foto

foto

sobota, 6 sierpnia 2016

Paryż Hemingwaya i Hadley: Paula McLain „Paryska żona”


„ Paryż to choroba, na którą nie ma lekarstwa”-napisała Paula McLain w blisko 400-stronnicowej bestsellerowej powieści „Paryska żona” wydanej w tym roku w Polsce i opowiadającej o paryskich latach słynnego amerykańskiego pisarza Ernesta Hemingwaya i jego pierwszej żony Hadley Richardson. Książkę tę przed kilkoma dniami znalazłam w skrzynce pocztowej z prośbą o recenzję i nie mogłam się z tak kuszącej propozycji nie wywiązać, opowiada bowiem nie tylko o niezwykłym okresie w dziejach miasta- latach 20., ale także o niezwykłym człowieku i pisarzu-Erneście Hemingwayu.

Kilka słów o okresie, w którym rozgrywa się akcja powieści - Paryżu lat 20. Stolicę Francji upodobała sobie wówczas amerykańska bohema artystyczna, która niczym odlatujące na zimę ptaki, porzuciła Amerykę dla miasta Świateł. Przyczyn było kilka. Po pierwsze, zniszczona, podnosząca się z trudem z powojennych ruin Francja była w kiepskiej sytuacji gospodarczej. Szalała galopująca inflacja i Amerykanie ze swoimi mocnym dolarem mogli sobie we Francji pozwolić na o wiele więcej niż u siebie. Po drugie-w Stanach szalała prohibicja i obowiązywały bardzo rygorystyczne normy moralne. Paryż był natomiast miastem wolnych ludzi-panowała całkowita tolerancja wobec par homoseksualnych, trójkątów małżeńskich a alkohol lał się strumieniami. Stolica Francji była wówczas również artystycznym tyglem, do którego zdążali artyści z całej Europy, polscy i rosyjscy Żydzi tworzyli Ecole de Paris, Apollinaire i Blaise Cendrars pisali w kawiarniach wiersze, Picasso spacerował bulwarem St. Germain a artystyczna bohema spotykała się w les Deux Magots, La Coupole, café Flore...Nie było bardziej stymulującego i bardziej wolnego miejsca na świecie. Paryż się bawił, Paryż to było nieustające Święto.

Ernesta Hemingwaya z pewnością znacie, może nawet ze szkolnych lektur. Czy pamiętacie ten słynny cytat rozpoczynający powieść „Komu bije dzwon”? Do dziś potrafię go wyrecytować z pamięci: „Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą: każdy stanowi ułamek kontynentu, część lądu...”? W moje bibliotece znalazłam egzemplarz powieści Hemingwaya z wpisem mojego taty z 1975 roku. „Kiermasz książki” Warszawa, 11 maj 1975 rok. Piąte wydanie. W 1954 roku pisarz za „Starego człowieka i morze” otrzymał nagrodę Nobla, gdy w 1961 popełnił samobójstwo, był już w Polsce najchętniej czytanym pisarzem amerykańskim. Kochaliśmy jego książki, marząc o tym, aby nasze życie okazało się równie ciekawe jak Hemingwaya. Podróżowaliśmy z nim po świecie, braliśmy udział walkach byków w Pampelunie, w wojnie we Włoszech, w afrykańskich Safari. Przeżywaliśmy miłość bohaterów ”Pożegnania z bronią” na wojnie we Włoszech i okrucieństwa hiszpańskiej wojny domowej w „Komu bije dzwon”. „Stary człowiek i morze” dawał nam wiarę, że wszystko w życiu jest możliwe, wystarczy tylko czegoś bardzo, bardzo chcieć.

