foto

foto
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka nowoczesna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka nowoczesna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 kwietnia 2012

Trzy szalone dni w Paryżu


Nic chyba nie sprawia mi większej przyjemności niż niespodziewany mail czy też  telefon od znajomych z zapowiedzią…„przyjeżdżam do Paryża, będziesz?” albo, czy mogę do Ciebie wpaść na ….i tu pada liczba dni, które ktoś hojnie przewidział na odwiedziny a przy okazji zwiedzanie miasta. To zawsze wielka radość, bo oznacza, że nie tylko spotkam się z kimś bliskim, ale także, że będę miała okazję wymęczenia mojego gościa spacerami po « moim Paryżu », pokazania tajemniczych miejsc, zakątków, zaprowadzenia do ulubionych muzeów, podzielenia się najlepszymi adresami restauracji…słowem, spędzę kilka pasjonujących dni. Każdy przywozi bowiem ze sobą swój świat, swoje pasje i swoją wizję miasta. Łakomczuchy zamawiają prawie zawsze żabie łódka i ślimaki(toteż znajomy sprzedawca pyta mnie już przy  każdej okazji ”no to kto tym razem Panią odwiedza?”), marzyciele szukają miejsc oryginalnych, ogrodnicy-parków.

Ja natomiast staram się przygotować każdemu gościowi program.Uwielbiam to! Przekopuję wówczas magazyny Pariscoop i Figaroscoop, wertuję specjalistyczne przewodniki, kupuję bilety do teatru i na wystawy- słowem staram się, aby mój gość się w tym mieście  zakochał . I z reguły cel osiągam, a moje programy „na rozmiar” sprawdzają, choć miałam też i małe wpadki. Znajomej, która buduje Muzeum Żydów w Warszawie przygotowałam intensywny program związany z kulturą żydowską w Paryżu (to oczywiste, nieprawdaż?) - Marais, synagogi, pomnik Shoah, etc. a ona, tuż po przekroczeniu progu mojego mieszkania oświadczyła „ależ ja przecież przyjechałam na wakacje,  nie do pracy!” i cały mój program diabli wzięli,  pokazywałam jej natomiast Paryż wielokulturowy, Barbes i okolice a tam, jak się okazało, jeszcze nigdy nie była. Tak więc nieustraszona w moich przedsięwzięciach i nigdy nie zrażona porażkami, dowiedziałam się przed paroma tygodniami, że odwiedzi mnie młoda dama studiująca w Warszawie historię sztuki. Sam miód! Łatwizna! Paris Fair Art? Wspaniale! Wystawy czasowe! Jak najbardziej! Galerie? Marzenie…

Piątek, godzina 17.00 Porte Maillot. Mój gość wysiada z mocno spóźnionego autobusu. Pierwszy raz w Paryżu. A więc do domu pójdziemy pieszo, to raptem 15 minut, a pogoda piękna. Walizka zostaje  w domu. No tak, i od czego tu zacząć. Montmartre? I już pięć minut później jesteśmy w metrze niebieskim „2”. Przystanek- Anvers skąd zaczynamy wspinać się w górę. Przemykamy wąskimi uliczkami, podziwiając prace twórców streetartu. Plac Tertre tonie w słońcu, na schodach Bazyliki Sacre Coeur tłumy rozbawionej młodzież, panorama miasta osnuta lekką mgłą. Robimy zdjęcia przy spadających gdzieś w dół schodach. I zejście do metra na Placu Pigalle. Wszędzie tłumy, gęsty tłum przez który trudno się przecisnąć. Ale czasu mało. Metrem dojeżdżamy do Grand Palais, w którym przez cztery dni trwają jedne z największych w Europie targów sztuki. 120 galerii z całej Europy przywozi swoje najcenniejsze eksponaty.
Taka rozmaitość kierunków, materii, kolorów i form, że trudno się we wszystkim połapać, ale dostrzegłyśmy zdecydowaną tendecję do kiczu i pop-artu, a także do ich bardziej wyrafinowanej, ironicznej, żartobliwej formy campu, bo czyż nie jest nim to co widzicie na zdjęciach?








