foto

foto

sobota, 8 października 2016

O niepokornych konstruktywnie

Niedzielna manifestacja kobiet w Paryżu
Świat przyspiesza. Zmiany dokonują się coraz szybciej i prowadzą nas w nieznanym kierunku. W głowie mieszają nam media, politycy, dziennikarze. Komu wierzyć? Czy można jeszcze komuś wierzyć? A może najlepiej zamknąć się w swoich czterech ścianach i zacząć hodować kaktusy albo uprawiać jogę? Ale nie, przecież nasze działanie, choćby niewielkie, może zmienić świat, uczynić go choć odrobinę lepszym. Wiem, trzeba dokonywać wyborów, stanąć po właściwej stronie. Kata czy ofiary? Prawdy czy kłamstwa, wolności czy zniewolenia. Nie daje się wszak żyć na zasadzie "panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek". Moje ostatnie dni w Paryżu obfitowały w spotkania z ludźmi którym nie jest, nie było, obojętne to, co działo się i dzieje na świecie,  niezgadzającymi się na zło, na łamanie prawa, na pozbawianie innych wolności wyboru. Postanowiłam napisać o tych spotkaniach kilka słów.

Najpierw niedziela. Na placu Inwalidów, obok polskiej ambasady, zebrały się kobiety ubrane na czarno, na znak protestu przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego w Polsce.  Dwie wspaniałe dziewczyny z ruchu „nousdabord” czyli „najpierwmy” prowadziły spotkanie, w którym brało udział chyba ponad tysiąc osób. Francuzek było chyba  dwukrotnie więcej niż Polek, zrzeszone w rozmaitego rodzaju organizacjach feministycznych, broniące praw kobiet do stanowienia o sobie. Odśpiewałyśmy razem francuski hymn kobiet z refrenem „ powstańcie kobiety niewolnice, rozerwijmy kajdany, powstańmy, powstańmy, powstańmy”. Mówi się, Francja to stara demokracja. Tak, my dopiero raczkujemy, zbieramy się, żeby razem manifestować i działać, one są już wytrawione w boju.  1968 rok, walka o antykoncepcję i legalizację aborcji zrobiły swoje. Ale większość uczestników niedzielnej manifestacji, to młode polskie kobiety, odważnie broniące wolności i prawa do decydowania o sobie. Manifestacja była wielkim sukcesem.


Z kolei wczoraj rano, po raz pierwszy brałam udział w konferencji prasowej Mateusza Kijowskiego zorganizowanej w Paryżu przez KOD. Dobrze, że przyjechał, spotkał się z dziennikarzami i wyjaśnił jak wygląda sytuacja w Polsce. Otworzył oczy tym, którzy przecież nie muszą wiedzieć, że Polacy nie stali się z  dnia na dzień antydemokratyczni i antyeuropejscy, że istnieje społeczeństwo obywatelskie, gotowe manifestować w obronie prawa, Konstytucji, wolności mediów państwowych, przeciwko inwigilacji przez policję i służby specjalne czy dyskryminację obywateli nie zgadzających się z partią sprawującą w Polsce władzę. Takich demonstracji najbardziej boją się dyktatorzy, bo nawet mały ogień może wywołać pożar. Wychodząc z konferencji pomyślałam sobie, że dzięki jego inicjatywie i powstaniu KOD-u, położona została pierwsza, mocna tama przez wprowadzaniem stopniowo w Polsce władzy autorytarnej na wzór sprawowany przez Putina. Ale to, co udało się w Rosji- spacyfikowanie społeczeństwa- w Polsce nie ma szans, obudziliśmy się! 

A wieczorem,  czas poświęcony prawom człowieka, tym razem w Rosji.  Wczoraj cały świat wolnych mediów obchodził dziesiątą rocznicę zabójstwa rosyjskiej dziennikarki Anny Politkowskiej. Dla działającego we Francji stowarzyszenia Russie-Libertés, ta rocznica stała się okazją złożenia hołdu ikonie wolnego, bezkompromisowego, odważnego dziennikarstwa. Za pisanie prawdy, za śledztwa i reportaże z wojny w Czeczenii zapłaciła własnym życiem.  Nie znaleziono zleceniodawców zabójstwa dziennikarki 7 października 2006 roku.

