foto

foto

czwartek, 12 stycznia 2017

Savoir-vivre w paryskim metrze

1 stycznia wracam z wieczornego spaceru po Marais metrem, linią 1.  Wagoniki pędzą z zawrotną szybkością, nic dziwnego-nie ma w nich kierowcy, pociąg jest automatyczny. Gdy hamuje, wszyscy wpadają na siebie, ale to nie szkodzi. Dziś jest święto, Nowy Rok, wszystkim nam dopisuje dobry humor. Dziewczyny wyglądają jakby nie zmyły jeszcze sylwestrowego makijażu, kilku turystów wpatruje się intensywnie w tablicę, na której wyświetlają się kolejne stacje: Bastille, Saint Paul, Hôtel de Ville, Châtelet, Concorde...pewnie przyjechali fetować Nowy Rok. Naprzeciwko całuje się para młodych mężczyzn-robię wielkie oczy po czym staram się być bardzo dyskretna, choć mam ochotę ich fotografować-są tacy zakochani, jak można być tylko w Paryżu. Bezdomni też chyba obchodzą dziś Nowy Rok, bo jakoś ich nie widzę.

Tak jest tylko dziś, jutro rano zacznie się zwyczajny codzienny tram, tram, tram...czyli tłum, dziki tłum na każdej stacji. Poranne metro przypomina pierwsze nieme filmy, na których nie panowano jeszcze nad szybkością przesuwania się taśmy. Mroczne, słabo oświetlone stacje, niekończące się wąskie korytarze- aż trudno uwierzyć, że ludzie mogą tak podróżować, bez powietrza i światła, przemieszczając się wąskimi, brudnymi cuchnącymi tunelami i wdychając ten zapach: kwaśno-siarkowy, drażniący nozdrza, łatwo rozpoznawalny, w sumie można się przyzwyczaić.

 Czy wiecie, kiedy i po co wybudowano metro? Potrzebne było na wystawę światową 1900 roku. Jego konstrukcja miała być w stylu epoki: elegancka, lekka, z wykorzystaniem żelaza, szkła i ceramiki. Na projektanta „metropolitanu” wybrano artystę Hectora Guimarda- artystę zafascynowanego Art Nouveau. Jego projekty dekoracji stacji metra miały być wyjątkowe, unikalne, nieistniejące nigdzie indziej. Paryż był wówczas stolicą świata i miał nią pozostać. Czy byłby tak elegancki, gdyby nie Guimard i jego rozsiane po całym mieście faliste, erotyczne, fantazyjne konstrukcje stacji metra? Wzory czerpał ze świata organicznego, żywego i niebezpiecznego inspirując się wyglądem roślin i zwierząt, postaci ze świata bajki i fantazji, inspiracją była kobieta. Czyż wielkie łodygi, przed wejściem do metra, nie przypominają kształtem kobiecych jajowodów? A może mi się tylko wydaje?

Gdy w Nowym Jorku zwiedzałam MOM-ę, nie mogłam posiąść się z radości, że na dziedzińcu stanęło wejście do stacji metra paryskiego Hectora Guimarda.

W metrze można spotkać cały świat. Na stacji Saint Paul w Marais wsiadają tradycyjni Żydzi w swoich wielkich kapeluszach, paltotach i jedwabnych pończochach, na Barbesie mieszkańcy Magrebu i Afryki- kobiety o obfitych kształtach w pstrokatych sukniach z dziećmi o twarzach aniołków i hebanowych włosach. Na Chapelle- Pakistańczycy i Hindusi-niscy mężczyźni o czekoladowych twarzach, na stacji Pyramides- Azjaci robiący zakupy w japońskiej dzielnicy Sainte Anne. Do Barbès zawożę gości z Polski, żeby pokazać im troszkę inne miasto niż to landrynkowe, z przewodników. Wielokulturową mieszankę żyjącą pacyfistycznie, bez wzajemnej niechęci i agresji. Jak to się dzieje , że w tym tyglu wielokulturowym nie ma żadnej nieżyczliwości?  