Grand Palais opuściłyśmy już prawie po zamknięciu czyli po 22h., ale starczyło nam jeszcze siły, aby przejść spacerkiem z placu Concorde do piramid Luwru. Był piękny ciepły, łagodny wieczór. W jednym z korytarzy Luwru wiodących do Pałacu Królewskiego (Palais Royal) rozchodził się cudowny dźwięk saksofonu…to jakiś widocznie nie potrafiący odnaleźć snu artysta zabłąkał się w okolicy. Żółte, ciepłe światło dopełniało reszty…Ale trzeba było wracać do domu, odchodziło ostatnie metro…a my byłyśmy na naszych „ostatnich” nogach…


 Sobota rano: Cel pierwszej wyprawy-Matisse „Pary i serie” w centrum Pompidou. Obrazy, które doskonale znamy z albumów, pocztówek i  kopii tym razem pokazane w seriach i parach. „Martwa natura z pomarańczami” z 1899 roku Luxe 1 i Luxe 2, „Tańczące nagietki” I i II. Wystawa ciekawie pokazuje cały proces powstawania dzieła, etapy poszukiwań, dzieła niedokończone a obok nich, już te ostateczne. Autor „Aktu siedzącej na ornamentowym tle”, szalony fowista, jak mało który malarz zyskuje, gdy ogląda się jego prace „na żywo” a dużo traci na slajdach czy w katalogach. Dość, że mój gość, mimo iż na trzecim roku historii sztuki, nigdy nie widział jego prac „na żywo” (aż trudno w to uwierzyć). Zastanawiam się, jak w Polsce można uczyć historii sztuki, jeśli nie organizuje się regularnych wyjazdów do muzeów zagranicznych. Czy w ogóle można?

Jedna z "par" na wystawie Matisse'a
 Z wystawy  przejeżdżamy metrem na drugi koniec miasta, do Maison Rouge koło Bastylii  na wystawę poświęconą wykorzystania neonu jako środka przekazu w sztuce zatytułowaną „Kto się boi czerwonego, żółtego i niebieskiego, czy neon budzi strach?”. Oryginalne, nieprawdaż? Neon wynalazł w 1912 roku Francuz, Georges Claude. Początkowo wykorzystywano gazy bezbarwne- ale już wkrótce okazało się, że jeśli zastosujemy helium (światło żółte), argon (fioletowe) i czy argon z oparami rtęci(światło niebieskie) to rezultaty mogą się okazać niezwykle. Początki używania neonu przypadają na lata 20-ste, ale dopiero w latach 60-tych zaczyna się ich złota era, przede wszystkich u konceptualistów i minimalistów amerykańskich, oraz w arte povera we Włoszech. Neon staje się  językiem poezji i narracji, językiem sloganu politycznego i zabaw językowych, grafiki i reklamy.




 Słynny slogan polityczny powstały w Mozambiku w walce o niepodległość, wykorzystany w maju 1968 roku przez studentów paryskich



"Słowa są czynami"-Eric Michel






 Kendel Geers Terror/Error



Po wystawie, szybki lunch w okolicznej restauracji podczas którego pada pytanie o najfajniejsze butiki  kreatorów mody. Oczywiście Marais, tym bardziej, że z placu Bastylii mamy naprawdę niedaleko! I tak spędzamy popołudnie krążąc po pasjonującym świecie mody…Czy podać kilka moich ulubionych adresów? Wreszcie powrót do domu i zmiana  strojów, buty na trampki, ciepłe szale i swetry bowiem…kluczem wizyty ma być trzygodzinny przejazd rowerem przez Paryż,  z przewodnikiem.
O godz. 20.00 wyruszamy punktualnie w czteroosobowej grupie z 44, rue Orsel (gdzie mieści się przesympatyczna wypożyczalnia rowerów)  na trzygodzinny, nocny rajd po Paryżu a w programie: Moulin Rouge, Opera Garnier, Plac Vendome, Hotel Inwalidów, Wieża Eiffla i czy też przejazd Polami Elizejskimi (niezapomniany!)Wiatr świszczy nam w uszach, gdy przemykamy nocnymi, rozświetlonymi bulwarami Paryża. Ma się uczucie, że miasto do nas należy, bo jesteśmy w przeciągu tych zaledwie kilku godzin je ogarnąć.
Nie może się po tych przeżyciach obyć bez gorącej herbaty i spaceru po zaczarowanym w nocy Montmartrze. Wracamy znów ostatnim metrem do domu…


