poniedziałek, 30 stycznia 2012

Cenzura w metrze

Dyktatura we Francji? Ktoś powie, co za brednia! A jednak. Każdy doskonale wie, że jeśli narazi się prezydentowi to może w przeciągu kilku minut utracić pracę. Czy mam wyliczać? Lista byłaby długa, ale jest tajemnicą poliszynela, że na przykład prezenterowi telewizyjnemu od bodajże dwudziestu lat Patrickowi Poivre d’Arvor wymknęło się podczas wywiadu z szefem państwa, że  zachowuje się czasami jak „mały chłopiec” i poleciał…został wyrzucony „illico presto” na bruk…


6 maja zapowiada się wielki dzień-wybory prezydenckie we Francji. Każdy powinien o tej dacie pamiętać. Nasz wspaniały humorysta francuski postanowił tę datę uczcić i zarezerwował na tę okazję salę Olimpii, od 1 do 6 maja, gdzie będzie występował w programie pod tytułem…”W maju 2012 roku, Stephane Guillon też odchodzi…”. Bedzie to satyra polityczna-aluzja do mającego niewielkie szanse bycia wybranym ponownie szefa państwa.

Oto plakat reklamujący spektakl, który przed kilkoma dniami pojawił się na stacjach paryskiego metra.



Ale na bardzo krótko. Otóż  RATP (transport paryski)w ubiegły czwartek kazał zdjąć ów plakat z podziemnych murów metra, a dlaczego? Bo „ nie wolno w metrze wieszać żadnych plakatów o charakterze politycznym”. Ale czy reklama przedstawienia to polityka? We Francji okazuje się, że tak. Cenzura działa, autocenzura też, a dyrektor RATP mógłby za taki wybryk słono zapłacić! A ponieważ jestem wyjątkowo wrażliwa na każdy rodzaj cenzury, toteż o tym co się stało, napisałam.

niedziela, 29 stycznia 2012

Fryzjer, który zagrał mi Beethovena


 Objuczona jak wielbłąd zakupami, pędziłam wczoraj do najbliższego metra, gdy nagle moją uwagę zatrzymała witryna salonu fryzjerskiego z bardzo wyraźnie widocznym czarnym fortepianem Schimmela i rozłożonymi na nim nutami. W głębi dostrzegłam książki. Stanęłam,  drzwi się otworzyły i ujrzałam w nich twarz mężczyzny . „Czy mogę Pani zaproponować filiżankę kawy?”-zapytał. Oniemiałam i w tym oniemieniu zgodziłam się.  Przy włosach klientów uwijały się dwie panie. Za chwilę filiżanka pysznej, pachnącej kawy wylądowała na moim stoliczku.
Rozmawialiśmy o życiu, o "chwytaniu chwili", o muzyce. Mój gospodarz opowiedział mi  miejscu, w którym się znalazłam. Był to  salon fryzjerski, kawiarnia  i miejsce gdzie odbywają się koncerty, wernisaże i wieczory literackie. A potem usiadł przy fortepianie i zagrał mi „Sonatę księżycową” Beethovena.
Bernard, bo tak miał na imię mój gospodarz, komponuje sam muzykę, pisze wiersze , nawet ostatnio nagrał płytę i prowadzi to przeurocze, czarujące miejsce w samym sercu Paryża, które nazywa się Espace Piano Coiffure. Ten salon, niczym lustro jest odbiciem bogatej ciekawej świata i innych osobowości, czego dał świadectwa wychylając się zza drzwi i proponując przypadkowej nieznajomej filiżankę kawy. Sporo ostatnio pisałam o zamkniętej za hausmańskimi wrotami francuskości. Ale jest jej też i druga strona, ta którą reprezentuje Bernard. Umówiliśmy się na przyszły wtorek na strzyżenie i kolejne pogaduchy. Na długo zapadnie w mojej pamięci ten niezwykły moment  takiej zwyczajnej, ludzkiej serdeczności.

Tu można posłuchać jak śpiewa Bernard: http://www.myspace.com/espacepianocoiffure, a pod tym adresem znajdują się  informacje o  "salonie". 

sobota, 28 stycznia 2012

W "Poczekalni" Krystiana Lupy



W drodze do stacji metra, które miało mnie zawieźć na przestawienie Krystiana Lupy minęłam dwóch znajomych żebraków. Pierwszy stoi tam codziennie, młody mężczyzna, Francuz,  ma na imię Cedric. Pod sklepem Monoprix- kobieta- nie wiem, nigdy nie pytałam skąd jest. W metrze, w „trójce”, w którą wsiadam przy placu Pereire - jeszcze jeden. Jak to się dzieje, że któregoś dnia podwinęła im się noga, zaciął się mechanizm, przestali przystawać do naoliwionego, sprawnie działającego społecznego zegarka, wypadli z obiegu życia? Nigdy nie miałam odwagi, aby im to pytanie postawić, bo czyż mam do tego prawo? Gdy gasną światła, i ukazuje się pierwsza scena „Poczekalni” ,szwedzkiego pisarza Larsa Norena w reżyserii Krystiana Lupy, mam wrażenie, jakby znaleźli się na niej wszyscy moi uliczni bohaterowie, jakbym zeszła do opuszczonych podziemi paryskiego metra lub  parkingu,  te same materace, barłogi sklecone ze starych szmat, grafitti na murach lochu.