Nie wiedzieliśmy tylko jednego: Ernest Hemingway narodził się jako pisarz w Paryżu i nie wiadomo, czy kiedykolwiek miałby szansę zaistnieć, gdyby się tu i właśnie w tym momencie nie znalazł. Jego muzą i opiekunką była Hadley Richardson: uległa, ciepła, całkowicie mu oddana. Przybyli do Paryża trzy miesiące po ślubie i zamieszkali pod adresem, pod który wczoraj zajrzałam- pod numerem 74 Cardinal –Lemoine, w Piątej Dzielnicy, dwa kroki od placu Contrescarpe i Mouffetard. Na domu, w którym mieszkali przez dwa lata widnieje pamiątkowa tablica, okolica niewiele się zmieniła, pełno tam barów i małych restauracyjek, może trochę więcej teraz turystów, zwłaszcza amerykańskich...
Tablica oraz wejście do domu Hemingwaya



Powieść Pauli McLain jest napisana w pierwszej osobie, autorka wcieliła się w postać Hadley. Napisana jest lekko, beletrystycznie, ale oparta jest na całej serii dokumentów, źródeł, biografii i listów. Autorka przekopała się przez bardzo bujną korespondencję jaką Hemingway prowadził z żoną, przestudiowała biografie Hadley napisane przez Alice Hunt Sokoloff i Gioię Diliberto, książki o kobietach Hemingwaya, i skorzystała ze wspomnień samego pisarza z tych młodzieńczych lat-z książki znanej w Polsce jako „Ruchomeg Święto” (a tak na marginesie-fatalnie przetłumaczony został angielski tytuł na polski-powinno być Nieustające Święto-miałoby to o wiele większy sens!)

„Paryska żona” pozwala spojrzeć na Hemingwaya oczami kobiety, towarzyszki życia. Hadley nie jest typem feministki, jaką była jej matka, nie buntuje się, odda mu się całym sercem bez żalu straconego czasu, z wyczuciem pozostawi mu wiele swobody, nie zje go swoją zaborczą miłością niczym Zelda Scotta Fitzgeralda, ale pozwoli się rozwijać, pozostawiając wiele wolnego czasu, nawet gdy narodzi się syn John. Nie jest też kobietą kapryśną, pretensjonalną snobką, akceptuje warunki na jakie ich stać-a w tych paryskich latach naprawdę im się nie przelewa: mieszkanie nie jest ogrzewane, nie ma łazienki, prymitywną toaletę na piętrze. Hadley nie ma na stroje, na jakie stać inne kobiety w ich środowisku, żyją skromnie- z oszczędności i ze spadku, który Hadley zapisał zmarły tuż przed wyjazdem do Paryża wuj.

Hemingway miał raptem 22 lata, Hadley była od niego o kilka lat starsza. Cieszyli się tym wspólnym życiem, jak dzieci. Chodzili po barach i restauracjach, spacerowali po ulicach Paryża, kochali się i pili francuskie wina. Z dnia na dzień, coraz mocniej wsiąkając w środowisko pisarzy i artystów: Scotta Fitzgeralda i Zeldy, Ezry Pounda, Jamesa Joyce’a i guru środowiska literackiego-Gertrudy Stein. Zaprzyjaźnili się również z właścicielką księgarni  „Shakespeare and Co” Sylwią Beach, od której na początku pożyczali książki a później dla której Hemingway przemycał nielegalnie egzemplarze „Ulyssesa” Jamesa Joyce’a do Stanów Zjednoczonych, gdzie ich publikacja była zakazana.

Książka opisuje najbardziej romantyczny czas w życiu Hemingwaya: podróże z Hadley do Hiszpanii, do Pampeluny-na walki byków, do szwajcarskiego Champy koło Montreux na narty do klimatycznego austriackiego miasteczka Schruns i włoskiego Rapallo. To cudowny dla nich czas tanich restauracji i mocnych alkoholi, przygód (na przykład wyprawy ze Szwajcarii do Aosty przez przełęcz Sw. Bernarda w letnich pantofelkach) i beztroskiego w sumie życia za kilka dolarów dziennie. Może do czasu pojawienia się dziecka, którego Hadley chciała, ale Hemingway, który miał wówczas 24 lata, raczej nie. Ale to nie Bumpy-jak go nazywali- stał się przyczyną rozpadu związku, ale najlepsza przyjaciółka Hadley, szczuplejsza i młodsza, może bardziej niezależna, lepiej wykształcona Pauline?