 I niedziela, od rana w kolejce, aby obejrzeć cudowną wystawę poświęconą aktom Edgara Degas w Muzeum Orsay, później spacer nad Sekwaną, po ogrodach Tuleryjskich i Muzeum Sztuk Dekoracyjnych. Zatrzymujemy się na moment w ogrodzie pałacu Królewskiego wystawiając na chwilkę spragnione po zimie buzie do słońca, obiad na Montmartrze, galerie sztuki na ulicy Abbesses i już pędzimy na pchli targ w 19-stce, przy ulicy Secretan, z którego wracamy objuczone bajecznymi zakupami, przybyły mi nowe świeczniki i akwarela. Jest już wieczór, gdy resztkami sił wydostajemy się z domu na wystawę fotografii Helmuta Newtona w lewym skrzydle Wielkiego Pałacu, otwartą do 22h. Niestety już robi się noc. W poniedziałek rano, zostaje już tylko czas na ekspresową wizytę romantycznego parku Monceau i szybki marsz w stronę Porte Maillot, skąd nasz autobus już odjechał, ale będzie następny, już czeka.
Macham ręką do mojej młodej damy z przekonaniem, że jej  romans z Paryżem dopiero się rozpoczął, że na pewno wróci, a jeśli już nawet mnie tu nie będzie, to pozostaną jej wspomnienia…tych trzech szalonych dni.

Następny mój gość, który odwiedzi mnie za tydzień, stara przyjaciółka, która rzeźbi i maluje. Już mi  zapowiedziała-żadnych muzeów- tylko "street art"... zaczynam zbierać podręczniki i szukać inspiracji...





niedziela, 11 marca 2012

Ai Weiwei- dysydent i artysta


Ai Weiwei, Studium perspektywy 1995-2010

Ai Weiwei jest od kilku tygodni celebrowany we Francji jak mało który artysta. Otwarciu jego wystawy zatytułowanej „ Entrelacs” w  Jeu de Paume towarzyszyła cała prasa.  "Liberation" poświęciła mu wydanie specjalne. Po kilku tygodniach od otwarcia, przed galerią ustawiają się od rana tłumy. Ale ktoś, kto będzie szukał w jego zdjęciach technicznego perfekcjonizmu, klimatów, poetyckich pejzaży –wyjdzie rozczarowany. Ai Weiwei w swoich pracach opowiada po prostu o współczesnych Chinach, nie upiększając obrazów i właśnie taka naturalistyczna opowieść skazuje go na status dysydenta, opozycjonisty wobec chińskiego reżimu. Ai Weiwei wymknął się spod kontroli, a tego chiński reżim bardzo nie lubi.

Urodził się w 1957 roku w Pekinie, jego ojciec, słynny poeta, naraził się reżimowi i został wysłany do reedukacyjnego obozu na pustynię Gobi. Spędził w nim pięć lat. Weiwei ukończył szkołę filmową w Pekinie, założył grupę artystyczną The Stars, która programowo odrzucała kolektywizm artystyczny, opowiadając się za indywidualizmem i eksperymentami w sztuce. W 1981 roku wyjeżdża do Nowego Jorku. Tam zaprzyjaźnia się m.in. z Allenem Ginsbergiem i Andy Warholem, poznaje sztukę Marcela Duchampa. Po dziesięciu latach powraca do Chin, aby zająć się chorym ojcem. Publikuje wówczas niezwykle ważne książki o awangardzie w Chinach. W 2005 roku państwo zezwala mu na otwarcie bloga, ale w 2009 blog zostaje zamknięty, artyście do komunikowania się ze światem pozostaje Tweeter.

Wystawa w Jeu de Paume obejmuje zdjęcia i nagrania filmowe wybrane z liczącej 250 tys. klisz kolekcji. W pierwszej sali znajdują się, może najciekawsze serie zrealizowane w latach 2002-2008, a zatytułowane „prowizoryczne pejzaże”. Weiwei przemieszczał się po Chinach i rejestrował zmiany zachodzące w krajobrazie, burzenie starej tradycyjnej chińskiej architektury (domów hutang) i budowanie blokowisk. A ponieważ od 1949 roku państwo jest jedynym właścicielem ziemi, toteż może burzyć co mu się podoba i budować bez pytania kogokolwiek o zgodę. Wyrastają więc na miejscu wyburzonych domostw makabryczne blokowiska, nieludzkie, „sypialnie” bez żadnej infrastruktury, miejsca na życie. Często, całe wioski są równane z ziemią bez podawania wyraźnej przyczyny ani odszkodowania dla mieszkańców. Wieki historii są w ten sposób niszczone w imię „postępu”. Obraz tych miejsc, plac budów, gruzu i bałaganu jest tak przygnębiający, zwłaszcza, gdy wchodzi się na wystawę z paryskiej ulicy, że można odnieść wrażenie, jakbyśmy się znaleźli wewnątrz tego apokaliptycznego spektaklu.

