foto

foto
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 września 2012

Jaśminem pachnące święto boga Ganeśa


Gdy wysiadłam dziś koło południa na stacji metra Max Dormoy, po obu stronach ulicy strojono już ołtarzyki z wyłożonym na nich wegetariańskim jedzeniem „dla gości”. Przygotowywała je często cała rodzina- mama, tata, zazwyczaj niezwykłej urody młode dziewczęta, wystrojone w cudowne małe sari dziewczynki, i chłopcy o roziskrzonych oczach. Na talerzach, mężczyźni roznosili białe wianki. Dostałam jeden. Gdy wzięłam go do dłoni i powąchałam-poczułam mój ulubiony zapach jaśminu. Gdy byłam małą dziewczynką, wielki pachnący krzak jaśminu kwitł u nas w ogrodzie. Jaśmin, to również kwiat wszechobecny w  „Stu latach samotności”  Marqueza- czy ktoś jeszcze pamięta, jak para młodych zakochanych siedzi na ławce i czuje zapach jaśminu, który kwitł tam przed siedmioma laty? I paryska XVIII dzielnica pachniała dziś tak, jak marquezowskie Macondo…Tak mi się przynajmniej wydawało...


Wianki z jaśminu były na obchodzonym dzisiaj w Paryżu święcie hinduskiego boga Ganeśa wszechobecne, wplatane we włosy, zawinięte wokół szyi, ozdobione zostały nimi  głowy prawie wszystkich kobiet biorących  udział w wielkiej procesji, która wyruszyła dziś rano ze świątyni przy ul. Pajol. 

Wiele wozów udekorowanych było rzeźbą hinduskiego boga. Inne- jego brata Marugi. Ciągnęli je, z wielką determinacją,  pokrzykując przy tym zgodnym chórem, mężczyzni i kobiety ubrani  w tradycyjne stroje, sari i vesti. Tuż przed przejazdem procesji, drogę polewano wodą różaną i posypywano szafranem. Szafranem prószono również kokosy, układane przed każdym ołtarzykiem.





Święto tych hinduskich bogów fetowano dziś już po raz siedemnasty. W czterogodzinnej  procesji, która przemieszczała się ulicami XVIII dzielnicy, Hindusi dzielili się spontanicznie i hojnie z Francuzami Francuzom swoją kulturą, religią, pięknymi tradycjami. Odniosłam wrażenie, że było to również odrobinę  święto  rodzinne, może dlatego, że obchodzono narodziny boga, któremu ojciec Sziwa, gdy ten stanął w obronie matki, obciął głowę i na jej miejsce wstawił sympatyczną łepetynę słonia. Kim jest więc dla Hindusów Ganeśa? To ponoć-jak twierdzą -najbardziej grzeczny ze wszystkich bogów i ten, do którego modlą się oni w pierwszej kolejności. Jest panem przeszkód, ma władzę je usuwać albo stwarzać, od niego więc zależy czy nam się jakiś plan powiedzie, czy też nie.



Pochód otworzył przepiękny słoń z żywicy, symbolizujący boskiego Ganeśa. Następnie rozebrani do talii mężczyźni nieśli na swoich ramionach sporych rozmiarów, ciężkie obręcze, przyozdobione pawimi piórami, zatrzymując się co jakiś czas i tańcząc z nimi na ramionach przez co najmniej kilka minut do tradycyjnej muzyki (przede wszystkim bębny). Było głośno, kolorowo, dynamicznie. Łatwo popadało się w rytmiczny trans.


Następnie defilowały kobiety i mężczyźni noszący na swoich głowach palącą się kamforę. Nad pochodem unosił się czarny dym. 



Na ulicach, podczas pochodu, tłuczono owoce kokosowe, uczestnikom procesji rozdawano napoje, a tym którym bliski jest Ganeśa, namaszczano czoła specjalnymi olejami.