Gertruda Stein i syn Ernesta Hemingwaya John 


Tych pierwszych wspólnych kilka lat, to okres w którym Hemingway pracuje rozdarty pomiędzy koniecznością zarabiania pieniędzy na życie jako dziennikarz a marzeniami, aby poświęcić się całkowicie pisaniu. Znajdziecie tam sporo informacji o samym jego warsztacie, o katorżniczej, godnej pozazdroszczenia dyscyplinie pracy, samotnych dniach spędzanych na poddaszu, stukającego w rozklekotaną maszynę do pisania,.

Paryż jest w tle, ale obecny. Do tego stopnia, że gdy znalazłam się wczoraj na placu Contrescarpe to miałam wrażenie, że unosi się po okolicy duch Hemingwaya, że za chwilę usiądzie on obok nas w barze i zamówi rum albo jakiś inny trunek za którym przepadał. Albo, że spotkamy Hadley  spacerującą po Ogrodzie Luksemburskim z małym Bumbym w wózku, czekającą aż Ernest skończy kolejne opowiadanie.

Ostatnia część książki to rozpaczliwa walka Hadley o zatrzymanie odchodzącego do innej kobiety męża, niezgoda na życie w trójkącie, cierpienia obojga, bo Hemingway twierdził, że kocha je obie i z żadną nie miał zamiaru się rozstawać. A więc odchodzi, do najlepszej przyjaciółki żony, dziennikarki zajmującej się modą, eleganckiej Pauline. Oboje opuszczają Paryż i Francję.

„Mówiliśmy o Paryżu, że jest wielki i wspaniały, i taki był. W końcu go wymyśliliśmy, stworzyliśmy z naszej tęsknoty i papierosów i rumu St. James: z naszych intelektualnych i zajadłych dyskusji i niechby się tylko ktoś ośmielił powiedzieć, że nie jest nasz”-mówi w którymś miejscu Hadley.


Polecam tę pozycję każdemu zakochanemu w Paryżu, w prozie Hemingwaya, w latach 20., literaturze Lost Generation, które odeszło pozostawiając nam swoje wzruszenia, przygody i radość życia. Paryż stworzył Hemingwaya, ale to Hemingway również stworzył Paryż. Jego książka, „Paris est une fete” czyli „Nieustające święto” od czasu zamachów terrorystycznych utrzymuje się we Francji na liście bestsellerów, bo jest jak stara fotografia, na którą patrzymy z nostalgią i czułością.


wtorek, 19 lipca 2016

Bebechy Paryża czyli Vernon Subutex Virginii Despentes



Są książki, które naznaczają nas na całe życie, wstemplowują się w naszą pamięć i trwają. Są też takie, które z niezwykłą dociekliwością opisują świat dobrze nam znany, w których znajdujemy nasze myśli, emocje czy wrażenia, tak jakby pisarz czytał w naszych myślach, wyławiał z nich to, co najciekawsze i formułował na papierze.

Podróżując codziennie paryskim metrem, przemierzając ulice miasta napotykamy śpiących na chodnikach i w sklepowych wnękach bezdomnych. Śpią na brudnych materacach, przykryci zimą poliestrowymi kocami, skurczeni na ciepłych wyziewach z metra czy żebrzą choćby o kawałek chleba: głodni, zmarznięci, brudni. To ludzie, którym w którymś momencie życia podwinęła się noga, stracili pracę, dach na głową, rodzinę, przyjaciół...Pozostał im jedynie plastikowy worek, w którym skrzętnie ukrywają resztki swojej dawnej fortuny, swojego człowieczeństwa. Patrząc na nich, zastanawiamy się-jak to się stało, że znaleźli się tu, gdzie są? Kim są ludzie, na widok których spuszczamy wzrok?