Zaskakuje mnie zawsze spokój z jaką pasażerowie dzielą ciasną przestrzeń wagonów, przecież mogliby sobie nawymyślać od czarnuchów, ciapatych, a tu nic, ani słowa. Francuzi posiedli też wielką sztukę tolerowania nie zawsze pachnących mydłem i szczotką żebraków i bezdomnych. Nie sposób przejechać dwóch stacji, żeby nie wsiadł ktoś proszący o grosz opowiadając o tragicznych wydarzeniach z życia, które spowodowały, że znalazł się na ulicy. Najczęściej taki niemyty od tygodni, żyjący od miesięcy na ulicy, przepycha się wśród pasażerów metra z torbami, psami, bagażami i nie budzi to reakcji niechęci. W każdym razie nikt nie wyraża jej na głos. Nie wyobrażam sobie, aby widząc nieszczęśnika, ktoś odważył się mu coś nieprzyjemnego powiedzieć. U nas byłoby od razu-panie, coś się pan tak przepycha! A tu, cisza i savoir –vivre a przecież to żaden Wersal, tylko zwykłe metro!

Ha, kurtuazja obowiązuje jednak wszystkich podróżnych, nie tylko tych, którym nie brakuje. Kilka dni temu widziałam w metrze mężczyznę w średnim wieku, który po przejściu całego wagonu i nie otrzymaniu ani grosza, powiedział szarmancko: „Nie, nie podziękuję, bo nie mam za co, ale życzę wam wszystkim jak najlepszego Nowego Roku. I dopiero przy samych drzwiach dał subtelnie upust frustracji. „I pamiętajcie-powiedział patrząc na kobietę siedzącą tuż przy drzwiach wyjściowych, w futrze - rewolucja rozpoczęła się w Paryżu, zdeterminowany i głodny lud może ją kiedyś powtórzyć”.

W podziemnym świecie panuje zgoda. Ci, którzy żebrzą, starają się być grzeczni, uprzejmi, używać poprawnego języka. Mimo, iż mieliby prawo zezłościć się widząc dobrze ubranych burżujów bawiących się najnowszym modelem komórki. Ale nie, nigdy nie usłyszałam od nich ani jednego wulgarnego, nieprzyjemnego słowa  a  są wśród nich osoby, które czasem od kilku dni nie miały w ustach kromki chleba. Kiedyś widziałam jak bezdomny wyrwał zaskoczonej japońskiej turystce w metrze kanapkę. Ale tylko jeden, jedyny raz.

Inną kategorią „mieszkańców” metra są muzycy, tych lubią prawie wszyscy. Przez ostatnie miesiące na stacji Opera siedział saksofonista, grał standardy jazzowe. Czasem jest to cygańska orkiestra albo kwartet muzyki klasycznej. Ostatnio zachwycił mnie wyjątkowo uzdolniony meksykański chłopiec śpiewający piosenki José Feliciano przy akompaniamencie  gitary. Czasem się zastanawiam, czy grają, bo potrzebują ludzkich uszu czy też przynosi im to jakieś dochody? Nie wiem. Ale muzyka rozładowuje napięcie, czasem w kilka sekund dźwięk lub głos wywołuje śmiech. Czasem w kilka minut tworzy się wspólnota, ludzie zaczynają klaskać, stukać a nawet tańczyć. Prawie zawsze jest to urozmaicenie podróży, wartość dodana do ceny biletu.

Czy wiecie co to takiego syndrom Paryża? To kontrast pomiędzy wyobrażeniami jakie turysta miał o Mieście Świateł przed wizytą a obserwacjami jakie poczynił podczas jego zwiedzania. Jednym słowem-miało być poetycko, romantycznie, nastrojowo a jest brudno i brzydko, metro nie pachnie Chanelem.