Dałam się oczywiście namaścić i mam skrytą nadzieję, że Ganeśa oddali ode mnie w tym roku wszelkie przeszkody,  i pomoże w realizacji planów...bądźmy dobrej myśli!
Mam wrażenie, że otrzymałam dziś jakąś zupełnie niezwykłą dawkę energii, od ciepłych, uroczych, pogodnych Hindusów i od ich cudownie uśmiechających się dzieci, może sprawił to Ganeśa?


niedziela, 19 czerwca 2011

Współczesne Indie w Centrum Pompidou


Indie zadomowiły się w moim życiu dawno temu. Zaczęło się od teatru Grotowskiego i jego inspiracji Indiami, bez których chyba nie dokonałaby się największa w historii teatru XX wieku rewolucja. Później nadarzyła się okazja, aby na własne oczy zobaczyć hinduski teatr. Do dzis pamiętam szok, jaki przeżyłam przyglądajac się mimice aktorów  teatru Kathakala Kala Kendram z Kerali

Analizowałam zaczarowana barwne stroje i twarze aktorów, prawie niewidoczne pod grubymi warstwami szminki. Wsłuchiwałam się w egzotykę obcej, ale fascynującej kultury mając świadomość, że z tej inności moglibyśmy czerpać pełnymi garściami. I faktycznie, wiele lat później indyjska epopeję- « Mahabharatę » zeuropeizował Peter Brook, i stała się ona moim następnym etapem w poznawaniu Indii. Wreszcie nadeszła fascynacja kuchnią, wyszukiwania tajemniczych przypraw : kardamonu, kurkumy, kolendry, ziarnek cebuli i musztardy, uczyłam się odróżniać rogan josh od kormy…Później przyszedł czas na fascynacje Gandhim i na kolorowe szale z Pashminy i przyjaźń z młoda artystką, która w Indiach szukała inspiracji i której kilka prac do dziś zdobi moje mieszkanie.  I wreszcie spotkanie z Hindusem, który pasjonująco opowiadał o dzieciństwie spędzonym w Kaszmirze i balety Bejarta, którego szkoła do dziś nosi nazwę Mudra i którego wiele przedstawień było zainspirowanych indyjską sztuką tańca. Tak więc, choć nigdy w Indiach nie byłam, mam do tego kraju sporo sentymentu, pomieszanego, nie ukrywam, z fascynacją.


Otwarta przed kilkoma dniami w paryskim Centrum Pompidou mocno nagłośniona wystawa „Paryż-Delhi-Bombaj” dotycząca współczesnych Indii miała mi pokazać jaki jest tak naprawdę ten kraj dziś, po dwadziestu latach od wybuchu gospodarczego boomu. Prace nad przygotowaniem tej wystawy rozpoczęto już w 2007 roku. Do współpracy zaproszono pięćdziesięciu artystów z Francji i Indii. Francuzi mieli przedstawić swoja wizję tego kraju, artyści hinduscy opowiedzieć wszystkimi dostępnymi środkami o swojej. Miał to być rodzaj„spojrzenia skrzyżowanego” na drugi, największy pod względem ludności kraj na świecie i największą na naszym globie demokrację. Jak to zrobili? Jak im się to udało?-spróbuje w kilku zdaniach napisać.

Gdybym miała wymienić kilka tematów wiodących tej wystawy to powiedziałabym, że są to:
życie w slumsach, problemy z zanieczyszczeniem środowiska naturalnego, problemy społeczne takie jak zmuszanie do małżeństw kilkunastoletnich dziewczynek, a jednocześnie aborcja dokonywana przez kobiety na zarodkach płci żeńskiej, niska pozycja społeczna kobiet, nietolerancja wobec homoseksualistów i tzw. „trzeciej płci”, społeczeństwo kastowe.

Jest to jeden z pierwszych obrazów które rzucają nam się w oczy. Ściana kabli, komputerowych myszek i klawiatur, odpadów elektronicznych , którymi Krishnaraj Chonat, zdecydowała się przekazać ostrzeżenie wobec społeczeństw zachodnich, często traktujących Indie jako kraj w którym można umieszczać własne odpady. Indie to nie śmietnik a przecież elektroniczny szmelc, który wisi na ścianie Centrum Pompidou został przywieziony do Indii z Europy, aby po „rozbrojeniu” przez hinduskich robotników, wykonujących prace toksyczną i mało użyteczną- niby mógł służyć. Ale czy rzeczywiście służy czy też po prostu w ten sposób Zachód pozbywa się własnych śmieci?