Wydana w ubiegłym roku książka Virginii Despentes „Vernon Subutex”, która ukazała się po polsku w krakowskim Wydawnictwie Otwartym, opowiada właśnie o jednym z nich. Tytułowa postać, Vernon Subutex to człowiek zbliżający się do 50-tki. Przez 25 lat prowadził sklep z płytami rockowymi, szło mu nieźle, zajęcie dostarczało mu wiele satysfakcji, poznawał takich samych jak on pasjonatów, miał znajomych w branży muzycznej i był członkiem małej społeczności swojej dzielnicy. Ale nadszedł kryzys, pojawiły się płyty DVD, ludzie zaczęli kupować muzykę na iTunes, ściągać z Internetu i przestali kupować jego płyty. Vernon sprzedał sklep i pierwszy rok jakoś sobie radził, akumulując rozmaitego rodzaju prace dorywcze. Później, z pomocą finansową przyszedł mu stary przyjaciel, ale w dniu w którym skreślono go z listy osób, którym przysługuje prawo do zasiłku, jego sytuacja stała się krytyczna. Poznajemy go, gdy do mieszkania wchodzą komornicy i zajmują wszystko, co nadaje się do sprzedania i zapłacenia zaległego czynszu. Cały swój dobytek Vernon pakuje do plastikowej torby i jednej walizki.


DZIENNIK PARYSKI: SCENA Z METRA


Początkowo trzyma fason. Dzwoni do przyjaciół i opowiada im, że właśnie przyjechał z Kanady i szuka noclegu na jedną, trzy noce. Czasem udaje mu się zostać u kogoś dłużej. Ale nadchodzi taki dzień, gdy gościnność przyjaciół, byłych kochanek, dalszych znajomych się kończy i Vernon zaczyna życie na ulicy.

Książka Virginii Despentes to majstersztyk powieści. Przeczytałam ją dwukrotnie i chętnie przeczytałabym jeszcze raz. Szukając schronienia, Vernon spotyka bardzo rozmaitych ludzi z paryskiego półświatka. Są wśród jego znajomych i przyjaciół artyści, bogate mieszczuchy ćpające kokainę, samotne kobiety z uschniętym libido, nimfomanki od których musi uciekać, trawestyci i podstarzałe gwiazdy porno. To świat ludzi pokiereszowanych przez życie, ale prawdziwy, nie landrynkowy, świat potrzeby seksu i braku libido, wielkiej samotności, nudy rodzinnego życia i konformizmu żyjących w dżungli wielkiego miasta.

W tej powieści dzieje się niewiele, Despentes interesują ludzie, nie akcja. Ludzie połamani, pokiereszowani przez życie, niespełnieni, na swój sposób nieszczęśliwi. Gdzieś na jednej z pierwszych stron pisze " Życie rozgrywa się zazwyczaj w dwóch partiach: w pierwszej usypia cię każąc ci wierzyć, że je kontrolujesz i w drugiej, kiedy jesteś już zrelaksowany i nieuzbrojony, ono wówczas przejeżdża po tobie i cię rozwala."

Postaci Despentes posługują się często wulgarnym środowiskowym żargonem, ale jest on żywy, organiczny, pasujący do postaci. To język ulicy, język, którego nie usłyszymy na lekcjach francuskiego, ale może w nocnym barze przy placu Clichy albo w okolicach metra Gambetta- w popularnych, tańszych dzielnicach Paryża.

