka, która się skończyła. To tematyka, która tu, na zachodzie Europy nikogo nie obchodzi, może poza skrajnym marginesem, kloszardami siedzącymi na ławce przy placu Clichy. A czy jest to film o polskiej rzeczywistości? Niestety już nie! Picie na umór to rzeczywistość PRL-u, Rosji, marginesu z Brzeskiej i nikt mi nie wmówi, że jest to warte pokazania w Paryżu. Bo czy tak chcemy się pokazywać? Niejednokrotnie musimy walczyć ze schematami myślenia Polak-pijak, Polak-alkoholik. Czasem nam się to nawet udaje. Taki film jak „Pod mocnym aniołem” pokazany przy Polach Elizejskich odbiera nam argumenty, ucina skrzydła-to my, oglądajcie nas! No bo tak u nas jest...Jedyne co ten film ratuje, to kilka scen humorystycznych, naprawdę śmiesznych, ale i nieśmiesznych, jak ta w tramwaju, gdy menel, który jest na bani od kilku dni nie wie, czy to szósta rano, czy szósta wieczorem a drugi, również w stanie upojenia alkoholowego mu odpowiada-Jak to, K. nie wiesz? Szósta w południe!”. I nie obchodzi mnie kto, co, ani jak pana Pilcha z pijaństwa ratuje. Nie ta tematyka, są dziś ciekawsze i ważniejsze historie do opowiedzenia. Mam wymieniać?

Mam taki zwyczaj, aby co roku zabierać swojego syna na polski film. I tak przed dwoma laty była to znakomita „Sala samobójców” a w ubiegłym roku dowcipna i znakomicie zrobiona „Yuma”. W tym roku poza Reksiem, dla młodzieży nic ciekawego, nowego nie znalazłam. Wybrałam więc „Hardkor disko”, ale na szczęście syn nabawił się kataru i na film poszłam sama.. I może lepiej, że tego filmu nie widział.
 Wiem, reżyser i scenarzysta jest autorem słynnych klipów, to jego specjalność ale tym razem,  po raz pierwszy, chciał się zmierzyć z długim metrażem. Obawiam się jednak, że otwarta forma scenariusza i język filmowy nie znajdą zbyt wielu wielbicieli we Francji. Jest to film autorski, całkowicie autorski, o psychotycznych lękach i poglądach autora. To nie jest film na którym można zagłębić się wygodnie w fotelu i przenieść w świat opowieści. Ponieważ tej opowieści tak naprawdę nie ma. To znaczy jest, ale musimy ją sobie napisać sami.
kadr z filmu "Hardkor disko"
W skrócie chodzi o to, że młody chłopak postanawia się zemścić na nowobogackiej parze mieszkającej w eleganckim apartamentowcu. Dlaczego? Tego nie dowiadujemy się do końca. Ponoć scenariusz jest zainspirowany tragedią grecką. Którą? Na spotkaniu po filmie autor zasugerował króla Edypa. Ale z tą tragedią grecką to trochę taki szpan. Dobrze brzmi. Film lepiej się sprzedaje, ale nie bardzo wiem, co ma z nią wspólnego. Edyp nie wie, że zabija ojca, nie wie też, że śpi z własną matką a bohater filmu Skoniecznego morduje z premedytacją, bez wyraźnej motywacji. O coś mu chodzi, ale o co?

Czytając natomiast między wierszami czuje się , że w tym filmie autorom scenariusza chodziło o wyrażenie nienawiści do pokolenia rodziców, którzy się dorobili, zaprzedając jednocześnie własne marzenia. Albo, którzy oszukiwali. Pokolenia, które jest tolerancyjne w wychowywaniu dzieci, zgadzając się praktycznie na wszystko, łącznie z narkotykami. W tym filmie morduje się za tolerancję, za pracę dla pieniędzy, za bogacenie się. Młody człowiek dokonuje egzekucji na rodzicach przypadkowo poznanej dziewczyny. Film oglądam w okresie, w którym co kilka dni dowiadujemy się o krwawych egzekucjach dokonywanych na bezbronnych ludziach, dziennikarzach i pracownikach humanitarnych przez fanatyków islamu. Bohater filmu Krzysztofa Skoniecznego to psychopata, chory człowiek, którego okrucieństwo ma się czymś tłumaczyć. Nie tłumaczy się, nigdy nie da się wytłumaczyć. Nawet jeśli podeprzemy się grecką tragedią. 