10 lat bez Anny(Politkowskiej)
Konferencja odbywała się budynku merostwa 4 dzielnicy, otworzył ją mer, Christophe Girard i podkreślił, że ta siedziba zawsze służy ludziom broniącym wolności. Najbardziej dramatyczny apel usłyszeliśmy z ust wydawcy Anny Politkowskiej, Jean-Francois Bouthorsa z wydawnictwa Buchet/Chastel. Mówił o świecie, w którym wygodniej jest zamknąć oczy, nie widzieć tego co dzieje się w Rosji i przed czym starała się nas przestrzec Anna Politkowska. 

Dzisiejsza Rosja nie jest krajem demokratycznym-mówił, Putin pozbył się opozycji, zniszczył społeczeństwo obywatelskie, organa sprawiedliwości wydają decyzje pod jego dyktando. Ale rękę do tego przykłada świat Zachodu, nie reagując na niszczenie prawa, przymykając oczy na łamanie praw człowieka, bagatelizując morderstwa na politykach opozycyjnych i dziennikarzach. Zachód jest zafascynowany Putinem, jego brutalnością, przemocą, bezwzględnością w egzekwowaniu posłuszeństwa-mówił wydawca Politkowskiej. Francja nie jest wyjątkiem, zarówno na lewicy jak i wśród partii prawicowych mamy jego wyznawców, dla wielu jest on modelem-ostatnio nawet w Stanach. Rosja Putina zinstrumentalizowała dramat Syrii, bez jej poparcia reżim Baszara Al-Sada, który ma na sumieniu śmierć 300 tys. ludzi oraz miliony uchodźców nie padł, ale utrzymał się u władzy. Prawicowy kandydat na prezydenta Alain Juppé przyznał, że mamy do czynienia z ludobójstwem. Anna Politkowska nas przestrzegała, pokazując w swoich książkach i reportażach z Czeczenii prawdziwą twarz Putina oraz dzisiejszej Rosji. Nie bała się. Klimat nienawiści, brutalizacja polityki jakie wprowadził Putin rozlewa się dziś na całą Europę. Nie fascynuje dziś ludzi demokracja, wolność, prawda, fascynuje władza autorytarna.
Dobrze, że te słowa padły, bo może były najpiękniejszym przywołaniem ideałów Anny Politkowskiej.

Na zdjęciu Małgorzata Szuleka: Helsińska Fundacja Praw Człowieka
Obejrzeliśmy też doskonały i szeroko nagradzany film szwajcarskiego reżysera, Erica Bergkrauta „List do Anny” opowiadający o ostatnich latach Anny Politkowskiej, na który składały się sceny kręcone jeszcze za życia dziennikarki, wywiady z jej najbliższymi-mężem, dziećmi, w redakcji gazety, rekonstrukcja zabójstwa, minuta po minucie a także filmowane fragmenty z jej spotkań w Czeczeni. 

 A po filmie, w debacie przy okrągłym stole wzięli udział rosyjscy dysydenci, artyści i dziennikarze. Elena Milaczina, dziennikarka, która przejęła tematykę Czeczenii po Annie Politkowskiej w Nowej Gazecie, adwokat  Paweł Czikow z ONG Agora, artysta performer Paweł Pavleński znany m.in. z tego, że zaszył sobie usta na znak protestu. Był też polski akcent wieczoru, o sytuacji w Polsce mówiła Małgorzata Szuleka z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka w Polsce. Zrelacjonowała ona obecną sytuację w kraju, kończąc wypowiedź optymistycznym akcentem, że społeczeństwo obywatelskie w Polsce trzyma się mocno, o czym świadczą ostatnie protesty a pierwszym celem ataku władzy autorytarnej jest zniszczenie więzi społecznych, stworzenie atmosfery strachu i wzajemnej nieufności. W Polsce nie udało się zniszczyć społeczeństwa obywatelskiego mimo, że zawłaszczono media publiczne, instytucje, firmy i spółki a trwają nieustanne ataki na niezależność sądów, prokuratury i Trybunału Konstytucyjnego.