Na scenie młoda dziewczyna wstrzykuje swojemu chłopakowi heroinę. On się na nią wścieka a ona, z ciepłem i matczynym spokojem „robi mu dobrze”, uspakaja, przytula do siebie. Później do tego podziemnego niby-azylu, niby-raju wkraczają tacy sami jak oni „nieprzystosowani”: na wpół obłąkany filozof, piękna dziewczyna-poetka, która wydała dwa tomiki wierszy, ale którą rodzina zamknęła w azylu psychiatrycznym, bezdomni, bezrobotni, psychotycy…

Znajdujemy się podziemnym świecie piętnaściorga młodych ludzi, którzy na naszym oczach opowiadają, snując monologi, swoją traumę. Z ekranów nad sceną płyną, "niczym freudowski  wolny strumień świadomości"ich wspomnienia z życia "na górze". Każdy z osobna opowiada o bólu, o okaleczającej przeszłości. Jest tylko klimat życiażadnej akcji.




Krystian Lupa napisał w programie „To, co nas fascynowało, to zjawisko azylu, to znaczy miejsca do którego są wyrzucani ludzie, w których tkwi pewien rodzaj niemocy  uniemożliwiający im życiową walkę, dlatego też  nie są oni akceptowani. A w tym miejscu, odnajdują pozwolenie na życie. To „na dnie”,  jest rodzajem raju, gdzie można żyć i być coś wartym.

Poczekalnia Krystiana Lupy to niezwykły, piękny i ważny spektakl. Z wielu względów. Może zacznę od niezwykłej odwagi starego mistrza, który nie boi się ekstremalnych środków, uzasadnionych i genialnie pokazanych. Nie powiem zagranych, bo nie odniosłam wrażenia, że aktorzy w którymkolwiek momencie grają. Raczej są, całą swoją osobą, umysłem, zachowaniem i ciałem postaciami ze sztuki Larsa Norena. Nie ma w nich żadnej głupiej pruderii, żadnych zahamowań.

Pod drugie, ponieważ nie boi się forsowania własnego języka teatralnego, który jest surowy, twardy, brutalny, ale to jest jedyny język, którym można opisać dzisiejszy świat. 

Ponieważ dotyczy sytuacji młodzieży, ich beznadziei, kompletnego zagubienia i najczęściej nawet trudnej do uchwycenia chwili, gdy przechodzi sie na drugą stronę "lustra"

Trzeba koniecznie obejrzeć „Poczekalnię” Krystiana Lupy. „To przedstawienie to cud”-napisał francuski krytyk teatralny a ja  chętnie bym się pod taką oceną podpisała.  Bo my też przecież żyjemy w "poczekalni". Nawet jeśli jeszcze o tym nie wiemy.


wtorek, 24 stycznia 2012

Dziennikarze na straży porządku


Oglądając wieczorny dziennik telewizyjny,  chyba nigdy nie zastanawiamy się, czy  spoglądający nam prosto w oczy dziennikarz mówi prawdę, czy też ją zniekształca, bo na przykład spreparował informację na potrzeby właściciela  kanału, po prostu mu wierzymy, bo przecież  bezstronna, obiektywna i niepodporządkowana żadnym wpływom informacja jest kwintesencją zawodu dziennikarza. Ale czy tak jest naprawdę?

„Nowe psy pilnujące porzadku”, francuski  film dokumentalny, który miałam okazję wczoraj obejrzeć analizuje  media we Francji i ich powiązania z biznesem i politykami. Mimo iż jest to znakomity dokument, nie będzie się prawdopodobnie  za wiele o nim mówić ani go reklamować w prasie i telewizji, bo przeszkadza, dekonspiruje starannie ukrywane  i  słabo  zauważalne na pierwszy rzut oka relacje. O związkach  między polityką i biznesem  dowiedzieliśmy się przypadkiem, gdy  tuż po wyborach prezydenckich w 2007 roku, Sarkozy zaprosił najbardziej bogatych i wpływowych biznesmenów na przyjęcie do słynnej restauracji Fouquet's (po czym odpłynął na jachcie jednego z nich w podróż).

