foto

foto

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Jak zdradzałam Paryż...

Z Paryżem nigdy się nie rozstajemy, a jeśli już, to tylko wówczas, gdy zaistnieje konieczność rodzinna,  zawodowa i właściwie tylko po to, żeby gdzieś daleko, powiedzieć sobie po cichutku, tak, aby nikt nie usłyszał, że „ nie ma piękniejszego miejsca na świecie niż...”. Zgodzicie się ze mną, nieprawdaż?

I w takim oto nastroju wsiadłam przed kilkunastoma dniami w samolot linii United Airlines, aby spędzić kilka przymusowych (obowiązki rodzinne) dni w Nowym Jorku. Niczego sobie po tej podróży nie obiecywałam, będąc raczej w strachu, jak zniosę ośmiogodzinną podróż samolotem, zmianę czasu i klimatu(zanosiło się na spore upały) i czekające mnie przez kilka dni, intensywne maszerowanie po hałaśliwym mieście. Po moim ostatnim pobycie przed sześcioma laty pozostały mi w pamięci jedynie niezwykle przyjemne wspomnienia „Seattle café” czyli  baru przy Times Square, gdzie podawano najlepsze śniadanie na świecie i mniej przyjemne- zaliczania przez 9 dni wszystkich turystycznych obiektów, jakimi to miasto dysponowało. Ale żadnego zachwytu, ani oczarowania Wielkim Jabłkiem nie doznałam.

A więc „ab ovo”. Podróż okazała się dużo przyjemniejsza niż się spodziewałam. Przede wszystkim nadrobiłam  zaległości filmowe począwszy od „Artysty”, „ Mojego tygodnia z Marylin” a na „Amelie Poulain” skończywszy (jak widać, ciągle jeszcze psychicznie tkwiłam w Europie, więcej- na Montmartrze…), ostatnie dwie godziny podróży upłynęły mi na czytaniu, a właściwie doczytywaniu „Niepraktycznego przewodnika” po Nowym Jorku Kamily Sławinskiej, który pochłonął mnie całkowicie. Nie ma w nim właściwie żadnych adresów, godzin otwarcia muzeów, miejsc, do których trzeba się koniecznie udać, a czyta się tę książkę z wypiekami na twarzy,  jak fascynującą opowieść o ludziach, o podskórnym życiu miasta, tętniącym, dynamicznym, takim, w którym można się zakochać od pierwszego wejrzenia. Jest to bez wątpienia najlepszy przewodnik jaki kiedykolwiek czytałam! Szkoda, że brakuje mi talentu, aby podobny napisać o Paryżu, bo przydałby się, naprawdę! I tak pełna obrazów Nowego Jorku z książki pani Sławińskiej i zaopatrzona w kilka adresów przez nią sugerowanych, wylądowałam na lotnisku Newark po ośmiu godzinach lotu.

Znalezieniu się na innym kontynencie towarzyszy zawsze jakieś bardzo dziwne uczucie zagubienia,  podświadome może odczucie, że nasz dom jest bardzo, bardzo daleko, gdzieś pod drugiej stronie Oceanu. Podróż na Manhattan trwa może z pół godziny, ale gdy pojawiają się przed naszymi oczami pierwsze widoki drapaczy chmur, pierwsze doskonale nam znane obrazy Nowego Jorku, dech zapiera nam w piersiach. To tak jakby po wielu latach małżeństwa zaczynał nas podrywać jakiś przystojny mężczyzna, a my byśmy się  wahali, czy wolno nam z nim zgrzeszyć? 

I zgrzeszyłam. Chociaż bardzo długo próbowałam się bronić. Mężczyzna okazał się nie do odparcia. Nie wiem, czy spowodowała to książka Kamily Sławińskiej, pora roku sprzyjająca zakochaniu(przecudownie na każdym kroku kwitły drzewa owocowe) czy też po prostu samo miasto jest tak pełne wdzięku i urody, że stajemy się bezbronni, dość, że udało mu się mnie uwieść…
Jak podkreślała wielokrotnie autorka niepraktycznego przewodnika, każdy ma Nowy Jork taki na jaki zasługuje, co należałoby chyba rozumieć, że miasto odsłoni nam tylko tyle, ile my sami mu damy, lektur, pasji, własnych przeżyć.