Z kolei Hema Upadhyay buduje swój „korytarz niczym w slumsie” inspirując się dzielnicą Dharavi, największą dzielnicą dla ubogich w całej Azji usytuowaną w Bombaju, dokąd  przybywają migranci w poszukiwaniu lepszych warunków życia. To rodzaj zbudowanego w pozycji pionowej gigantycznego slumsu, co prawda w miniaturze i kolorze, ale z materiałów odzyskanych w wyniku rekuperacji. Z jednej strony ten korytarz ma w nas wywołać uczucie ciasnoty a z drugiej, jest to rodzaj szacunku dla ludzi, którzy mimo tak ekstremalnych warunków potrafią sobie zorganizować życie.
Francuski fotograf Alain Bublex zainteresował się maestrią w  „sztuce radzenia sobie” fotografując budynki Delhi obwieszone kilogramami kabli, połączeń elektrycznych i przewodów wiszących byle jak i byle gdzie, chyba mało bezpiecznych, ale za to jakoś dziwnym trafem funkcjonujących…

Stosunkowo mało jest na wystawie religii, a może nawet nie ma jej wcale, z wyjątkiem może pięknego czerwonego naszyjnika z…no właśnie wydawałoby się kwiatów, tyle że Sunil Gawde, tę tradycyjną hinduską ozdobę wykonała nie ze kwiatów, ale z pomalowanych na czerwono żyletek czyniąc aluzje do zamordowanego w 1991 roku premiera Indii Rajiva Gandhiego bombą ukrytą właśnie w takim pięknym naszyjniku. Ta praca przypomina również o tym, że wojny religijne, nie tylko z Pakistanem o Kaszmir, trwają. „Proszę nie dotykać”-tytuł jaki nosi ta praca, to też często powracający w sztuce lejtmotyw, że to, co widzimy, często różni się od tego czym jest naprawdę…

Wspomnę jeszcze o znaczącym miejscu jakie na tej wystawie poświecono tzw. hijras” czyli trzeciej płci”, chodzi tu o wszelkiego rodzaju, jak powiedzielibyśmy w Europie transwestytow czy tez raczej eunuchow, których w Indiach jest ponad milion a jak twierdza niektorzy, nawet 6 milionow.  Jest to  stara kasta, którą społeczeństwo bardzo źle toleruje, narażona na codzienne szykany i przemoc.  Opowieści o okrucieństwie i bólu zadawanym przedstawicielom tej grupy wyświetlane są na przesuwającym się elektronicznym pasku i tekst ten podawany jest w języku angielskim.

Jedną z najbardziej znanych artystek młodego pokolenia w Indiach jest Shilpa Gupta, która do Paryża przywiozła nagranie wideo zatytułowane „Half widow” o problemie Kaszmiru, którego granice są przedmiotem kontestacji podziału dokonanego w 1947 roku. Artystka sama bierze udział w wideo, rzucając niczym w grze w klasy kamień na nierównomiernych rozmiarów przestrzeniach oznaczonych na betonowym podłożu. Ubrana jest w kurta, strój typowy dla Kaszmiru w kolorze białym, kolorze żałoby. W pracy tej staje się rzecznikiem kobiet, oczekujących na mężów zaangażowanych do wojny w Kaszmirze, ale o których od dawna nie było żadnej wieści.

Są też aluzje do  Bollywodu (Pierre : Gilles),  kości ludzkie przykryte czerwonym welurem (Anita Dube), indyjski football (Riyas Komu) i sześć ażurowych klatek symbolizujących „wewnętrznych wrogów” zachodniej cywilizacji (Sudarshan Shetty) czyli słabość do luksusu, złość, łakomstwo, zaślepienie, pychę i zazdrość. Jest tez ulica Bombaju (Leandro Erlich) pokazywana z okna mieszczańskiego, paryskiego wnętrza i wreszcie magazyn inoxu (Subodh Gupta). Są tez porozbijane młotkiem francuskie lustra w stylu rokoko na które przyklejono niezliczona ilość bindi, czarnych kółeczek, które noszą na czole indyjskie poślubione kobiety(Bharti Kher) , zdjęcia z paryskiej łaźni Sun City w której spotykają się homoseksualiści, co jest formalnie zabronione w Indiach(Sunil Gupta) i wreszcie dwie piękne prace Sheli Gowda –pierwsza z nich to girlandy uplecione z krowiego łajna (na pierwszym zdjęciu tego wpisu) a druga, warkocz poniżonej Draupadi, która przyrzekła sobie, że nigdy nie zwiąże swoich włosów dopóki nie umyje ich w krwi wrogów.

Praca Gowdy jest moim zdaniem rodzajem leitmotiwu paryskiej wystawy, gdyż tematyka walki kobiet hinduskich o równouprawnienie, o szacunek, o miejsce w społeczeństwie hinduskim jest moim zdaniem najbardziej widocznym i dominującym elementem tego przeglądu.