Gdybym miała komuś polecić książkę o Paryżu, nie lukrowanym, nie turystyczny przewodnik Pascala, ale książkę o podskórnym życiu miasta, o tym czymś nieuchwytnym na pierwszy rzut oka, to byłaby to książka Despentes. Nie ma strony, na której nie pojawiłoby się interesujące spostrzeżenie dotyczące na przykład wielokulturowego społeczeństwa i tego jak je postrzegają jego mieszkańcy albo jakiejś interesującej obserwacji. Na przykład, gdy bezdomni rozmawiają o psach i jeden z nich mówi, że jeśli pan jakiegoś psa jest bezdomny, żyje na ulicy, to zwierzę jest najszczęśliwsze pod słońcem, bo pan ma tylko jego i nigdy go nie opuszcza, razem z nim śpi, razem z nim je...Wielu bezdomnych żyjących na ulicach paryskich ma psa. Na pierwszy rzut oka, litujemy się nad losem zwierzęcia, ale Despentes prawie zawsze chce, abyśmy patrzyli na nich z innej perspektywy. Bo może dla psa i człowieka najgorsze co może go spotkać to samotność albo porzucenie?

Nie jest to książka smutna, a na pewno wzruszająca. Postaci opisywane przez Despentes są poturbowane przez życie, ale nawet w żyjąc na ulicy gdzieś w głębi duszy pogodzone z losem, niczym Olga czerpiący radości z kilku euro czy papierosów wsuniętych do ręki przez przechodnia. Gdy nie ma się nic, nawet coś bardzo niewielkiego może być źródłem szczęścia. I tak naprawdę to nie wiadomo czyj świat jest lepszy-tych zmagających się codziennie z dżunglą przetrwania na powierzchni, czy też ci, którzy już nie muszą o nic walczyć, bo ich walka i tak jest pozbawiona sensu.

Jestem natomiast bardzo ciekawa jak poradził sobie ze środowiskowym slangiem autor polskiej wersji „Vernona”. Nie wiem, jak można na przykład przełożyć słowo „rebeus ” czy „bougnole” używane wobec ludności pochodzącej z krajów Maghrebu. Ale ponieważ przekonywał mnie ktoś  z wydawnictwa spotkany na targach książki w Warszawie, że tłumacz poradził sobie znakomicie, toteż książkę miłośnikom Paryża ją polecam. O ile mi wiadomo, tłumaczenie II tomu „Vernona Subutexa” ukaże się w wrześniu tego roku. Natomiast władającym dobrze francuskim, oczywiście rekomenduję wersję w oryginale, nie będziecie rozczarowani.


piątek, 8 lipca 2016

Niezwykła historia obrazu Renoira

August Renoir, Mała Irenka
Ilekroć zaglądam do muzeum Nissima de Camondo w 8 dzielnicy Paryża, zatrzymuję się w małej salce na drugim piętrze. Wyświetlany jest tam dokument o tragicznej historii dynastii de Camondo, której ostatni przedstawiciele zginęli w obozie w Auschwitz. W pierwszej wojnie światowej stracił życie na froncie przystojny Nissim, któremu ojciec po stracie syna zadedykował muzeum, w 1935 zmarł sam Mojżesz, a w obozie w Auschwitz zginęli jego córka Beatrice z mężem Leonem Reinachem i dwoje wnucząt.  Wojnę przeżyła jedynie była żona Mojżesza, piękna Irena z domu Cahen d'Anvers, której portret, namalowany przez Renoira, ma niezwykłą i moim zdaniem wartą opowiedzenia historię.

Obraz przedstawia ośmioletnią dziewczynkę o długich, rudych włosach spiętych niebieską wstążką. Artysta namalował ją z półprofilu, w sukience z żabotem i koronkami. Irena ma na tym portrecie delikatne rysy twarzy, nieduży nos i patrzy przed siebie, opierając grzecznie dłonie na kolanach. Obraz nie spodobał się ani rodzinie Cahenów, ani samej Irenie, spóźniano się nawet z zapłatą.