Mój Nowy Jork, to miasto fotografów, o Dianie Arbus i Berenice Abbott pisałam nie tak dawno. To ich oczami oglądałam każdy skwer, róg ulicy spacerując po Central Parku, dzielnicami Manhattanu: Soho, Greenwich Village,  East Village, Midtown czy Theatre District. Tym razem, żadnych muzeów, żadnych obowiązkowych wizyt (no, może z wyjątkiem Brooklyn Museum, połączonym ze spacerem po dzielnicy), ale przyglądanie się twarzom ludzi, słuchanie akcentów, wąchanie  zapachów ulicy i przewracanie oczami za błyszczącymi w słońcu barwnymi ciężarówkami.

Może po raz pierwszy czułam, że to miasto nie ma żadnych kompleksów, ani wobec Paryża, ani wobec żadnego innego miasta na świecie. Jest jak nieskończenie piękna kobieta, pewna siebie, od której nie sposób odwrócić wzroku.

Nie mogłam się wyzwolić od Diany Arbus, szukałam jej „freaks”, jej dziwaków, tak jakbym miała nadzieję, że ujrzę ich gdzieś na rogu ulicy, w miejscach, w których ona bywała. Gdy weszliśmy w okolice Strawberry Fields, fragmencie Central Parku, z wmurowaną tablicą „Imagine” poświęconą Johnowi Lennonowi, spostrzegłam siedzącą na ławce ubraną w robione na drutach stroje niemłodą już kobietę…popychała przed sobą wózek. Przyglądałam jej się dość długo, gdy nagłe towarzysząca mi młoda osoba zapytała „Czy wiesz, że w tym wózku nie ma dziecka? Nie, nie wiedziałam.  „Tam śpi kot…”Nie sposób było odejść nie zamieniając z nią przynajmniej kilku zdań, tak bardzo wydawała mi się wyrosła ze świata Diany.  Na rozstanie zdjęła z ręki własnoręcznie utkany wełniany łańcuszek…podarowała jak talizman, na drogę…Kim była ta kobieta, kim był kot?



Nie sposób nie zauważyć ludzkiego kłębowiska na Union Square, po pierwsze rozlokowali się tam „Oburzeni”, ciągle są, udzielają wywiadów, tłumaczą przechodniom i już sama ich obecność powoduje, że Wall Street już nie jest tak jakby tak arogancka, jak kiedyś . Może właśnie w Nowym Jorku ruch ten stał się najbardziej aktywny. Roi się też od kręcących się wokół przeuroczych, kolorowych dziwaków, tworzących klimat miasta, w którym wszystko jest dozwolone, gdzie nie ma obowiązującego „dress codu” a nawet w najelegantszych dzielnicach (co w Paryżu jest nie do pomyślenia) można beztrosko chodzić w zwykłych klapkach…

Księgarnia "Strand", o której tyle słyszałam, to świat sam w sobie. Na kilku piętrach można właściwie znaleźć wszystko, wystarczy zwrócić się do dyżurującego przy wejściu księgarza i nasza długa lista zamieni się w kilkanaście małych karteczek, na których widnieje autor, tytuł, cena i miejsce, gdzie trzeba szukać.