W dalszym salach znajduje się rejestracja postępów w budowie „ptasiego gniazda” stadionu powstałego z okazji Olimpiady w 2008 roku, przy którym to obiekcie Weiwei pracował jako architekt konsultant i z którego wycofał się, gdy uświadomił sobie, że służy on do celów politycznych. Pokazane są również fotografie zebrane przez artystę podczas pobytu w Nowym Jorku latach 1983-1993 w okresie w którym, jak mawia, „szwendał się z kolegami bez celu ani projektu”. Fotografował wówczas okolice East Village, sceny uliczne, manifestacje, portretował znajomych artystów.

Po powrocie ze Stanów Zjednoczonych w 1993 roku zamieszkał w Pekinie, osiadł na fermie Coachandgi, i stał się liderem grupy walczącej o wolność wypowiedzi. Zdjęcia pokazane w tej serii to świadectwo codziennego życia twórców  bliskich Weiwei.

Pokazano również jego prace związane z udziałem  w 2007 roku w największej światowej prezentacji sztuki współczesnej, która odbywa się co pięć lat w Kassel i na którą zaprosił ponad 1000 Chińczyków, aby stworzyć coś w rodzaju żywego obrazu. Problemy z wyjazdem, z otrzymaniem paszportu zostały pokazane na wideo. Temat ten ci, którzy kiedykolwiek żyli w kraju komunistycznym doskonale znają.
Udało mu się również udokumentować trzęsienia ziemi z maja 2008 roku. Osobne miejsce zajmują zdjęcia umieszczone na blogu. Zostały one uratowane tuż przed rekwizycją archiwum artysty w 2009 roku.
Jedną z najbardziej znanych serii stanowią zdjęcia „pokazujące fucka”, nazwane przez artystę studium perspektywy. Jedno z nich zostało wykonane na placu Tiananmen w Pekinie. Ten gest ma symbolizować stosunek artysty do reżimu chińskiego, ale także do wszelkiej formy władzy.
W wywiadzie opublikowanym przez „Liberation” Weiwei powiedział „Jestem medium przekazującym  informacje". Są to informacje dotyczące korupcji, bogacenia się klasy aparatczyków, malwersacji, które są możliwe, ponieważ nie poddane żadnej kontroli demokratycznej. Jak mówi Weiwei w Chinach prawo nie chroni obywateli, ale władzę i stanowi zagrożenie dla obywateli. Ale Ai Weiwei jest już dziś skazany na milczenie, pilnowany, odizolowany, z zakazem podróżowania. I dlatego trzeba koniecznie obejrzeć  wystawę w Jeu de Paume.. Nie wiadomo, czy nie będzie ona ostatnią.

piątek, 16 września 2011

Chińczycy w parku Monceau


Nie wiem, czy kogoś interesuje chińska rzeźba,  mnie nie.  Ale od kilku dni codziennie rano biegam w tłumie szalonych joggerów alejkami parku Monceau, i chcąc nie chcąc, wpatruję się w wystawione tam kreacje chińskich artystów. Bieganie, zwłaszcza w takim tempie jak ja, pozostawia sporo czasu na rozmyślania, toteż zaczęłam im się dzisiaj uważniej przyglądać, i analizować. Zacznę od końca, czyli od kamiennego globu, który niby ogromna czaszka,  zmaltretowana przez nas planeta, przyłapuje nasz wzrok na samym końcu alejki…Straszny to maszkaron, z tymi przyklejonymi ze wszystkich stron wieżowcami, smutny, podziurawiony. A może to imperialistyczne marzenia chińskiego artysty? Nasza będzie cała ziemia, niczym w socrealistycznym malarstwie radzieckim lat 50-tych?


Drugą w kolejności rzeźbą są metalowe, zimne, błyszczące w słońcu „kwiaty”-jak mówi tytuł. Do kwiatów mało podobne, raczej do smukłych skrzydeł helikoptera, albo zamienionych przez króla Midasa w złoto roślin. Już samo nazwanie tych metalicznych, lodowanych, niekolorowych przedmiotów wywołuje w nas bunt. Czy to są naprawdę kwiaty? Czy tez chińska fascynacja metalem?