Przyszło nam żyć w czasach, gdy nie sposób stać na boku i przyglądać się wydarzeniom. Zaangażowanie wymaga odwagi, ale w życiu trzeba dokonywać wyborów czy opowiadamy się za złem czy za dobrem,  demokrację czy dyktaturą, wolnością czy zniewoleniem. Tak było zawsze, w różnych okresach historii i zawsze byli Ci odważni, nieustępliwi i konformiści, którzy za wygodę i korzyści sprzedawali duszę: kolaboranci, cwaniacy, ludzie bez kręgosłupa moralnego. Wystarczy poczytać Szekspira...


środa, 5 października 2016

Absolutny impertynent- Oscar Wilde w Petit Palais

Gdy czyta się biografię Oscara Wilde’a, to można odnieść wrażenie , że na początku jego życia wszystko toczyło się banalnie i schematycznie : doskonała edukacja, praca, żona Konstancja, jedno , drugie dziecko...słowem-szczęśliwa rodzina. I nagle pękniecie- spotkanie z mężczyzną, Alfredem Douglasem  burzy początkowy porządek. Budzi się w pisarzu ta ukryta, ale w ostatecznym rozrachunku dominująca, strona jego osobowości, pełna pasji i pożądania do mężczyzn. Wilde przechodzi na drugą stronę, ale nie przestaje być kochającym mężem i ojcem. Jednak w wiktoriańskiej Anglii tego rodzaju pasje nie są społecznie akceptowane. Ojciec kochanka Wilde’a, markiz de Queensberry oskarża go o to, że jest „sodomitą”i poeta zostaje skazany na dwa lata ciężkich robót. Przekroczył społeczne normy moralne i musi za to zapłacić. "Reprezentował dekadencję, która była wówczas niebezpieczna"- tłumaczył wyrok wnuczek Wilde’a, Oskar Holland w wywiadzie prezentowanym podczas wystawy otwartej przed kilkoma dniami w Petit Palais.

Wystawa poświęcona angielskiemu pisarzowi jest bardzo na czasie. Mamy czas radykalizacji religijnej, rosnącej nietolerancji wobec myślących i kochających inaczej. Nie tylko w Polsce, Rosji czy innych krajach Europy Wschodniej, ale także w niektórych krajach Zachodu. Agresywne stają się wobec inności organizacje katolickie. Nawet we Francji, ojczyźnie wolności religijnej, kraju świeckim, za kilka dni odbędzie się manifestacja skierowana przeciwko małżeństwu dla wszystkich, przegłosowana przed kilkoma laty przez parlament francuski.

Wystawa o Oscarze Wildzie, to hołd wobec artysty, który za to, że był homoseksualistą musiał zapłacić ciężką karę więzienia, społecznego wykluczenia i emigracji. Po odbyciu kary ciężkich robót wyemigrował z Wielkiej Brytanii do Francji, zakazano mu również kontaktowania się z rodziną, która przebywała wówczas w Szwajcarii i musiała zmienić nazwisko na Holland-nazwisko Wilde było wówczas bardzo trudno nosić w Europie.

Dobra reputacja ? To jedno z licznych ograniczeń, którymi nigdy się nie przejmowałem-mówił. Nie znosił ograniczeń, norm, pozorów, modelowania siebie na kształt innych, miał odwagę myśleć inaczej, co przekazał w licznych tekstach, recenzjach z wystaw, esejach filozoficznych, dramatach.