Nie sposób wyjść u pustymi rękoma. I mnie też się nie udało. Jak na razie wsiąknęłam w pierwszą nowojorską pozycję, klasyka, którą pewnie wszyscy doskonale znają. Dla mnie, jest to niezwykłe odkrycie: Betty Smith „ Drzewo rośnie w Brooklynie” . To opowieść o dorastaniu i  o rodzinie Francie Nolan. Podzielę się fragmencikiem tej przepięknej książki w moim tłumaczeniu. Akcja toczy się w dniu narodzin małej Francie.
-„Mamo-(pyta Katie, matka nowonarodzonej Francie swojej nie potrafiącej czytać matki) jestem młoda, mam zaledwie osiemnaście lat, jestem silna, będę ciężko pracować. Ale nie chcę, aby moje dziecko dorastało tylko po to, aby tak ciężko harować Co mam uczynić mamo, co mam zrobić, aby mogła ona żyć w innym świecie? Od czego zacząć?”
„ Sekret kryje się w czytaniu i pisaniu.”-odpowiada matka „W umiejętności czytania. Każdego dnia musisz przeczytać swojemu dziecku jedną stronę z  kilku dobrych książek. Musisz czytać każdego dnia, dopóki nie nauczy się czytać sama. Następnie, to ona musi czytać każdego dnia, ja to wiem, na tym właśnie polega sekret”
„Będę czytać” obiecuje Katie. „A jakie są te dobre książki?”
„Są dwie wielkie książki. Shakespeare jest wielką książką. Słyszałam, jak ktoś mówił, że kryją się w niej wszystkie cuda życia, wszystko, czego człowiek może dowiedzieć się o pięknie, wszystko co powinien wiedzieć o mądrości i życiu są ukryte na jej stronach. Mówi się, że  te historie, to są dramaty, które wystawia się na scenie. Ale ja jeszcze nigdy nie rozmawiałam z nikim, kto by widział te wielkie rzeczy”. (…)
-„A ta inna wielka książka”?
-„To jest Biblia, którą czytają protestanci”(…)
„Ale my katolicy, mamy przecież naszą własną Biblię”
Mary rozejrzała się ukradkiem wokół siebie. „Nie przystoi katolikowi tak mówić, ale ja wierzę, że biblia protestancka ma więcej uroku w opowiadaniu o największych wydarzeniach na ziemi i poza nią. Pewien znajomy protestant kiedyś mi jej fragment przeczytał i tam właśnie znalazłam to, o czym ci mówię(..) I każdego dnia musisz czytać stronę każdej z nich Twojemu dziecku”…

Spacerowałam po Brooklynie i w uszach dzwoniły mi słowa babci małej Francie.

I jeszcze jedno, nie sposób nie pokochać miasta wielbiącego czworonogi. Są one obecne na każdym rogu, na każdym skraju trawnika-wypieszczone, zadbane, szczęśliwe-tak jak ludzie?




No, ale czas wracać do Paryża, niczym do zdradzonego pod wpływem silnego zauroczenia męża. A żeby znów wkraść się w jego łaski, obiecuję dużo, dużo o nim pisać…Następny wpis będzie o szalonym trzech dniach w Paryżu spędzonych z pewną młodą damą...

18 komentarzy:

  1. Jaka piękna zdrada, jaki fascynujący jest świat. Łatwiej i przyjemniej dociera się też teraz do każdego jego zakamarka, co budzi nadzieję, że może i ja, kiedyś, aż tam pofrunę.

    Ciekawa jestem szaleństw holly i młodej damy -widzianych z paryskiego okna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakie to madre - miasto odsłoni nam tylko tyle, ile my sami mu damy, lektur, pasji, własnych przeżyć, chyba to wykorzytsam, jesli pozwolisz. Ty zgrzeszylas w wielkim jablku, ja dwukrotnie w Rzymie i Florencji. Mam tez nadzieje, ze w tym roku zgrzesze w Paryzu :) Pozdrawiam wiosennie i przesylam sloneczne promyki made in Florence

      Usuń
  2. Nieznane są wyroki boskie…chyba tak się mówi? W każdym bądź razie wizyty za Wielką Wodą serdecznie Ci życzę…na mnie też spadła zupełnie nieoczekiwanie…

    OdpowiedzUsuń
  3. Guciamal,
    Serdecznie dziękuję za miłe słowa-wykorzystuj ile się da, może komuś się jeszcze przydadzą? Dziękuję za promyki słońca z Florencji…płyną…płyną…może jutro dotrą? I nie zapomnij dać znać, gdy zdecydujesz się na „zdradzanie” z Paryżem…Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Holly! Super! Nie chce mi się opuszczać Widoku..., ale dzień się właśnie rozkręca, więc muszę.
    Primo: lot samolotem - to się nazywa efektywne wykorzystanie czasu. Trzy filmy, jedna książka...i jeszcze powiedz, że miałaś kwadrans na drzemkę...;)

    Secundo: zazdroszczę Ci tego romansu; no cóż, odwieczna babska zazdrość; spotkania z kociarką zwłaszcza, ale i ogólnego czaru, nawet tych lśniących kolorowych ciężarówek.