Jest więc w tym filmie agresja, nienawiść i przemoc. Reżyser świadomie gloryfikuje przemoc, każe  zabijać i to w sposób okrutny i bez uzasadnienia. Pokazuje również autodestrukcję naszej złotej, elitarnej młodzieży. Tak jakby wszystko to, co najbardziej brutalne i złe miało być prawdziwe. 
I wreszcie język, ale on dominuje we wszystkich trzech obejrzanych filmach. Film zaczyna się od słowa sp...Właściwie każdy dialog, to stek wulgaryzmów. Nie ma konwersacji, w której nie padałyby słowa na k., innych nie muszę cytować, wszyscy je doskonale znacie. Tylko dlaczego my musimy  tego słuchać? Nie, nie musimy i z „Pod mocnym aniołem” po prostu wyszłam.

W Płynących wieżowcach, jak zauważyłam, Francuzi nawet tych naszych wulgaryzmów nie tłumaczą. W dwóch pozostałych filmach tak, ale tłumacz je mocno osłabił, bo gdyby naprawdę używał krwistego języka polskiego, to chyba uszy żadnego francuskiego widza by tego nie zniosły. Obserwuję jakieś potworne zubożenie naszego słownictwa. Ale piszę o tym już nie pierwszy raz.

Festiwal polskiego kina to nasza wizytówka w Paryżu. Niewątpliwie najlepsza impreza organizowana przez polski Instytut Kultury i obrazy jakie są pokazywane dają wizerunek naszego kraju i jego mieszkańców. Problemów jakimi żyje, warunków i stanu umysłowego Polaków. Gdyby jakiś pechowiec trafił, tak jak ja w tym roku, na te trzy obrazy, to chyba zraziłby się do polskiego kina do końca życia.

A może polskie kino współczesne jest zupełnie inne, tylko ja miałam cholernego pecha?


piątek, 14 listopada 2014

Fernando Pessoa o pięknym życiu

Przetłumaczyłam te wersy przyjaciółce nieznającej francuskiego, ale może jeszcze komuś się one spodobają?

„Jest coś wzniosłego w marnotrawieniu życia, które mogłoby być użyteczne
Nigdy nie zrealizować dzieła, które z pewnością okazałoby się piękne
Porzucić w połowie drogę prowadzącą do sukcesu
Dlaczego sztuka jest piękna?
Ponieważ jest bezużyteczna
Dlaczego życie jest brzydkie?
Ponieważ jest pasmem celów, zamiarów i intencji
Wszystkie jego drogi są wyznaczone tak, aby przejść z jednego punktu do drugiego
Dałbym wiele za szlak prowadzący z miejsca
Z którego nikt nie przychodzi do miejsca, do którego nikt nie zmierza
Na czym polega piękno ruin?
Na tym, że już niczemu nie służą"

Fernando Pessoa, Księga niepokoju


"Il y a du sublime à gaspiller une vie qui pourrait être utile,
à ne jamais réaliser une œuvre qui serait forcément belle,
à abandonner à mi-chemin la route assurée du succès. 
Pourquoi l’art est-il beau ? 
Parce qu’il est inutile.
Pourquoi la vie est-elle si laide ?
Parce qu’elle est un tissu de buts, de desseins et d’intentions.
Tous ses chemins sont tracés pour aller d’un point à un autre.
Je donnerais beaucoup pour un chemin conduisant d’un lieu
d’où personne ne vient, vers un lieu où personne ne va.
La beauté des ruines ?
Celle de ne plus servir à rien."

Fernando Pessoa, Le livre de l'intranquilité

czwartek, 13 listopada 2014

Pogwarki parysko-orańskie


Około południa próbuję się dostać do metra na stacji Republika. Wszystkie wejścia zamknięte,  dużo policji. Z kolei na przystanku autobusowym czeka już spory tłumek.
-Czy wie Pan dlaczego zamknęli metro –pytam? 
-Nie wiem, chyba jakaś demonstracja...
-U nas -wtrąca się mężczyzna o ciemnej skórze (Algierczyk, Marokańczyk?)- za taką demonstrację to pakuje się do więzienia albo....pokazuje podcinanie gardła.
-I panu to pasuje ? -pyta stojący obok niego mężczyzna z teczką
-Bałagan jest w tym waszym kraju i tyle-odpowiada mu ten o ciemnej skórze.

Cukiernia koło domu, wchodzę po chleb, ale za szybą widzę jakieś nieznane mi, smakowicie wyglądające ciastko
-Przepraszam, jak to ciastko się nazywa ?
-Orańskie, odpowiada sprzedawczyni, ciasto francuskie nadziewane morelami i kremem waniliowym...
-Nie zna go pani ?-pada pytanie ze strony pana ze sporym brzuszkiem o filuternych oczach łakomczucha-to przecież francuska klasyka!
-Klasyka ?-pytam. Ale dlaczego « orańskie »?
-Oran to było miasto kolonialne, w Algierii, to pewnie stąd...
Orańskie ciastko

Przy popołudniowej kawie znajoma opowiada mi o książce « Mersault-powtórne śledztwo » , algierskiego dziennikarza Kamela Daouda.  Sporo się o niej ostatnio mówi.
-Niewiele brakowało, a dostałby w tym roku  nagrodę Goncourtów. Nazywany jest we Francji algierskim Wolterem. Ma bardzo niezależne, zdecydowane, laickie poglądy. Sporo ryzykuje-nie sądzisz?

Po ostatnich wyborach w Algierii, które wygrała partia laicka napisał: „Nareszcie naród, który zrozumiał, że islam nie jest rozwiązaniem oraz że religia ani nas nie wykarmi ani nie pomoże nam w rozwoju”. Od siedemnastu lat prowadzi kronikę w„Dzienniku Oranu”. W konflikcie palestyńsko-izraelskim nie opowiada się automatycznie po stronie Palestyny. Mówi, że ludzie tylko „jednej księgi” są zawsze najbardziej nietolerancyjni. Francuski jest dla niego językiem wolności, jedyną wartością o którą warto walczyć-wyznał ostatnio w wywiadzie.


czwartek, 6 listopada 2014

Minister kultury, która nie czyta książek

Fleur Pellerin
Wstyd! I to jaki!  Nowa francuska pani minister kultury Fleur Pellerin wyznała w wywiadzie radiowym, że od dwóch lat nie czyta książek. Bo nie ma czasu. Czyta jedynie notatki współpracowników i depesze agencyjne. Gorzej, gdy dziennikarka poprosiła ją o podanie tytułu ulubionej książki nagrodzonego ostatnio francuskiego noblisty Patricka Modiano, francuska minister przyznała się, że go nie zna. We Francji, w której czyta każdy i to chyba od kolebki, zawrzało. Nowej pani minister nie oszczędzili znani humoryści pisząc na przykład tak: 

„ Jestem mechanikiem samochodowym. Ale od dwóch nie znalazłem czasu na otworzenie maski samochodu.
Jestem piekarzem. Ale od dwóch lat nie znalazłem czasu na ugniecenie ciasta.
Jestem adwokatem. Nie mam chwili czasu na zapoznanie się z kodeksem karnym, od dwóch lat.
Jestem dziennikarzem. Nie mam chwili, aby zainteresować się bieżącymi wydarzeniami, od dwóch lat.
Jestem rabinem. Nie mam czasu, żeby zagłębić się w lekturę Talmudu.” –nabijali się z pani minister francuscy humoryści. Inni z kolei opublikowali listy-stosiki. Na przykład taki: 
1. „Do widzenia na górze” Pierra Lemaitre'a. Nagroda Goncourtów 2013 i pół miliona sprzedanych egzemplarzy. Jest to historia dwóch przyjaciół, żołnierzy z okresu I wojny, którzy już po jej zakończeniu dokonują gigantycznego oszustwa na pomniku pamięci ofiar wojny. Książka podobna w klimacie do „Wojaka Szwejka”-dowcipna i wzruszająca.
2. „Pięćdziesiąt odcieni Greya”-jeśli nie czytaliście to warto! Ta najbardziej rozchwytywana ostatnio powieść erotyczna  sprzedała się na świecie w 100 mln egzemplarzy. Jest to opowieść o relacji o podłożu sadomasochistycznym między Christianem Greyem, biznesmenem i młodziutką dziewicą Anastacią Steele.
3. Kolejna pozycja polecana pani minister to „Dziękuję za tę chwilę” byłej konkubiny prezydenta Francji, Valerie Trierweiler, w której autorka opisuje lata spędzone z François Hollandem. Książkę kupiło 440 tys. Francuzów, a ilu przeczytało? Lepiej nie wiedzieć. No i jest to pozycja, którą trudno przeoczyć, nawet jeśli jej lektura może być odczytana jako nielojalność...
4. „Koniec Gier” Michaela Martina. Jako minister kultury powinna wiedzieć co w trawie piszczy w literaturze tzw. fiction. Tę pozycję czytają młodzi ludzie wszędzie na świecie. Historia jest taka, że 17-letni Patrick i jego 5-letni brat walczą cały dzień z zombi, wędrując po lasach Wirginii w poszukiwaniu tych, którym udało się przeżyć.
5. Prawda o sprawie Harry'ego Queberta-młodego szwajcarskiego pisarza  Joël Dickera opowiadająca historię pisarza Marcusa Goldmana, który biedzi się z napisaniem powieści, gdy nagle dowiaduje się, że  jego profesor jest oskarżony o zamordowanie młodej, piętnastoletniej dziewczyny i posądzony o romans z nią. Nasz autor wszystko rzuca i wyrusza walczyć w obronie niewinnego profesora. Powieść z dreszczykiem, czyta się w jedną noc. Za tę powieść, zaledwie 24-letni pisarz zebrał wszystkie możliwe nagrody literackie.
6. I wreszcie, ostatnia powieść dedykowana pani minister- Patricka Modiano,  pewnie jeszcze nie ukazało się polskie tłumaczenie-„Żebyś się nie zgubił w dzielnicy”, może nie najlepsza, ale trzymająca w napięciu. I przede wszystkim krótka-do przeczytania w jeden wieczór. Wypadałoby bowiem, aby francuska Minister Kultury znała choćby jedną powieść tegorocznego francuskiego noblisty...

Nie można tego stosiku traktować zbyt poważnie-jest dowcipny i pełen ironii-lektury łatwe i szybkie w czytaniu, żadna tam poezja czy eseje filozoficzne, ale dobre choćby i to...Jak na razie w skali swoich ocen, Francuzi dali jej 0/20. I wpadka pani minister jeszcze bardziej pogrążyła i tak już mało popularnego prezydenta...



środa, 5 listopada 2014

Prochy w Ogrodzie Pamięci, na Père Lachaise

W dniu Wszystkich Świętych na paryskim cmentarzu Père Lachaise było prawie pusto. Między grobami przemykali nieliczni turyści, jakaś grupa zwiedzała nekropolię z przewodnikiem, zatrzymując się przed grobem Colette. Ale stare, obrośnięte mchem groby były puste. Nie stały na nich ani wazony ani donice kwiatów, bardzo rzadko można było dostrzec choćby najmniejszą świeczkę.
Wybrałam się tradycyjnie, jak co roku, na grób Chopina. Trochę z patriotyzmu, trochę z sentymentu do kompozytora i jego muzyki a trochę dlatego, że żadnego innego grobu w Paryżu do odwiedzenia nie mam. A jakiś grób w tym dniu odwiedzić przecież trzeba.
Nie byłam sama. Po drodze minęłam kilku innych Polaków zmierzających w tym samym kierunku. Przed grobem polskiego pianisty stało już kilka osób. I jak co roku, był zarzucony kwiatami, paliło się na nim wiele świeczek. I jak zawsze, był to chyba najbogaciej udekorowany grób na cmentarzu Père Lachaise.
Przeszłam jeszcze kilkoma alejkami, aby pokłonić się kilku innym artystom i  zamierzałam wracać już do domu, gdy nagle zobaczyłam ekscentrycznie ubranego wysokiego, barczystego mężczyznę w czarno-białym, kraciastym płaszczu-szlafroku, czerwonych spodniach i butach. Nie sposób było nie zwrócić na niego uwagi. Tuż obok kroczył na wpół zgięty mężczyzna-prawdopodobnie służący i niósł ogromnych rozmiarów donicę z żółtymi chryzantemami.
Kim by ów mężczyzna i dla kogo przeznaczone były kwiaty? Zaintrygowana postacią dziwnego nieznajomego zaczęłam iść jego śladem. Szliśmy najpierw długą aleją i nagle skręcił w lewo, pod sam mur cmentarza, pod którym rozciągał się szeroki trawnik. Ale ten trawnik tylko z pozoru wyglądał normalnie. Dostrzec bowiem dało się rozrzucone gdzie nie gdzie bukiety albo pojedyncze róże, a co kilka metrów, tuż przed trawnikiem stały zgrupowane dziesiątki donic z kwiatami i to tam zatrzymywali się najczęściej ludzie. W jednym z takich zagłębień mój tajemniczy nieznajomy kazał postawić donicę z chryzantemami. Na trawniku, w głębi, stała tabliczka z napisem. „Ogród wspomnień”.

Stanęłam wśród  ludzi patrzących na trawnik i po kilku minutach zapytałam skupioną w rozmyślaniach kobietę o wyjaśnienie mi miejsca, w którym się znaleźliśmy. „ Po kremacji-powiedziała- każdy może poprosić o rozrzucenie prochów bliskiej osoby na tym trawniku. Tu leży mój mąż. Nie, nie robi się tego samemu, czyni to upoważniony pracownik cmentarza”. Spojrzałam na trawnik i dostrzegłam na niej długie pasma białego proszku...Ten Ogród Pamięci to najbardziej uczęszczana część cmentarza. I pomyślałam sobie, że to jednak wspaniale, znaleźć się nawet po śmierci w Paryżu i to w tak doborowym towarzystwie...