Gdy przyjeżdżają znajomi z Polski, to jest mi wstyd, bo przecież metro warszawskie jest takie czyściutkie, wypolerowane, nowoczesne a tu...trzęsące się, brudne, wagoniki, bezdomni śpiący na prawie każdej stacji, zaśmiecone korytarze pokryte klejącymi się od brudu białymi płytkami ceramicznymi, na prawie każdej stacji zobaczycie wsiadających do metra żebrzących i bezdomnych. I gdzie tu Paryż Baudelaire’a i Rimbauda, Edith Piaf i Juliette Greco. A może lepiej omijać metro?

Ale nie! Po zamachach terrorystycznych na Charlie l’Hebdo i Bataclan obawiano się, że Francja może łatwo przekształcić się w kraj wojny religijnej i nienawidzących się wzajemnie wspólnot, że przez kraj przeleje się fala nienawiści do osób wyznających religię sprawców terroru. Tak się nie stało, ani uczucia ani język nie urwały się z łańcucha, nie padło ani jedno niedobre słowo pod adresem francuskich muzułmanów. Silniejsze okazało się przekonanie, że nie wolno dopuścić do odpowiedzialności zbiorowej, bo może to się skończyć oceanem wzajemnej agresji. Trzeba za wszelką cenę ocalić wspólnotę, mimo różnic politycznych, kulturowych, religijnych, rasowych. Udało się. Czasem myślę, że ta wspólnota buduje się w codziennym kontakcie w czternastu liniach paryskiego metra, bo przecież Francja to Paryż, wspólnota buduje się w codziennym przebywaniu razem, skóra w skórę, w ocieraniu się o siebie, patrzeniu w twarz, przyzwyczajaniu do inności. Metro, to być może szkoła tolerancji i nieuwalniania złych emocji, złych słów. Tak, trzeba gościom z Polski pokazywać metro, jestem tego pewna!








wtorek, 20 grudnia 2016

Frédéric Bazille i narodziny impresjonizmu

Frédéric Bazille, Scena lata
Między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem wielu z was odwiedzi z pewnością Paryż a ci, którzy mieszkają we Francji, być może skorzystają z kilku wolnych dni i zechcą zajrzeć do któreś z paryskich muzeów. Chciałabym wam polecić ekspozycję w muzeum Orsay o której mówi się, że jest najciekawszą wystawą zimowego sezonu, a poświęcona jest malarzowi mniej znanemu, ale zasługującego z wielu względów na uwagę-Fryderykowi Bazillowi. Malował on zaledwie siedem lat, gdyż zginął w wieku 28 lat na froncie francusko-pruskim 1870 roku jako żołnierz. Zmarł więc przedwcześnie, z wielką szkodą dla malarstwa, posiadał talent i mógł się jeszcze wspanialej rozwinąć.

Jak wielu malarzy, stał się artystą tak naprawdę dopiero po przyjeździe do Paryża, miasta, które wielu filistrów w kilka lat przeobraża w prawdziwych twórców. Ojciec pragnął uczynić z niego lekarza, miał studiować w Paryżu medycynę, ale zapisał się również na kursy do szwajcarskiego malarza Charlesa Gleyre’a a tam poznał kilku innych jego uczniów: Moneta, Sisleya, Renoira. Połączyła ich z nim dozgonna przyjaźń, stali się wierną i pomagającą sobie wzajemnie wspaniałą bandą przyjaciół, która razem spędzała czas i razem wyruszała na plenery malarskie. Ich ulubionym celem stały się lasy Fontainbleau, gdzie szukali inspiracji i tematów.
Fréderick Bazille, Pejzaż w Chailly


Jednym z pierwszym obrazów pokazanych na pierwszej tak kompletnej ( 47 na 60 prac)wystawie poświęconej Bazillowi są właśnie pejzaże, malowane razem z nieco bardziej zaawansowanym w sztuce malarskiej Monetem, i tegoż obrazy pojawiają się tuż obok prac jego młodego przyjaciela. Są one świadectwem, że Bazille uczestniczył w rewolucji, która nadchodziła w malarstwie drugiej połowy XIX wieku, że również pod jego pędzlem rodził się impresjonizm a zadzierzgnięte w pracowni Charlesa Gleyra przyjaźnie staną się zarzewiem fermentu w sztuce tego okresu.