Wystawa pokazuje całokształt pracy Oscara Wilde’a kładąc akcent na jego pracę jako krytyka sztuki, silnie sprzeciwiającemu się dominującej wówczas szkole Akademii Królewskiej nowym ruchem znanym pod nazwą Aesthetic mouvement, głoszącej takie hasła jak całkowite bezużyteczność sztuki (All art is quite useless). Jego ulubieni malarze to Wiliam Blake Richmond, G. F. Watts czy Walter Crane.

Wilde nie ukrywał się w cieniu gabinetu, nie był jednym z tych pisarzy-widm, dla których ważne jest tylko dzieło, wręcz odwrotnie-jego pierwsza sesja wykładów na temat sztuki poprzedzona została całą serią portretów wykonanych w jednej z londyńskich pracowni Napoleona Sarony'ego. Zdjęcia miały wielki sukces-Wilde był dandysem-dbał o własną powierzchowność- na zdjęciach widzimy go  zazwyczaj w pięknych płaszczu z pelisą, w eleganckiej kamizelce i pięknie skrojonych spodniach. « Włożyłem cały geniusz w moje życie, a w moje dzieła jedynie talent » -powiedział.



W Paryżu poznał cały światek artystyczny : Victora Hugo, Mallarmego, Coquelina. Jak można się doczytać na wystawie, inicjację seksualną przeżył z nim André Gide. Portretowali go najlepsi malarze epoki, skądinąd zaprzyjaźnieni z nim artyści-m.in. Jean- Emile Blanche.
Był autorem bardzo wszechstronnym, pisał poezje, dramaty ( najbardziej znany-Salomé wydany z bajecznymi rysunkami Beardsleya-cudo!), eseje filozoficzne. Paradoksalnie- Oskar Wilde jest autorem niecenionym przez krytyków, natomiast uwielbiają go czytelnicy.
« Ludzie przebaczą wam wszystko, z wyjątkiem geniuszu »-pisał.

Wystawa poświęcona Oscarowi Wilde’owi « Absolutny impertynent » potrwa do 15 stycznia 2017 roku w Petit Palais. Wielbicielom niepokornego artysty polecam!


sobota, 6 sierpnia 2016

Paryż Hemingwaya i Hadley: Paula McLain „Paryska żona”


„ Paryż to choroba, na którą nie ma lekarstwa”-napisała Paula McLain w blisko 400-stronnicowej bestsellerowej powieści „Paryska żona” wydanej w tym roku w Polsce i opowiadającej o paryskich latach słynnego amerykańskiego pisarza Ernesta Hemingwaya i jego pierwszej żony Hadley Richardson. Książkę tę przed kilkoma dniami znalazłam w skrzynce pocztowej z prośbą o recenzję i nie mogłam się z tak kuszącej propozycji nie wywiązać, opowiada bowiem nie tylko o niezwykłym okresie w dziejach miasta- latach 20., ale także o niezwykłym człowieku i pisarzu-Erneście Hemingwayu.

Kilka słów o okresie, w którym rozgrywa się akcja powieści - Paryżu lat 20. Stolicę Francji upodobała sobie wówczas amerykańska bohema artystyczna, która niczym odlatujące na zimę ptaki, porzuciła Amerykę dla miasta Świateł. Przyczyn było kilka. Po pierwsze, zniszczona, podnosząca się z trudem z powojennych ruin Francja była w kiepskiej sytuacji gospodarczej. Szalała galopująca inflacja i Amerykanie ze swoimi mocnym dolarem mogli sobie we Francji pozwolić na o wiele więcej niż u siebie. Po drugie-w Stanach szalała prohibicja i obowiązywały bardzo rygorystyczne normy moralne. Paryż był natomiast miastem wolnych ludzi-panowała całkowita tolerancja wobec par homoseksualnych, trójkątów małżeńskich a alkohol lał się strumieniami. Stolica Francji była wówczas również artystycznym tyglem, do którego zdążali artyści z całej Europy, polscy i rosyjscy Żydzi tworzyli Ecole de Paris, Apollinaire i Blaise Cendrars pisali w kawiarniach wiersze, Picasso spacerował bulwarem St. Germain a artystyczna bohema spotykała się w les Deux Magots, La Coupole, café Flore...Nie było bardziej stymulującego i bardziej wolnego miejsca na świecie. Paryż się bawił, Paryż to było nieustające Święto.