 Film o którym mowa nosi tytuł „Nouveaux chiens de garde”, -„Nowe psy pilnujące porzadku” i  został zrealizowany przez Gillesa Balbastre’a i Yannikha Kergoata, na podstawie powstałej w 1995 roku książki o tym samym tytule napisanej przez Serge’a Halimi. Odwołała się on w niej do opublikowanego w 1932 roku głośnego pamfletu Paula Nizana pod tym samy tytułem. Paul Nizan oskarżał ówczesną nomenklaturę,  intelektualistów, filozofów i pisarzy, o to, że pod zasłoną intelektualnej neutralności, wspierają istniejący porządek. „ Nie będziemy wiecznie akceptować, aby respekt przyznany filozofom był wykorzystywany dla utrzymania władzy bankierów”. Intelektualiści i dziennikarze na służbie kapitalistów?

Francuskie media korzystają już od dawna z usług elity  etatowych komentatorów życia politycznego i gospodarczego (gdzieś około trzydziestki), którzy na co dzień komentatują bieżące wydarzenia polityczne i gospodarcze. Od wiele lat są to w kółko ci sami ludzie,  na przykład Bernard Henry-Levy, Alain Minc, Alain Duhamel, Alain Finkielkraut czy Laurent Jauffrin, którzy  albo zajmowali albo zajmują ważne stanowiska opiniotwórcze w prasie, radiu i telewizji, zarówno publicznej jak i państwowej. Zmieniają je też niczym w zabawie w krzesełka do wynajęcia.

Na przykład szef informacji radia publicznego France Inter Nicolas Demorand, został ostatnio naczelnym Liberation. Były naczelny Liberation, Laurent Jauffrin objął posadę naczelnego  tygodnika  Le Nouvel Observateur, Eric Izraelewicz, który był naczelnym Les Echos i La Tribune, został teraz naczelnym Le Monde itd. Takich zmian było w ubiegłym roku sporo. W filmie porównuje się je do  wymian piłkarzy w klubach futbolowych.

Z wysokimi stanowiskami w mediach wiążą się liczne przywileje.  Jednym z nich są możliwości dorabiania sobie dodatkowo reklamami, konferencjami za które dziennikarze każą sobie słono płacić (Christine Ockrent żąda 18 tys. euro za występ) czy też kontakty z politykami " na świeczniku"podczas  słynnych obiadów, które odbywają się zawsze w ostatnią środę miesiąca, bodajże w Hotelu Crillon. Na tych obiadach spotyka się nieformalnie śmietanka prasy, politycy i ludzi biznesu. To rodzaj nieoficjalnych briefingów, klub tylko dla wtajemniczonych. To tam zapadają decyzje o czym będzie się informować naród w najbliższych tygodniach, a o czym nie. Cały ten mikrokosmos nie tylko spotyka się na obiadach, ale  spędza wspólnie wakacje, wolny czas i przyjaźni się ze sobą. Tworzy rodzaj zamkniętej elity, klasy dominującej -niczym za dobrych czasów Ludwika XIV, pilnie strzegącej swoich przywilejów i zarobków, o których przeciętnym Francuzom nawet się nie śniło.

Istnieje jeszcze inny rodzaj wspierających się wzajemnie związków polityczno-medialnych. Są to związki –małżeńskie  i partnerskie. Najsłynniejszy- to  Anne Sinclair i niedoszły prezydent, polityk socjalistów, Dominique Strauss Kahn. Inny bardzo jaskrawy przykład- to Bernard Kouchner, który podczas, gdy  sprawował funkcję ministra spraw zagranicznych, to jego żona- Christine Ockrent, była szefową trzech publicznych kanałów telewizji francuskiej tworzących wizerunek Francji za granicą. Francois Baroin, były rzecznik prasowy rządu, obecnie minister  jest z dziennikarką France 2 Marie Drucker, przykłady związków politiko-dziennikarskich można mnożyć. Czy nie widzicie w tym sprzeczności interesów?

Inną sprawą, którą ujawnia film są oparte na sporej zależności i uległości związki między dziennikarzami a przedstawicielami  wielkiego biznesu, którzy kupują sobie media, aby je kontrolować.  Bo do kogo należy największy lewicowy dziennik francuski „Liberation”? Do bankiera Edouarda de Rotschilda, „Le Figaro” do koncernu Dassalut -producenta samolotów wojskowych, „le Monde” w wiekszości do dziennikarzy, ale w nim też udziały w 17 proc. do koncern Lagardere, który radio Europe 1-posiada w całości? A kto jest właścicielem największego kanału telewizji -TF1? Bouygues (koncern budowlany) oraz do grupy LVMH Bernarda Arnault. A Kanał plus? Do koncernu medialnego Vivendi. We Francji, dość często wielkie koncerny są właścicielami prasy i stacji telewizyjnych. I nietrudno zgadnąć kto wówczas decyduje o mianowaniu  redaktora naczelnego czy dyrektorów i dlaczego tak często się o tym firmach pisze i ich rodzinie pisze  i dlaczego widuje się ich  tak często  na okładkach kolorowych magazynów. Gdy córka jednego z największych przedstawicieli wielkiego biznesu Delphine Arnault brała ślub, Paris Match opublikował reportaż na 22 stron, a na ślubie zjawiło się sześciu członków rządu.