Jak wiadomo, sztukę ogląda się zawsze z perspektywy własnych doświadczeń, lektur i każda interpretacja staje się bardzo subiektywna, nie do końca prawdziwa . Trzecia w kolejności jest rzeźba  „Zdobycie księżyca “a dokonują zdobywania, ustawione niczym w cyrku, atletyczne kurczaki. Kojarzą mi się one bardziej z kurza grypą niż z jakimkolwiek rodzajem sztuki. A może to chińskie naigrywanie się z amerykańskich aspiracji do zdobywania  przestrzeni kosmicznej ? W każdym bądź razie dowcipne.



Dwie ostatnie rzeźby są do siebie podobne. Pierwsza, wykonana z drewna nosi tytuł „Macierzyństwo”, które przejawia się przede wszystkim w postaci dwóch potężnych wypukłości. Podświadomość? Nigdy nie zrealizowane marzenie? Brak matki-karmicielki? W każdym bądź razie to pomysły bardzo zmysłowe.



Taka jest też ostatnia rzeźba. Może to rzeźba kobiety, którą autor kocha? 





Dostrzegłam w tych kliku rzeźbach sporo emocji, może nieuświadomionych, a może po prostu wszystko przeczytałam na opak? Ale jak tu zrozumieć Chińczyków!

piątek, 8 lipca 2011

Rivoli 59 czyli artystyczny squat




Od jakichś dwóch tygodni Paryż ogarnęło szaleństwo wyprzedaży. Odkryłam je zupełnie przypadkowo, próbując dostać się około godz. 10-tej rano do jakiegoś potwornie zatłoczonego autobusu! Skąd o tej godzinie wszędzie aż tyle ludzi-zapytałam sąsiadkę, „no jak to, pani nie wie? - odpowiedziała zaskoczona„ przecież dzisiaj rozpoczęły się soldy i wiele osób w związku z tym nie idzie do pracy”! Na mnie ta wiadomość nie zrobiła większego wrażenia, ale przed moją bardziej kokieteryjną połówką nie udało mi się ukryć napisów "solde", które od tego dnia widnieją na każdym sklepie...I musiałam też niestety przystać na wyprawę, której z wielu powodów opisywać nie będę.


Dość, że nudząc się jak mops na jednej z najbardziej handlowych ulic miasta- Rivoli, dostrzegłam nagle dość dziwnie wyglądającą, przyzwoitych rozmiarów kamienicę, upstrzoną dekoracjami, kolorowymi siatkami, zwisającymi materiałami, zdecydowanie różniącą się wystrojem od komercyjnych instytucji, których pełno było w okolicy…Zajrzałam do środka i... trafiłam do serca bohemy, świątyni sztuki czyli największego artystycznego squatu Paryża! Ulga!


Squat ten, jak miałam okazję się dowiedzieć, istnieje już od wielu lat, czyli od 1999 roku, gdy trzech artystów-Kalex, Gaspard i Bruno rozpoczęli okupację mocno zdezelowanej kamienicy pod numerem 59 rue Rivoli należącej do Credit Lyonais i państwa francuskiego. Kilkunastu artystów zajęło się renowacją całkowicie zapuszczonego miejsca, odnawiając pomieszczenia i przekształcając je w pracownie. Miejsce przyjęło nazwę U Roberta-wolny elektron i rozpoczęły się wernisaże, wystawy, happeningi, miejsce stało się ważnym miejscem kreacji na artystycznej mapie Paryża. A do tego, było otwarte dla zwiedzających. I być może to właśnie je ocaliło! Gdy władze miasta postanowiły przejąć kamienicę, okazało się, że zwiedza ją rocznie 40 tys. gości i jest ona trzecim, najchętniej odwiedzanym centrum sztuki nowoczesnej w Paryżu. I jak takie miejsce zamknąć?


Wyremontowana i udekorowana klatka schodowa-wejście do pracowni artystow

Dziś sprawa jest już chyba  wygrana, Bertrand Delanoe, burmistrz Paryża postanowił odkupić kamienice i pozostawić ją w rękach artystów. Chyba ostateczny projekt jeszcze nie jest sfinalizowany.
Od godz. 13 do 20 wstęp jest zupełnie wolny, można codziennie i do woli zwiedzać pracownie kilkunastu artystów rozlokowanych w pracowniach gdzieś pomiędzy trzecim a szóstym piętrem. Ja miałam to szczęście, że zajął się mną natychmiast jeden z najpogodniejszych i energizujących ten squat artystów o włoskopodobnym imieniu, Francesko(czwarte piętro!)