Ernesta Hemingwaya z pewnością znacie, może nawet ze szkolnych lektur. Czy pamiętacie ten słynny cytat rozpoczynający powieść „Komu bije dzwon”? Do dziś potrafię go wyrecytować z pamięci: „Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą: każdy stanowi ułamek kontynentu, część lądu...”? W moje bibliotece znalazłam egzemplarz powieści Hemingwaya z wpisem mojego taty z 1975 roku. „Kiermasz książki” Warszawa, 11 maj 1975 rok. Piąte wydanie. W 1954 roku pisarz za „Starego człowieka i morze” otrzymał nagrodę Nobla, gdy w 1961 popełnił samobójstwo, był już w Polsce najchętniej czytanym pisarzem amerykańskim. Kochaliśmy jego książki, marząc o tym, aby nasze życie okazało się równie ciekawe jak Hemingwaya. Podróżowaliśmy z nim po świecie, braliśmy udział walkach byków w Pampelunie, w wojnie we Włoszech, w afrykańskich Safari. Przeżywaliśmy miłość bohaterów ”Pożegnania z bronią” na wojnie we Włoszech i okrucieństwa hiszpańskiej wojny domowej w „Komu bije dzwon”. „Stary człowiek i morze” dawał nam wiarę, że wszystko w życiu jest możliwe, wystarczy tylko czegoś bardzo, bardzo chcieć.

Nie wiedzieliśmy tylko jednego: Ernest Hemingway narodził się jako pisarz w Paryżu i nie wiadomo, czy kiedykolwiek miałby szansę zaistnieć, gdyby się tu i właśnie w tym momencie nie znalazł. Jego muzą i opiekunką była Hadley Richardson: uległa, ciepła, całkowicie mu oddana. Przybyli do Paryża trzy miesiące po ślubie i zamieszkali pod adresem, pod który wczoraj zajrzałam- pod numerem 74 Cardinal –Lemoine, w Piątej Dzielnicy, dwa kroki od placu Contrescarpe i Mouffetard. Na domu, w którym mieszkali przez dwa lata widnieje pamiątkowa tablica, okolica niewiele się zmieniła, pełno tam barów i małych restauracyjek, może trochę więcej teraz turystów, zwłaszcza amerykańskich...
Tablica oraz wejście do domu Hemingwaya



Powieść Pauli McLain jest napisana w pierwszej osobie, autorka wcieliła się w postać Hadley. Napisana jest lekko, beletrystycznie, ale oparta jest na całej serii dokumentów, źródeł, biografii i listów. Autorka przekopała się przez bardzo bujną korespondencję jaką Hemingway prowadził z żoną, przestudiowała biografie Hadley napisane przez Alice Hunt Sokoloff i Gioię Diliberto, książki o kobietach Hemingwaya, i skorzystała ze wspomnień samego pisarza z tych młodzieńczych lat-z książki znanej w Polsce jako „Ruchomeg Święto” (a tak na marginesie-fatalnie przetłumaczony został angielski tytuł na polski-powinno być Nieustające Święto-miałoby to o wiele większy sens!)

„Paryska żona” pozwala spojrzeć na Hemingwaya oczami kobiety, towarzyszki życia. Hadley nie jest typem feministki, jaką była jej matka, nie buntuje się, odda mu się całym sercem bez żalu straconego czasu, z wyczuciem pozostawi mu wiele swobody, nie zje go swoją zaborczą miłością niczym Zelda Scotta Fitzgeralda, ale pozwoli się rozwijać, pozostawiając wiele wolnego czasu, nawet gdy narodzi się syn John. Nie jest też kobietą kapryśną, pretensjonalną snobką, akceptuje warunki na jakie ich stać-a w tych paryskich latach naprawdę im się nie przelewa: mieszkanie nie jest ogrzewane, nie ma łazienki, prymitywną toaletę na piętrze. Hadley nie ma na stroje, na jakie stać inne kobiety w ich środowisku, żyją skromnie- z oszczędności i ze spadku, który Hadley zapisał zmarły tuż przed wyjazdem do Paryża wuj.