Przez wiele lat portret Ireny przechowywała jej matka, Luiza Morpurgo, aby podarować go wnuczce, Beatrice. Gdy nastała wojna i okupacja Francji,  zbiory sztuki francuskiej, zwłaszcza należące do bogatych rodzin żydowskich były masowo rabowane i wywożone do Niemiec. Portret Ireny został ukryty wraz z innymi dziełami sztuki  w zamku Chambord.  Ale na ślad ukrytych zbiorów natrafili Niemcy i wywieźli obraz do prywatnej kolekcji Goebellsa. Stamtąd obraz trafia w ręce szwajcarskiego producenta sprzętu wojskowego, produkującego dla Wermachtu, Emila Buhrle.

Na kradzież obrazu nie godzi się Leon Reinach. Pisze listy do Rzeszy, domaga się zwrotu dzieła. W odpowiedzi, mimo zasług wuja (Izaaka), ojca (Mojżesza) i brata (Nissima), Beatrice zostaje zatrzymana przez policję francuską, wywieziona do obozu przejściowego w Drancy a później do Auschwitz. Tam ginie wraz z całą rodziną. Historycy wysuwają tezę, że gdyby Leon Reinach nie upominał się o obraz, gdyby siedział z rodziną w czasie wojny cicho, to może udałoby im się przeżyć wojnę. Przeżyła ją natomiast Irena, która porzuciła męża dla włoskiego księcia Sampieri i przeszła na katolicyzm.

W 1947 roku zorganizowana zostaje wystawa dzieł sztuki zagrabionych przez Niemcy. Irena rozpoznaje na niej swój portret namalowany w dzieciństwie przez Renoira. Domaga się zwrotu i obraz do niej wraca, ale  Irena potrzebuje pieniędzy i postanawia go odsprzedać. Wówczas zgłasza się do niej Emil Buhrle, ten sam , który kupił obraz od Niemców w okresie wojny. Transakcja zostaje zawarta i obraz wraca do Zurychu, do kolekcjonera, na którym przez cały okres powojenny ciąży zarzut kupowania za bezcen obrazów zagrabionych Żydom wywożonym do obozów koncentracyjnych. 

I jeszcze jedno małe post scriptum związane z historią rodziny Ireny- Cahen d'Anvers. Zaledwie 40 minut drogi samochodem z Paryża, w Champs-sur-Marne znajduje się zamek, który rodzice Ireny kupili w 1895 roku. Pałac w Champs-sur-Marne, symbol  francuskiej kultury klasycznej, zbudowany za czasów Ludwika XIV otaczają 85 hektary wspaniałego ogrodu. W XVIII wieku zasłynął dzięki znakomitym lokatorom: mieszkała w nim markiza de Pompadour, odwiedzali- najsłynniejsi filozofowie francuskiego oświecenia: Wolter, Diderot i d’Alembert.

Zamek w Champs-sur- Marnes, przekazany państwu francuskiemu przez rodzinę Cahen d'Anvers


Widok z okna na 85 hektarową posiadłość
Odnowiony i wspaniale umeblowany zamek rodzina Cahen d’Anvers przekazała w 1935 roku państwu francuskiemu pod warunkiem, że pracę zachowa 63 zatrudnionych w posiadłości ogrodników, 11 łowczych oraz około pięćdziesięciu osób pracujących na fermie. Po wojnie, spadkobiercy rodziny Cahen d’Anvers niejednokrotnie organizowali w zamku wesela i przyjęcia. „Zagrał” on również w kilkudziesięciu słynnych filmach francuskich, na przykład w „Niebezpiecznych związkach”,  „Marii Antoinette” Zofii Coppoli czy „Vatelu” Rolanda Joffe.
Dziś, jak udało mi się zauważyć, park służy przede wszystkim wszystkim biegającym oraz rodzinom z dziećmi, to cudowna oaza ciszy i spokoju a sam zamek jest świadectwem życia francuskiej arystokracji i muzeum sztuki XVIII wieku.


XVIII-wieczne wnętrza zamku z meblami z epoki

Jedna z sal zamku

Zabytkowy kominek z różowego marmuru

łazienka





Ogród kwiatowy w stylu angielskim

Park otaczający zamek to oaza ciszy i spokoju 



niedziela, 12 czerwca 2016

Dotknąć klawiatury Maurice'a Ravela...