Francesco w swojej pracowni 






Dwie piękne pracownie na poddaszu...


A więc zachęcam, aby zajrzeć pod numer 59 ulicy Rivoli. A może nawet, zamiast rujnować się na kolejną niepotrzebną sukienkę, wrócić do domu z dziełem sztuki? Ja wróciłam. Jeśli ktoś chciałby poznać dzisiejsza paryska boheme, to jest okazja, ja chyba po raz pierwszy jej tak naprawdę doświadczyłam, właśnie w tym miejscu.

wtorek, 25 stycznia 2011

„Women Are Heroes”-JR oddaje glos kobietom


Nie wiem jak Was, ale mnie brzydzi paternalistyczno-kolonialny stosunek do mieszkancow ubozszych regionow naszej planety. Denerwuja mnie dziennikarze i turysci bezpardonowo fotografujacy ludzka biede, aby pozniej „wrzucic” zdjecia na swoj blog, opisac w gazecie, popisac sie przed znajomymi portretami  bezdomnych dzieci, grzebiacych po smietnikach kobiet,  zebrajacych starcow. Czy o  tzw. „trzecim swiecie” mozna opowiedziec  inaczej? Traktujac ludzi z szacunkiem i nie odbierajac im godnosci? Jesli takie spojrzenie kogos interesuje, to polecam film francuskiego fotografa, podpisujacego sie inicjalami JR  „Women are heroes”, ktory wszedl wlasnie na ekrany kin studyjnych w Paryzu.

W sumie to niewiele o nim wiemy: ma zaledwie 27 lat i od dziesieciu lat fotografuje ludzi, ich oczy, ktore pozniej powieksza na gigantycznych rozmiarow plotnach. Artysta sztuki ulicznej, metra, szarych scian wiezowcow i opuszczonych ponurych domow. Jego galeria sztuki jest ulica, bohaterami anonimowi ludzie.

Tym razem tematem prac fotograficznych JR staly sie rozsiane po calym swiecie dzielnice biedoty, favela Rio de Janeiro, getto Kibera w Kenii, ulice Delhi, Kambodzy i Sierra Leone. Glos oddal kobietom, ktore opowiadaja o swojej codziennosci, o swoich marzeniach. Nie, nie skarza sie, sa dumne i niezwykle dzielne. Jedna z nich, z brazylijskiego favelas rozpoczyna swoj monolog w ten sposob” Moja matka jest wdowa, ja jestem wdowa i moja corka jest wdowa...nie, nie chcialbym nigdzie indziej zyc, ale trzeba zrobic cos, zeby skonczyc z przemoca, ze strzelaninami z bandami, ktore zabijaja naszych mezczyzn...JR slucha, pyta, ale ukrywa sie za kamera, nie slychac nawet jego glosu, slychac tylko glosy kobiet. Te kobiety staja sie jego bohaterkami, fotografuje je i wiesza ich ogromne zdjecia na murach, pociagach, skalach. „ te zdjecia nie zmienia naszej sytuacji, ale zwroca nam godnosc, zmieniajac spojrzenie na nas” mowi jedna z bohaterek JR z brazylijskiego favelas.


Gigantyczne zdjecia JR kobiet na dachach domow i pociagu w Kenii

Wychodzimy z projekcji filmu, ktory dodaje nam skrzydel. Nie tylko nam, pozytywna energia artysty polega na tym, ze nie tylko dotarl do tych kobiet, ze je pokazal i nagral, ale ze jednoczesnie dal im te kilka chwil podczas ktorych poczuly sie wazne, podczas ktorych je doceniono. Film konczy wernisaz w favelas, jedna z kobiet ociera plynace z oczu lzy, mowic, ze nigdy w zyciu nie marzyla, ze ktos sie nia zainteresuje. JR wybral nie tylko genialnie srodek przekazu, zrozumialy i dostepny dla kazdego ale takze temat. Mam wrazenie, ze to ,co zrobil jest wazniejsze niz worki ryzu wysylane przez organizacje humanitarne. W jednym z wywiadow powiedzial: "Moj projekt? przywrocic poczucie wartosci osobie pokazujac jej, jej wlasny obraz". Brawo!