Czy we Francji istnieją obiektywne, wolne od układów, polityki i ekonomii media? Jak powiedział swego czasu, należący do tej nomenklatury jeden z najbardziej znanych dziennikarzy francuskich Patrick Poivre d’Arvor, „Jesteśmy po to, aby pokazywać gładki obraz świata” . Gładki,  ale czy prawdziwy? 

poniedziałek, 23 stycznia 2012

"Zachowuj się rozważnie i ostrożnie"




Dziś mija piąta rocznica śmierci Ryszarda Kapuścińskiego. Takiej rady, mistrz piora udzielił tym, którym przyszło żyć lub bywać wśród innych:

"Przy zetknięciu z obcą kulturą zachowuj się rozważnie i ostrożnie, wiedz, że otacza cię labirynt niewidomych murów, których nie przebijesz żadną siłą. Raczej zatrzymaj się i pozwól, aby powoli zaczął cię unosić niewidoczny, ale rychło wyczuwalny rytm tej nowej kultury, jej niedostrzegalne, ale silne fale, które same poniosą cię w pożądanym kierunku poznania i zadomowienia" 

Ryszard Kapuściński "Lapidaria"

sobota, 21 stycznia 2012

Tajemniczy sukces "dymiącej ciężarówki"

Hamburgery zdobywają serca Paryżan? Nikt mi oczywiście nie uwierzy, jeśli nie wyjaśnię o co chodzi. Otóż po mieście kursuje od niedawna  modna, nowa restauracja na kółkach z hamburgerami w menu- „Le camion qui fume” czyli… dymiąca ciężarówka albo Food Truck- camion bouffe. 
Amerykański koncept przeniosła  na paryskie ulice Kristin Frederick z Kalifornii, z porządnym dyplomem francuskiej szkoły gastronomicznej w kieszeni. Cóż to takiego, owa tajemnicza ciężarówka w której jak, rozpisują sie facebook i tweeter, zjeść można najlepsze hamburgery w Paryżu?
Miejsce, w którym krążąca po Paryżu parysko-amerykańska gastronomia na kółkach przyrządza specjały, codziennie się zmienia, najpierw trzeba więc na Internecie sprawdzić gdzie. No właśnie…
Dziś to było Porte Maillot. Dotarłam na miejsce gdzieś około 13-stej. Kolejka spora, przede wszystkim młodzi ludzie, intelektualiści w wielkich okularach, młode małżeństwa  z dziećmi. „Zostało tylko dziewięć hamburgerów”-krzyknęła szefowa do gigantycznej już kolejki, choć pozostało jeszcze z godzinę do zamknięcia a ogonek nadal się wydłużał...Widać było na twarzach wielu osób spore rozczarowanie, ktoś przypomniał, że jutro spotkanie na Quai Valmy w 19-stce…
Mnie się udało! Dostałam do ręki karteczkę z numerkiem, zapłaciłam 10 euro za hamburgera i frytki…pozostało już tylko cierpliwie czekać.
Ale kolejka posuwała się bardzo powoli…mały tłumek patrzył zahipnotyzowany  w trzyosobową ekipę, której szefowała Kirsten. Cierpliwie, mimo mżącego deszczu, przeszywającego wiatru, czekaliśmy na swoją kolej obserwując podsmażanie boczku, podpiekanie chlebków, nakładanie gorącej cebulki…
Mój hamburger dostałam do rąk,  zapakowany w torebkę, gdzieś około 14. 15. Byliśmy jednymi z ostatnich osób, które opuściły „dymiącą ciężarówkę”. Miałam mojemu hamburgerowi nawet zrobić zdjęcie, ale byłam już tak wygłodzona, że po prostu zapomniałam… nie wiem, czy kiedykolwiek przyszło mi tyle czasu czekać… Tak naprawdę, nie wiem czy sukces „dymiącej ciężarówki” to tylko pachnące, pyszne  hamburgery, czy raczej sam pomysł, na facebooku ma ona już ponad trzy tysiace fanów! I  amatorów amerykańskiego specjału przybywa!
Adres „dymiącej ciężarówki”znajdziecie tu 

środa, 18 stycznia 2012



"Zaczarowana dorożka, zaczarowany dorożkarz, zaczarowany koń"...

Wczoraj, na spacerze w okolicach St. Germain de Prés.