Frédérick Bazille był malarzem wszechstronnym. W przeciwieństwie do swoich przyjaciół Moneta i Sisleya specjalizujących się w pejzażu czy Renoira uprawiającego portret, próbował sił w bardzo rozmaitych formach ekspresji malarskiej: martwej naturze, pejzażu, aktach męskich i damskich, obrazach wnętrz, portretach zbiorowych ze zdecydowaną skłonnością do tematów mu współczesnych oraz do aktów integrując lekcje współczesnych mu malarzy Courbeta i Maneta.


Maluje również wnętrze jednej ze swoich sześciu paryskich pracowni, mieszczącej się na ulicy Condamines w dzielnicy Batignolles. Widać go na pierwszym planie, prezentującego swój ostatni obraz. Wielki miłośnik muzyki i teatru, był jednym z najlepiej usytuowanych malarzy spośród tych, z którymi się przyjaźnił. Zawdzięczał to subwencjom zamożnych, mieszkających w Montpellier rodziców, którzy zawsze starali się rozumieć artystyczną duszę wrażliwego Fryderyka.

Frédérick Bazille, Portret rodziny
 Podczas letnich wakacji na południu Francji, w okolicach rodzinnego Montpellier Bazille namalował na tarasie ogrodu całą swoją rodzinę, dając obrazowi kolorystykę Maneta, podkreślając kontrast pomiędzy ciemnymi strojami i jaskrawym słońcem południa.

Polecam tę wystawę także nie tylko ze względu na samego Fryderyka Bazilla, ale także na 42 obrazy innych znakomitych współczesnych artyście z Montpellier mistrzów: niektóre mniej znane pejzaże Moneta, portret chłopca z kotem Renoira czy  współczesnych mu Delacroix, Courbeta, Corrota i Rousseau.


-->
Wystawa potrwa do 5 marca 2017 roku, pozostało jeszcze trochę czasu, ale trzeba się spieszyć, żeby jej nie przegapić.

sobota, 8 października 2016

O niepokornych konstruktywnie

Niedzielna manifestacja kobiet w Paryżu
Świat przyspiesza. Zmiany dokonują się coraz szybciej i prowadzą nas w nieznanym kierunku. W głowie mieszają nam media, politycy, dziennikarze. Komu wierzyć? Czy można jeszcze komuś wierzyć? A może najlepiej zamknąć się w swoich czterech ścianach i zacząć hodować kaktusy albo uprawiać jogę? Ale nie, przecież nasze działanie, choćby niewielkie, może zmienić świat, uczynić go choć odrobinę lepszym. Wiem, trzeba dokonywać wyborów, stanąć po właściwej stronie. Kata czy ofiary? Prawdy czy kłamstwa, wolności czy zniewolenia. Nie daje się wszak żyć na zasadzie "panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek". Moje ostatnie dni w Paryżu obfitowały w spotkania z ludźmi którym nie jest, nie było, obojętne to, co działo się i dzieje na świecie,  niezgadzającymi się na zło, na łamanie prawa, na pozbawianie innych wolności wyboru. Postanowiłam napisać o tych spotkaniach kilka słów.

Najpierw niedziela. Na placu Inwalidów, obok polskiej ambasady, zebrały się kobiety ubrane na czarno, na znak protestu przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego w Polsce.  Dwie wspaniałe dziewczyny z ruchu „nousdabord” czyli „najpierwmy” prowadziły spotkanie, w którym brało udział chyba ponad tysiąc osób. Francuzek było chyba  dwukrotnie więcej niż Polek, zrzeszone w rozmaitego rodzaju organizacjach feministycznych, broniące praw kobiet do stanowienia o sobie. Odśpiewałyśmy razem francuski hymn kobiet z refrenem „ powstańcie kobiety niewolnice, rozerwijmy kajdany, powstańmy, powstańmy, powstańmy”. Mówi się, Francja to stara demokracja. Tak, my dopiero raczkujemy, zbieramy się, żeby razem manifestować i działać, one są już wytrawione w boju.  1968 rok, walka o antykoncepcję i legalizację aborcji zrobiły swoje. Ale większość uczestników niedzielnej manifestacji, to młode polskie kobiety, odważnie broniące wolności i prawa do decydowania o sobie. Manifestacja była wielkim sukcesem.


Z kolei wczoraj rano, po raz pierwszy brałam udział w konferencji prasowej Mateusza Kijowskiego zorganizowanej w Paryżu przez KOD. Dobrze, że przyjechał, spotkał się z dziennikarzami i wyjaśnił jak wygląda sytuacja w Polsce. Otworzył oczy tym, którzy przecież nie muszą wiedzieć, że Polacy nie stali się z  dnia na dzień antydemokratyczni i antyeuropejscy, że istnieje społeczeństwo obywatelskie, gotowe manifestować w obronie prawa, Konstytucji, wolności mediów państwowych, przeciwko inwigilacji przez policję i służby specjalne czy dyskryminację obywateli nie zgadzających się z partią sprawującą w Polsce władzę. Takich demonstracji najbardziej boją się dyktatorzy, bo nawet mały ogień może wywołać pożar. Wychodząc z konferencji pomyślałam sobie, że dzięki jego inicjatywie i powstaniu KOD-u, położona została pierwsza, mocna tama przez wprowadzaniem stopniowo w Polsce władzy autorytarnej na wzór sprawowany przez Putina. Ale to, co udało się w Rosji- spacyfikowanie społeczeństwa- w Polsce nie ma szans, obudziliśmy się! 

A wieczorem,  czas poświęcony prawom człowieka, tym razem w Rosji.  Wczoraj cały świat wolnych mediów obchodził dziesiątą rocznicę zabójstwa rosyjskiej dziennikarki Anny Politkowskiej. Dla działającego we Francji stowarzyszenia Russie-Libertés, ta rocznica stała się okazją złożenia hołdu ikonie wolnego, bezkompromisowego, odważnego dziennikarstwa. Za pisanie prawdy, za śledztwa i reportaże z wojny w Czeczenii zapłaciła własnym życiem.  Nie znaleziono zleceniodawców zabójstwa dziennikarki 7 października 2006 roku.

10 lat bez Anny(Politkowskiej)
Konferencja odbywała się budynku merostwa 4 dzielnicy, otworzył ją mer, Christophe Girard i podkreślił, że ta siedziba zawsze służy ludziom broniącym wolności. Najbardziej dramatyczny apel usłyszeliśmy z ust wydawcy Anny Politkowskiej, Jean-Francois Bouthorsa z wydawnictwa Buchet/Chastel. Mówił o świecie, w którym wygodniej jest zamknąć oczy, nie widzieć tego co dzieje się w Rosji i przed czym starała się nas przestrzec Anna Politkowska. 

Dzisiejsza Rosja nie jest krajem demokratycznym-mówił, Putin pozbył się opozycji, zniszczył społeczeństwo obywatelskie, organa sprawiedliwości wydają decyzje pod jego dyktando. Ale rękę do tego przykłada świat Zachodu, nie reagując na niszczenie prawa, przymykając oczy na łamanie praw człowieka, bagatelizując morderstwa na politykach opozycyjnych i dziennikarzach. Zachód jest zafascynowany Putinem, jego brutalnością, przemocą, bezwzględnością w egzekwowaniu posłuszeństwa-mówił wydawca Politkowskiej. Francja nie jest wyjątkiem, zarówno na lewicy jak i wśród partii prawicowych mamy jego wyznawców, dla wielu jest on modelem-ostatnio nawet w Stanach. Rosja Putina zinstrumentalizowała dramat Syrii, bez jej poparcia reżim Baszara Al-Sada, który ma na sumieniu śmierć 300 tys. ludzi oraz miliony uchodźców nie padł, ale utrzymał się u władzy. Prawicowy kandydat na prezydenta Alain Juppé przyznał, że mamy do czynienia z ludobójstwem. Anna Politkowska nas przestrzegała, pokazując w swoich książkach i reportażach z Czeczenii prawdziwą twarz Putina oraz dzisiejszej Rosji. Nie bała się. Klimat nienawiści, brutalizacja polityki jakie wprowadził Putin rozlewa się dziś na całą Europę. Nie fascynuje dziś ludzi demokracja, wolność, prawda, fascynuje władza autorytarna.
Dobrze, że te słowa padły, bo może były najpiękniejszym przywołaniem ideałów Anny Politkowskiej.

Na zdjęciu Małgorzata Szuleka: Helsińska Fundacja Praw Człowieka
Obejrzeliśmy też doskonały i szeroko nagradzany film szwajcarskiego reżysera, Erica Bergkrauta „List do Anny” opowiadający o ostatnich latach Anny Politkowskiej, na który składały się sceny kręcone jeszcze za życia dziennikarki, wywiady z jej najbliższymi-mężem, dziećmi, w redakcji gazety, rekonstrukcja zabójstwa, minuta po minucie a także filmowane fragmenty z jej spotkań w Czeczeni. 

 A po filmie, w debacie przy okrągłym stole wzięli udział rosyjscy dysydenci, artyści i dziennikarze. Elena Milaczina, dziennikarka, która przejęła tematykę Czeczenii po Annie Politkowskiej w Nowej Gazecie, adwokat  Paweł Czikow z ONG Agora, artysta performer Paweł Pavleński znany m.in. z tego, że zaszył sobie usta na znak protestu. Był też polski akcent wieczoru, o sytuacji w Polsce mówiła Małgorzata Szuleka z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka w Polsce. Zrelacjonowała ona obecną sytuację w kraju, kończąc wypowiedź optymistycznym akcentem, że społeczeństwo obywatelskie w Polsce trzyma się mocno, o czym świadczą ostatnie protesty a pierwszym celem ataku władzy autorytarnej jest zniszczenie więzi społecznych, stworzenie atmosfery strachu i wzajemnej nieufności. W Polsce nie udało się zniszczyć społeczeństwa obywatelskiego mimo, że zawłaszczono media publiczne, instytucje, firmy i spółki a trwają nieustanne ataki na niezależność sądów, prokuratury i Trybunału Konstytucyjnego.

Przyszło nam żyć w czasach, gdy nie sposób stać na boku i przyglądać się wydarzeniom. Zaangażowanie wymaga odwagi, ale w życiu trzeba dokonywać wyborów czy opowiadamy się za złem czy za dobrem,  demokrację czy dyktaturą, wolnością czy zniewoleniem. Tak było zawsze, w różnych okresach historii i zawsze byli Ci odważni, nieustępliwi i konformiści, którzy za wygodę i korzyści sprzedawali duszę: kolaboranci, cwaniacy, ludzie bez kręgosłupa moralnego. Wystarczy poczytać Szekspira...


środa, 5 października 2016

Absolutny impertynent- Oscar Wilde w Petit Palais

Gdy czyta się biografię Oscara Wilde’a, to można odnieść wrażenie , że na początku jego życia wszystko toczyło się banalnie i schematycznie : doskonała edukacja, praca, żona Konstancja, jedno , drugie dziecko...słowem-szczęśliwa rodzina. I nagle pękniecie- spotkanie z mężczyzną, Alfredem Douglasem  burzy początkowy porządek. Budzi się w pisarzu ta ukryta, ale w ostatecznym rozrachunku dominująca, strona jego osobowości, pełna pasji i pożądania do mężczyzn. Wilde przechodzi na drugą stronę, ale nie przestaje być kochającym mężem i ojcem. Jednak w wiktoriańskiej Anglii tego rodzaju pasje nie są społecznie akceptowane. Ojciec kochanka Wilde’a, markiz de Queensberry oskarża go o to, że jest „sodomitą”i poeta zostaje skazany na dwa lata ciężkich robót. Przekroczył społeczne normy moralne i musi za to zapłacić. "Reprezentował dekadencję, która była wówczas niebezpieczna"- tłumaczył wyrok wnuczek Wilde’a, Oskar Holland w wywiadzie prezentowanym podczas wystawy otwartej przed kilkoma dniami w Petit Palais.

Wystawa poświęcona angielskiemu pisarzowi jest bardzo na czasie. Mamy czas radykalizacji religijnej, rosnącej nietolerancji wobec myślących i kochających inaczej. Nie tylko w Polsce, Rosji czy innych krajach Europy Wschodniej, ale także w niektórych krajach Zachodu. Agresywne stają się wobec inności organizacje katolickie. Nawet we Francji, ojczyźnie wolności religijnej, kraju świeckim, za kilka dni odbędzie się manifestacja skierowana przeciwko małżeństwu dla wszystkich, przegłosowana przed kilkoma laty przez parlament francuski.

Wystawa o Oscarze Wildzie, to hołd wobec artysty, który za to, że był homoseksualistą musiał zapłacić ciężką karę więzienia, społecznego wykluczenia i emigracji. Po odbyciu kary ciężkich robót wyemigrował z Wielkiej Brytanii do Francji, zakazano mu również kontaktowania się z rodziną, która przebywała wówczas w Szwajcarii i musiała zmienić nazwisko na Holland-nazwisko Wilde było wówczas bardzo trudno nosić w Europie.

Dobra reputacja ? To jedno z licznych ograniczeń, którymi nigdy się nie przejmowałem-mówił. Nie znosił ograniczeń, norm, pozorów, modelowania siebie na kształt innych, miał odwagę myśleć inaczej, co przekazał w licznych tekstach, recenzjach z wystaw, esejach filozoficznych, dramatach.

Wystawa pokazuje całokształt pracy Oscara Wilde’a kładąc akcent na jego pracę jako krytyka sztuki, silnie sprzeciwiającemu się dominującej wówczas szkole Akademii Królewskiej nowym ruchem znanym pod nazwą Aesthetic mouvement, głoszącej takie hasła jak całkowite bezużyteczność sztuki (All art is quite useless). Jego ulubieni malarze to Wiliam Blake Richmond, G. F. Watts czy Walter Crane.

Wilde nie ukrywał się w cieniu gabinetu, nie był jednym z tych pisarzy-widm, dla których ważne jest tylko dzieło, wręcz odwrotnie-jego pierwsza sesja wykładów na temat sztuki poprzedzona została całą serią portretów wykonanych w jednej z londyńskich pracowni Napoleona Sarony'ego. Zdjęcia miały wielki sukces-Wilde był dandysem-dbał o własną powierzchowność- na zdjęciach widzimy go  zazwyczaj w pięknych płaszczu z pelisą, w eleganckiej kamizelce i pięknie skrojonych spodniach. « Włożyłem cały geniusz w moje życie, a w moje dzieła jedynie talent » -powiedział.



W Paryżu poznał cały światek artystyczny : Victora Hugo, Mallarmego, Coquelina. Jak można się doczytać na wystawie, inicjację seksualną przeżył z nim André Gide. Portretowali go najlepsi malarze epoki, skądinąd zaprzyjaźnieni z nim artyści-m.in. Jean- Emile Blanche.
Był autorem bardzo wszechstronnym, pisał poezje, dramaty ( najbardziej znany-Salomé wydany z bajecznymi rysunkami Beardsleya-cudo!), eseje filozoficzne. Paradoksalnie- Oskar Wilde jest autorem niecenionym przez krytyków, natomiast uwielbiają go czytelnicy.
« Ludzie przebaczą wam wszystko, z wyjątkiem geniuszu »-pisał.

Wystawa poświęcona Oscarowi Wilde’owi « Absolutny impertynent » potrwa do 15 stycznia 2017 roku w Petit Palais. Wielbicielom niepokornego artysty polecam!