Hemingway miał raptem 22 lata, Hadley była od niego o kilka lat starsza. Cieszyli się tym wspólnym życiem, jak dzieci. Chodzili po barach i restauracjach, spacerowali po ulicach Paryża, kochali się i pili francuskie wina. Z dnia na dzień, coraz mocniej wsiąkając w środowisko pisarzy i artystów: Scotta Fitzgeralda i Zeldy, Ezry Pounda, Jamesa Joyce’a i guru środowiska literackiego-Gertrudy Stein. Zaprzyjaźnili się również z właścicielką księgarni  „Shakespeare and Co” Sylwią Beach, od której na początku pożyczali książki a później dla której Hemingway przemycał nielegalnie egzemplarze „Ulyssesa” Jamesa Joyce’a do Stanów Zjednoczonych, gdzie ich publikacja była zakazana.

Książka opisuje najbardziej romantyczny czas w życiu Hemingwaya: podróże z Hadley do Hiszpanii, do Pampeluny-na walki byków, do szwajcarskiego Champy koło Montreux na narty do klimatycznego austriackiego miasteczka Schruns i włoskiego Rapallo. To cudowny dla nich czas tanich restauracji i mocnych alkoholi, przygód (na przykład wyprawy ze Szwajcarii do Aosty przez przełęcz Sw. Bernarda w letnich pantofelkach) i beztroskiego w sumie życia za kilka dolarów dziennie. Może do czasu pojawienia się dziecka, którego Hadley chciała, ale Hemingway, który miał wówczas 24 lata, raczej nie. Ale to nie Bumpy-jak go nazywali- stał się przyczyną rozpadu związku, ale najlepsza przyjaciółka Hadley, szczuplejsza i młodsza, może bardziej niezależna, lepiej wykształcona Pauline?

Gertruda Stein i syn Ernesta Hemingwaya John 


Tych pierwszych wspólnych kilka lat, to okres w którym Hemingway pracuje rozdarty pomiędzy koniecznością zarabiania pieniędzy na życie jako dziennikarz a marzeniami, aby poświęcić się całkowicie pisaniu. Znajdziecie tam sporo informacji o samym jego warsztacie, o katorżniczej, godnej pozazdroszczenia dyscyplinie pracy, samotnych dniach spędzanych na poddaszu, stukającego w rozklekotaną maszynę do pisania,.

Paryż jest w tle, ale obecny. Do tego stopnia, że gdy znalazłam się wczoraj na placu Contrescarpe to miałam wrażenie, że unosi się po okolicy duch Hemingwaya, że za chwilę usiądzie on obok nas w barze i zamówi rum albo jakiś inny trunek za którym przepadał. Albo, że spotkamy Hadley  spacerującą po Ogrodzie Luksemburskim z małym Bumbym w wózku, czekającą aż Ernest skończy kolejne opowiadanie.

Ostatnia część książki to rozpaczliwa walka Hadley o zatrzymanie odchodzącego do innej kobiety męża, niezgoda na życie w trójkącie, cierpienia obojga, bo Hemingway twierdził, że kocha je obie i z żadną nie miał zamiaru się rozstawać. A więc odchodzi, do najlepszej przyjaciółki żony, dziennikarki zajmującej się modą, eleganckiej Pauline. Oboje opuszczają Paryż i Francję.

„Mówiliśmy o Paryżu, że jest wielki i wspaniały, i taki był. W końcu go wymyśliliśmy, stworzyliśmy z naszej tęsknoty i papierosów i rumu St. James: z naszych intelektualnych i zajadłych dyskusji i niechby się tylko ktoś ośmielił powiedzieć, że nie jest nasz”-mówi w którymś miejscu Hadley.


Polecam tę pozycję każdemu zakochanemu w Paryżu, w prozie Hemingwaya, w latach 20., literaturze Lost Generation, które odeszło pozostawiając nam swoje wzruszenia, przygody i radość życia. Paryż stworzył Hemingwaya, ale to Hemingway również stworzył Paryż. Jego książka, „Paris est une fete” czyli „Nieustające święto” od czasu zamachów terrorystycznych utrzymuje się we Francji na liście bestsellerów, bo jest jak stara fotografia, na którą patrzymy z nostalgią i czułością.


wtorek, 19 lipca 2016

Bebechy Paryża czyli Vernon Subutex Virginii Despentes



Są książki, które naznaczają nas na całe życie, wstemplowują się w naszą pamięć i trwają. Są też takie, które z niezwykłą dociekliwością opisują świat dobrze nam znany, w których znajdujemy nasze myśli, emocje czy wrażenia, tak jakby pisarz czytał w naszych myślach, wyławiał z nich to, co najciekawsze i formułował na papierze.

Podróżując codziennie paryskim metrem, przemierzając ulice miasta napotykamy śpiących na chodnikach i w sklepowych wnękach bezdomnych. Śpią na brudnych materacach, przykryci zimą poliestrowymi kocami, skurczeni na ciepłych wyziewach z metra czy żebrzą choćby o kawałek chleba: głodni, zmarznięci, brudni. To ludzie, którym w którymś momencie życia podwinęła się noga, stracili pracę, dach na głową, rodzinę, przyjaciół...Pozostał im jedynie plastikowy worek, w którym skrzętnie ukrywają resztki swojej dawnej fortuny, swojego człowieczeństwa. Patrząc na nich, zastanawiamy się-jak to się stało, że znaleźli się tu, gdzie są? Kim są ludzie, na widok których spuszczamy wzrok?

Wydana w ubiegłym roku książka Virginii Despentes „Vernon Subutex”, która ukazała się po polsku w krakowskim Wydawnictwie Otwartym, opowiada właśnie o jednym z nich. Tytułowa postać, Vernon Subutex to człowiek zbliżający się do 50-tki. Przez 25 lat prowadził sklep z płytami rockowymi, szło mu nieźle, zajęcie dostarczało mu wiele satysfakcji, poznawał takich samych jak on pasjonatów, miał znajomych w branży muzycznej i był członkiem małej społeczności swojej dzielnicy. Ale nadszedł kryzys, pojawiły się płyty DVD, ludzie zaczęli kupować muzykę na iTunes, ściągać z Internetu i przestali kupować jego płyty. Vernon sprzedał sklep i pierwszy rok jakoś sobie radził, akumulując rozmaitego rodzaju prace dorywcze. Później, z pomocą finansową przyszedł mu stary przyjaciel, ale w dniu w którym skreślono go z listy osób, którym przysługuje prawo do zasiłku, jego sytuacja stała się krytyczna. Poznajemy go, gdy do mieszkania wchodzą komornicy i zajmują wszystko, co nadaje się do sprzedania i zapłacenia zaległego czynszu. Cały swój dobytek Vernon pakuje do plastikowej torby i jednej walizki.


DZIENNIK PARYSKI: SCENA Z METRA


Początkowo trzyma fason. Dzwoni do przyjaciół i opowiada im, że właśnie przyjechał z Kanady i szuka noclegu na jedną, trzy noce. Czasem udaje mu się zostać u kogoś dłużej. Ale nadchodzi taki dzień, gdy gościnność przyjaciół, byłych kochanek, dalszych znajomych się kończy i Vernon zaczyna życie na ulicy.