Miał to być taki zwyczajny wypad za miasto. Nie za daleko, nie za blisko, przede wszystkim, aby nabrać trochę czystszego powietrza w płuca i zobaczyć coś, czego jeszcze nie widzieliśmy. W przewodniku znalazłam średniowieczne miasteczko o romantycznie brzmiącej nazwie Montfort l’Amaury a w nim muzeum Maurice’a Ravela, którego znałam słabo, przede wszystkim z cudownego, tańczonego przez balet Béjarta Bolera oraz Obrazków z wystawy przerobionych z Musorgskiego. Sobota, godzina 9 rano, wyruszyliśmy...

Z Paryża do Montfort l’Amaury dojeżdża się szybko. Byliśmy przed czasem ze zwiedzaniem zamówionym na godz. 10. Dom Ravela, zwany Belwederem, położony jest na wzgórzu klimatycznego, zadbanego, średniowiecznego miasteczka z katedrą przypominającą architekturą paryską Notre Dame. Gdy na zegarowej wieży wybiła punktualnie dziesiąta,  na pobliski parking podjechał samochód i wysiadła z niego starsza pani. Domyśliliśmy się, że to była nasza dzisiejsza przewodniczka. Ile mogła mieć lat? Może 80 a może dużo więcej?


Dom Maurice'a Ravela zwany Belwederem
Państwo na mnie czekają?-zapytała. Już otwieram. Weszliśmy po schodkach. Wyjęła z torby klucze i powoli otworzyła drzwi. Weszliśmy do ciemnego przedsionka. Wszystkie okiennice były jeszcze zamknięte i do środka nie dostawało się żadne światło.


 -Proszę zostawić wszystkie torby tu na ławce-zwróciła się do nas zdecydowanym głosem i wręczyła dwa bilety. Proszę iść za mną-dodała.  I rozpoczęliśmy zwiedzanie jednego z najbardziej fascynujących muzeów, jakie widziałam w życiu.





Gustownie urządzony salon artysty
Po pierwsze zapach. Zapach starego domu, w którym nikt od lat nie mieszka, ale też w którym nikt niczego nie zmienia, nie przestawia i nie remontuje. Maurice Ravel otrzymał w 1921 roku spadek po stryju. Wówczas kupił ten dom, i sam, własnymi rękoma prawie w całości go wyremontował i zaadoptował. W domu nie było światła, wody ani kanalizacji. Ten grubszy remont pewnie ktoś wykonał za niego, ale wystrojem wnętrz, każdym drobiazgiem wyposażenia zajął się już sam. I wszystko, w co wyposażył ten dom, co tworzy jego magię, absolutnie niepowtarzalny klimat zakupił sam. Sam namalował również freski, dobrał kolory ścian, drzwi i okien. Sam urządził każde pomieszczenie-jadalnię, salon, biuro i wyposażył je w tysiące bibelotów, przede wszystkich pochodzących z Japonii. Zbierał również grające pozytywki i oryginalne mechaniczne zabawki. Na ścianach jego domu wisiały stare japońskie ryciny, portrety kompozytora i jego przodków.

Japońska ceramika i bibeloty
Na pewno znacie „Bolero”, z jego hiszpańsko-arabską linią melodyczną, ale nie wiem, czy wiecie, że klimat tego utworu nawiązuje do miejsca, w którym Ravel się urodził czyli do St. Jean de Luz, miasteczka położonego w kraju Basków, tuż przy granicy z Hiszpanią. Stamtąd pochodziła jego matka. Ojciec był z pochodzenia Szwajcarem z Versoix. Zapytałam o  poglądy religijne kompozytora i dowiedziałam się, że nie był on religijny, nie związał się również z masonerią, bliska mu była lewica.  Był humanistą, myślał o innych, to go cechowało-tłumaczyła pani przewodniczka.