Zdjecia oczu kobiet w Kambodzy

piątek, 3 grudnia 2010

Zmyslowy swiat Miss Tic


To, ze dzisiejsza sztuka ma juz bardzo niewiele wspolnego z  malowaniem farba olejna po plotnie, wiemy juz od dawna. Aby sie jednak przekonac, gdzie znajduja sie jej ekstremalne granice wybralam sie do galerii „W”na Montmartrze prezentujacej prace Miss Tic, znanej w Paryzu z pieknych graffiti na murach miasta.
Kim jest wiec Miss Tic? Urodzona na Monmartrze, od dziecka przesiakala atmosfera poezji nocnego zycia dzielnicy barow, kabaretow, prostytutek i malarzy. Probowala sie czegos nauczyc- dekoracji teatralnych, fotoryciny, projektowania, ale zwyciezyla pasja zycia -na poczatku lat 80-tych wyjechala na kilka lat do Stanow Zjednoczonych. Gdy wrocila do Paryza, ponoc pod wplywem milosnego rozczarowania , zaczela, przy uzyciu sprayu i szablonu malowac paryskie mury. Jej czas jednak nie nadszedl i zarowno ona jak i kilku jej „sprayujacych” kolegow sadzono za „niszczenie dobr nalezacych do innych”.

 Z czasem, rosnie liczba zwolennikow pelnych erotyzmu, kobiecych, intrygujacych postaci malowanych przez Miss Tic. Brakuje jej artystycznego wyksztalcenia ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Pisze wiersze, maluje i jak wielu innych artystow lat 80-tych zrywa z wykoncypowanymi i oderwanymi od zycia intelektualistami. Prace autorow graffiti, podobnie jak ich artystyczne pseudonimy inspirowane sa komiksami. Maluje w calym Paryzu, najczesciej w  dzielnicy Menilmontant, na Montmartrze, w Marais. Na murach miasta opowiada swoje zycie, swoje marzenia, zwierza sie ze swoich uczuciowych zawirowan. Sposrod innych graffitowcow Miss Tic wyroznia sie tematyka. Jej postaci to kobiety wyzwolone, uwodzicielskie, zmyslowe. Maluje je w waskich czarnych sukienkach, ponczochach i dlugich rekawiczkach, albo na wpol rozebrane. Zmyslowosc i namietnosc to glowne elementy  opisywanego przez nia swiata.

Na wystawie w paryskiej galerii „W” znalazlo sie okolo trzydziestu prac. Wiekszosc z nich to porwane afisze, kawalki tynku, szablony malowane na plotnie...To taka wspolczesna wersja Toulouse-Lautreca, posiadajaca niezykla ekspresja, krzyczaca. Ostatnio coraz czesciej pojawiaja sie w jej pracach sylwetki mezczyzn. jak twierdzi Miss Tic-sporo ostatnio mysli o milosci, o trwalosci zwiazkow. I nie moze w tej tematyce zabraknac mezczyzny. Wystawa zorganizowana zostala przy okazji wydania przez Miss Tick ksiazki „Dla zycia, dla milosci”. Wybralam dwie prace, ktore najbardziej mi sie spodobaly, zastanawiajac sie, co powie moja druga polowa, gdy przyniose do domu fragment porwanego afisza namalowanego sprayem a jeszcze do tego bede chciala to gdzies powiesic.  Ale moje rozterki na szczescie trwaly do chwili, gdy uslyszalam ceny wystawionych prac (wahajace sie w granicach 4-6 tys. euro) .Wydawac by sie moglo, ze to sporo, jak na artystke malujaca graffiti sprayem i szablonem, ale jak wytlumaczyl mi wlasciciel galerii, akurat na jej prace i tak jest wiecej chetnych niz dziel, wiec w kazdej chwili, jesli zakupiona praca nie bedzie nam sie podobala, mozna ja z powodzeniem wstawic do galerii-na pewno znajdzie nabywce...

Jesli nie zamierzacie kupowac prac Miss Tic, to warto moze o niej pamietac zwiedzajac Paryz. Na pewno ja rozpoznacie. Gdy zobaczycie smukla, kobieca sylwetke na murze,z krotkim komentarzem w rodzaju „To tylko zycie...minie” to bedzie to na pewno dzielo Miss Tic.