    Tertio: właściwie nie muszę zazdrościć, bo dzięki Tobie trochę tego uszczknęłam.

    Quatro: a ja nie znam opowieści o Francie, a zapowiada się słodko.:)

    Quinto: świetnie, że żyjesz w miejscu, które kochasz. Stary dobry mąż przebaczy. Dołączam do oczekujących na opowieść o Paryżu.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Tez kiedyś kochałem Paryż, jednak moją największą miłością po dzień dzisiejszy jest Nowy Jork właśnie, dlatego cieszy mnie Twój wakacyjny romans...

    OdpowiedzUsuń
  6. Opowieść przednia:)Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  7. Tamaryszku,
    A więc primo: oglądanie filmów w samolocie, to niestety nie efektywne wykorzystanie czasu, a mój sposób na zabicie strachu, zwłaszcza podczas przelotów nad Wielką Wodą…trzeba nie być przy zdrowych zmysłach, żeby dać się zamknąć do tego metalowego pudełka na tyle godzin!
    Secundo: Francie, bardzo gorąco polecam! Ja nie mogę się oderwać. Oczywiście pewnie istnieje wersja polska, ale zawsze lepszy oryginał, w więc Betty Smith „The tree grows in Brooklyn”. Mam wrażenie, że czytam o moim własnym dzieciństwie…
    Tertio: Ponoć szczęście jest w nas, a nie w miejscu w którym przebywamy, ale Paryż bardzo pomaga…Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  8. Kosmito,
    Nie wiem, co jest w tym mieście urzekającego, ale chętnie bym tam na jakiś czas zamieszkała…A Ty?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również. Pracuję nad tym...

      Usuń
  9. Anonimowy10.4.12

    Czytywalam kiedys regularnie blog Kamily Slawinskiej o NYC, zwlaszcza ze odkrylam go tuz po kilkumiesiecznym pobycie w tym miescie. Wrocilam zachwycona i ciagle po 10 latach tesknie :) A Twoj blog o Paryzu czytam z taka sama wielka przyjemnoscia jak Slawinskiej "Big Apple"!! Pozdrawiam, kinga

    OdpowiedzUsuń
  10. Chyba tylko Nowy Jork mógłby przebić energią, różnorodnością i natężeniem dziwactw moje ukochane, zakręcone Tokio - polecę kiedyś sprawdzić:) Bardzo trafny fragment o poczuciu zagubienia na innym kontynencie i, jak w przypadku opowieści o Berlinie, udało Ci się, Holly, uchwycić i podać w pigułce atmosferę NYC.

    OdpowiedzUsuń
  11. Kosmito, to życzę powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję. Po pierwszym maja zostaną ogłoszone wyniki losowania o zieloną kartę. Jestem hazardzistą z natury, zobaczymy ;)

      Usuń
  12. Kingo,
    Dziękuję za miłe słowa i również pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  13. Bee,

    Oj, kusisz, kusisz swoim Tokyo, chyba muszę się tam wybrać!

    OdpowiedzUsuń
  14. Bardzo, bardzo podoba mi się blog i świetne opowieści, chociaż ani Paryż, ani Nowy Jork mnie chwilowo nie pociagają. ;-)

    Dodam jeszcze nie na temat, że Andrzej Wajda stworzył kiedyś kilkugodzinny spektakl teatralny "Z biegiem lat, z biegiem dni", a później zrealizował serial, o którym pisałam na blogu Słowem malowane.
    Jeżeli widziałaś ten spektakl na żywo, to zazdrość mnie chyba zeżre do spodu. ;-)
    A serial dostępny w czeluściach internetu, można sobie wygrzebać, obejrzeć, podelektować się i porównać. ;-)

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  15. Obozowisko Oburzonych miałam okazję podziwiać w Tuluzie (jego ozdobą byli liczni żonglerzy) i doszłam do wniosku, że takie kolorowe grupy lewicowo nastawionej młodzieży (których brakuje w Nicei) dodają miastu charakteru. Może to właśnie Oburzeni, na równi z przewodnikiem i kwitnącymi drzewami zmienili dla Ciebie Nowy Jork?

    OdpowiedzUsuń