Książka Virginii Despentes to majstersztyk powieści. Przeczytałam ją dwukrotnie i chętnie przeczytałabym jeszcze raz. Szukając schronienia, Vernon spotyka bardzo rozmaitych ludzi z paryskiego półświatka. Są wśród jego znajomych i przyjaciół artyści, bogate mieszczuchy ćpające kokainę, samotne kobiety z uschniętym libido, nimfomanki od których musi uciekać, trawestyci i podstarzałe gwiazdy porno. To świat ludzi pokiereszowanych przez życie, ale prawdziwy, nie landrynkowy, świat potrzeby seksu i braku libido, wielkiej samotności, nudy rodzinnego życia i konformizmu żyjących w dżungli wielkiego miasta.

W tej powieści dzieje się niewiele, Despentes interesują ludzie, nie akcja. Ludzie połamani, pokiereszowani przez życie, niespełnieni, na swój sposób nieszczęśliwi. Gdzieś na jednej z pierwszych stron pisze " Życie rozgrywa się zazwyczaj w dwóch partiach: w pierwszej usypia cię każąc ci wierzyć, że je kontrolujesz i w drugiej, kiedy jesteś już zrelaksowany i nieuzbrojony, ono wówczas przejeżdża po tobie i cię rozwala."

Postaci Despentes posługują się często wulgarnym środowiskowym żargonem, ale jest on żywy, organiczny, pasujący do postaci. To język ulicy, język, którego nie usłyszymy na lekcjach francuskiego, ale może w nocnym barze przy placu Clichy albo w okolicach metra Gambetta- w popularnych, tańszych dzielnicach Paryża.

Gdybym miała komuś polecić książkę o Paryżu, nie lukrowanym, nie turystyczny przewodnik Pascala, ale książkę o podskórnym życiu miasta, o tym czymś nieuchwytnym na pierwszy rzut oka, to byłaby to książka Despentes. Nie ma strony, na której nie pojawiłoby się interesujące spostrzeżenie dotyczące na przykład wielokulturowego społeczeństwa i tego jak je postrzegają jego mieszkańcy albo jakiejś interesującej obserwacji. Na przykład, gdy bezdomni rozmawiają o psach i jeden z nich mówi, że jeśli pan jakiegoś psa jest bezdomny, żyje na ulicy, to zwierzę jest najszczęśliwsze pod słońcem, bo pan ma tylko jego i nigdy go nie opuszcza, razem z nim śpi, razem z nim je...Wielu bezdomnych żyjących na ulicach paryskich ma psa. Na pierwszy rzut oka, litujemy się nad losem zwierzęcia, ale Despentes prawie zawsze chce, abyśmy patrzyli na nich z innej perspektywy. Bo może dla psa i człowieka najgorsze co może go spotkać to samotność albo porzucenie?

Nie jest to książka smutna, a na pewno wzruszająca. Postaci opisywane przez Despentes są poturbowane przez życie, ale nawet w żyjąc na ulicy gdzieś w głębi duszy pogodzone z losem, niczym Olga czerpiący radości z kilku euro czy papierosów wsuniętych do ręki przez przechodnia. Gdy nie ma się nic, nawet coś bardzo niewielkiego może być źródłem szczęścia. I tak naprawdę to nie wiadomo czyj świat jest lepszy-tych zmagających się codziennie z dżunglą przetrwania na powierzchni, czy też ci, którzy już nie muszą o nic walczyć, bo ich walka i tak jest pozbawiona sensu.

Jestem natomiast bardzo ciekawa jak poradził sobie ze środowiskowym slangiem autor polskiej wersji „Vernona”. Nie wiem, jak można na przykład przełożyć słowo „rebeus ” czy „bougnole” używane wobec ludności pochodzącej z krajów Maghrebu. Ale ponieważ przekonywał mnie ktoś  z wydawnictwa spotkany na targach książki w Warszawie, że tłumacz poradził sobie znakomicie, toteż książkę miłośnikom Paryża ją polecam. O ile mi wiadomo, tłumaczenie II tomu „Vernona Subutexa” ukaże się w wrześniu tego roku. Natomiast władającym dobrze francuskim, oczywiście rekomenduję wersję w oryginale, nie będziecie rozczarowani.