Wystawa „A la vie, à l’amor » Miss Tic w galerii „W” potrwa do 12.01.11
Adres : 44, Rue lepic, 75018 paris

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Zakupy w Luwrze czyli Art Shopping


Inicjatorzy salonu sztuki wspolczesnej, ktory odbywal sie w ten weekend w Louvre-Carrousel doszli do wniosku, ze wsrod amatorow sztuki sa jeszcze tacy, ktorzy  nie traktuja sztuki jedynie jako inwestycji i chetnie by sobie cos fajnego nabyli, ale... nie stac ich na zaplacenie astronomicznych sum zadanych przez wlascicieli galerii. Tak wiec powstal pomysl na pozbycie sie zarlocznych posrednikow i zorganizowania salonu dla wielbicieli, ktorzy nie zamierzaja sie rujnowac, pod nazwa "Art Shopping-sztuka dostepna" czyli salonu z dzielami nie kosztujacymi wiecej niz 5 tys. euro.

W rezulacie zorganizowano niezwykle sympatyczny, wrecz rodzinny salon, na ktorym mozna bylo w sposob zupelnie niezobowiazujacy  rozmawiac z artystami, pytac doslownie o wszystko i nie miec na sobie wzroku wlasciciela galerii oceniajacego zasobnosc naszego portfela. Po artystach nie widac bylo rowniez  jakiegos wielkiego stresu zwiazanego ze znalezieniem nabywcy ani pozowania na Warhola ale raczej pasje tworzenia czegos wlasnego. Widoczne byly rowniez najnowsze tendencje w sztuce nowoczesnej a wsrod nich:

SZTUKA ULICZNA: Glownym tematem tegorocznego salonu Art Shopping bylo zaproszenie artystow sztuki ulicznej niemal z calego swiata. Odwiedzajacy salon mogli przez dwa dni ogladac powstawanie dziel na "zywo". Ta dziedzina sztuki zdobyla juz ostrogi i jest powszechnie uznawana. Zaproszono dwudziestu najzdolniejszych i najbardziej uznanych przedstawicieli tej tendencji.  Oto jeden z nich- David Le Fleming z Nowej Zelandii od szesciu lat tworzacy w Londynie.




Rzezba w wosku: Wital nas przy samym wejsciu do salonu sympatyczny jamnik ze swoim panem w wykonaniu Nadine Debien. Francuska artystka konstruuje od blisko dziesieciu lat postaci z zywicy, pelne koloru, dowcipu i realizmu. Prace jej  staja sie coraz bardziej cenione.



Metalowe rzezby  z elementow wyposazenia kuchni Maurice'a Barbette zachwycaly bezpretensjonalnoscia i dowcipem tworcy. Kazda rzezba, potwierdzil autor, jest unikatem...



Rzezba ze szkla: Bardzo spodobaly mi sie szklane cukierki...ale cena byla jednak odstraszajaca czyli 2400 euro za maly i 6 tys. za duzy cukierek...



Dowcip: A oto jak durszlaki, zwykle kuchenne durszlaki potrafily sie zamienic w lampe do salonu. Autor mial jeszcze kilka innych pomyslow na oryginalne oswietlenie wnetrza...wykorzystujac na przyklad ogrodowe grabie.



Recycling: Pingwin jest dzielem wloskiej , awangardowej grupy artystycznej, ktora pracuje tylko i wylacznie w przetworzonym plastiku. W glebi widac niebieskiego slimaka.



Podczas salonu mozna bylo wziac za darmo udzial w zajeciach z akwareli i wyjsc z wystawy ze swoja wlasna praca.

Malarstwo:  Zachwycili mnie jeszcze inni artysci- Véronique Mansart, ktora maluje niezwykle energizujace portrety miast, tak troszke nasz Dwurnik, ale  "a la française"  bardziej optymistyczne kolorystycznie. Ponadto przepiekne, bardzo erotyczne ale jednoczesnie subtelne portrety oraz martwa nature. Urzekajacy jest bardzo wlasny, latwo rozpoznawalny styl...

 


I na zakonczenie artysta wegierski pracujacy we Francji, Laszlo Tibay, ktory przenosi nas w bardzo cieply rodzinny swiat zwierzat.Oto malusienka probka jego rysunku wykonanego tuszem, wiecej prac na stronie artysty.




Dobra wiadomoscia dla amatorow sztuki.  Wszystkie dziela artystow obecnych dzis w Luwrze-Carrousel mozna kupic przez Internet.