Fotografia Maurice'a Ravela
 W nastroju wnętrz i ogrodu dało się wyczuć fascynację Japonią. Kompozytor był mistrzem w dobieraniu niewielu, bardzo prostych i pięknych mebli, obrazów oraz małych przedmiotów. W kilku miejscach pozostawiono jego fotografie. Spogląda na nas smukły, elegancki mężczyzna o klasycznej urodzie. Był bardzo skromny, nigdy nie mówił o sobie, niewiele wiemy na temat jego życia prywatnego, natomiast wiadomo, że był osobą niezwykle usłużną, chętnie pomagał innym.

Fortepian Erarda na którym Ravel komponował 
Gdy znaleźliśmy się w pokoju, w którym pracował, w którym skomponował większość swoich utworów, nasza dobra pani otworzyła fortepian Erarda i powiedziała mi- proszę-co prawda nie wolno, ale jeśli chce pani spróbować, to proszę grać...broniłam się przez chwilę, nie jestem pianistką, ale czytam nuty,  na fortepianie rozłożona była partytura... spróbowałam. Miękki, piękny dźwięk starego instrumentu. Tak, grałam dziś na fortepianie Maurice’a Ravela i przyznam się,  było to wielkie przeżycie.


Na piętrze, na które wchodzi się od strony ulicy, znajdują się cztery pokoje-jadalnia, salon, biblioteka/gabinet i pokój muzyczny z fortepianem. Ze wszystkich tych czterech pomieszczeń wychodzi się na drewniany, pomalowany na biało balkon, z którego roztacza się widok na miasteczko i okolicę. Oraz na japoński ogród.

Przepiękny ogród w stylu japońskim-w głębi Belweder, dom artysty

 A później schodzi się piętro niżej, do sypialni i nowoczesnej jak na tamte czasy łazienki urządzonej przez muzyka, z prysznicem. 

Sypialnia kompozytora

Po godzinnej wizycie, mam w uszach już tylko muzykę Ravela, mimo iż przecież jej nie słyszę... Odnoszę wrażenie, że ten delikatny, subtelny artysta o niezwykłej muzycznej wyobraźni za chwilę wejdzie i zapyta, czy nie mamy ochoty wypić z nim dobrej herbaty, zaparzonej w japońskim dzbanuszku...

Nigdzie na świecie nie ma już chyba takich miejsc, takich muzeów, po których można swobodnie poruszać się wśród setek bibelotów i przedmiotów należących do osoby, która tam mieszkała i zachowanych w nienaruszonym stanie przez blisko 80 lat...A może takie muzea znacie?

I jeszcze jedna zabawna dykteryjka. Przez wiele lat po śmierci Ravela domem opiekowała się...wierna guwernantka Marcela Prousta, Celeste Albaret, którą zaangażował brat muzyka. Gdy została przyjęta do pracy, nawet nie wiedziała kim był Ravel, a więc opowiadała gościom o Prouście a nie o Ravelu. Goście się denerwowali, aż wreszcie jeden z nich postanowił wszystkie jej opowieści spisać i tak 50 lat po śmierci pisarza powstała jego biografia napisana przez guwernantkę Celestynę-miała już wówczas ponad 80 lat...Gdy zmarła, pochowano ją na cmentarzu w Montfort l’Amaury.

Od 1970 roku „Belweder” Maurice’a Ravela należy do gminy, która troskliwie się nim opiekuje. W ubiegłym roku miał tam nawet miejsce festiwal muzyki poświęcony kompozytorowi i ma on być powtórzony w tym roku, w październiku. Jeśli wam się nie uda przyjechać na festiwal, to musicie koniecznie odwiedzić chociaż muzeum kompozytora, jest to miejsce naprawdę magiczne.

A żeby pozostać w klimacie tego kompozytora-impresjonisty, polecam cudowne wykonanie jego Bolera: