foto

foto
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy Jork. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy Jork. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 kwietnia 2015

Biegun na Manhattanie...


Moje dłuższe niż zazwyczaj milczenie na blogu wymaga wyjaśnień. Przed dwoma tygodniami wsiadłam w Paryżu do samolotu amerykańskich linii lotniczych Delta i po ośmiu godzinach bardzo przyjemnego lotu wylądowałam na lotnisku JFK w Nowym Jorku. Ameryka to nie są moje klimaty ( i tu zmieniam ton na bardziej osobisty), ale w Nowym Jorku mieszka kawałek mnie samej, ważny a może nawet najważniejszy fragment mojego życia.  Jestem więc w stanie przelecieć osiem godzin nad Atlantykiem zapuszkowana do metalowej trumny, aby nacieszyć oczy, przytulić, przegadać noc.  Ważne jest, żeby być, nie stracić się z oczu i nadal tkać, niczym pająk, sieć więzi dbając o to, aby się ona nie urwała, mimo dzielącej nas przestrzeni 6 tys. kilometrów.

Przy tej okazji, jak również poprzedzających tę podróż innych wojażach, doszłam do wniosku, że jestem, że stałam się- współczesną Biegunką z powieści Olgi Tokarczuk, nieustannie krążąc między miastami, aby spotkać się, a to z rodziną, a to przyjaciółmi. Plusem jest to, jak wiadomo, że nie grozi mi, iż zostanę złapana przez szatana-w to wierzą Bieguni! Piszę więc nadal „z drogi”,  ale za pięć dni osiadam, wsiąkam w Paryż. I będzie on już jedynym moim źródłem inspiracji, obiecuję!



Co więc widziałam, czego doświadczyłam  w Nowym Jorku? Mieszkałam po raz pierwszy w mniej turystycznej, ale legendarnej Greenwich Village, dzielnicy artystów i pisarzy i o niej więc chciałabym opowiedzieć. Po pierwsze, to dzielnica nie dla każdego,  ceny najmu i sprzedaży mieszkań są tam astronomiczne. Ale mieszkańcy bynajmniej na milionerów nie wyglądają. Sporo młodych ludzi z dziećmi, bardzo dużo młodzieży, dziwaków wszelkiego rodzaju i chyba jedynym widocznym świadectwem zamożności jest posiadanie, koniecznie rasowego, psa. My też takiego mieliśmy i prawie codziennie rano wyprowadzałam go na spacer, co było przejawem dużego zaufania jego właścicieli do mojej osoby. Pies rasy chart włoski wzbudzał ogromne zainteresowanie i gdybym była nastawiona na poznanie kogoś interesującego, to chyba miałabym duże szanse...Pies socjalizuje! Na wszystkich kontynentach!
 
Wywołujący sporo sensacji nasz "Dash"
A propos psów, to byłam też w sklepie z odzieżą dla czworonożnych przyjaciół w Greenwich Village i kubraczki, wdzianka,  sweterki nie schodzą tam poniżej 300 dolarów. Szaleństwo! Zdarza się jednak, że pies ma ekstrawaganckiego przyjaciela i wychodzi na spacer... w starej podkoszulce pana. 
A już tak na marginesie, to nigdy nie byłam w mieście na świecie, gdzie byłoby tyle czworonogów: wszystkich rozmiarów, maści i ras. Nowojorczycy kochają psy! Druga rzecz, która charakteryzuje „Wioskę” to zabudowa.  Zapomnijcie o dotykających niebo wieżowcach, bo takich, po prostu w okolicy nie ma, natomiast pełno jest eleganckich kamienic czyli townhousów, klimatycznych kafejek, galerii ze sztuką nowoczesną i księgarń, w których można zatrzymać się na kawę i croissanta, przeglądając jednocześnie nowojorskie magazyny i nowości książkowe.

Okna kuchni i living roomu wychodziły skrzyżowanie na  7-mej i 14-tej ulicy a więc z jednej strony miałam widok na nowy WTC a z drugiej w nocy błyskały się światła Times Square, ale, żeby dojść trzeba było maszerować około 20 minut. Na parterze, mieszkańców i gości witał, kłaniając się w pas i pytając z wielkim uśmiechem „How are you today”- czarny concierge. To on odbierał paczki i listy, ubranie z pralni a nawet wynosił śmieci, gdy stanęłam bezradna z dyndającym koszem w ręku. Przed mieszkaniami, prawie wszystkimi, leżała codziennie papierowa edycja New York Timesa. Prawie wszyscy sąsiedzi mieli psy, po które przychodzili w południe "wyprowadzacze". Robiliśmy zakupy, choć najcześciej jedzenie się zamawia, albo je w restauracji, w rozmaitych "organicznych" czyli biologicznych sklepikach. W Nowym Jorku można się bardzo zdrowo odżywiać, choć w restauracjach dominują hamburgery, oczywiście w wersji "organicznej".

Każdy nowojorczyk rozpoczyna dzień od picia kawy. Ten mój, zamawia specjalną, ponoć najlepszą w jakiejś spółdzielni, którą kupuje prosto od producentów i przyrządza sam, ale wszędzie, dosłownie na każdym kroku mamy bary, kawiarnie i miejsca, w których zrobią nam wielki kubek pysznej Latte. Kawę pije się cały dzień. Z kawą w wielkim kubkiem chodzi po ulicy, przy kawie się pisze, myśli, spotyka. Greenwich Village kocha kawę i kawiarnie.

Miłośnicy tanga, śpiewa Kayah
Tak więc rozpoczynałam dzień wielkim kubkiem kawy i croissantem w barze, który mieścił się na parterze domu, obserwując przechodzących ulicą mieszkańców. Nowojorczyk rano robi trzy rzeczy-pije kawę w barze, biega i wyprowadza psa na spacer. Po czym pędzi do metra do pracy. Zupełnie inaczej zachowuje się weekend, zwłaszcza w „wiosce”, bo weekend to moment całkowitego zwolnienia rytmu-brunch z przyjaciółmi w kafejce, spacer nabrzeżami Hudson River. Któregoś dnia dotarłam tam pod wieczór- tuż przed zachodem słońca. Na molu tańczyli ludzie, a tłem była...”Tabakiera” naszej Kayah, to przy dźwiękach polskiej muzyki tańczyła nowojorska bohema...Miłe nieprawdaż?

Tłumy na High Line
Nie starczyło mi czasu, ale nie miałam też wielkiej ochoty, na wizyty w muzeach, byłam natomiast w miejscu uważanym obecnie za wielką atrakcję Nowego Jorku -na High Line, niezwykle popularnej trasie spacerowej mieszkańców. Nie jest to nic innego jak tylko kopia paryskiej „Coulée verte” , ciągnącej się od dworca Lyońskiego do Bastylii, długi, ponad dwukilometrowy pas zieleni, rodzaj zawieszonego ogrodu, który powstał w miejscu, w którym niegdyś jeździły pociągi. Dziś pociągów już tam nie ma, ale trasy postanowiono nie burzyć, ale oddać ją w użytkowanie mieszkańcom. Wzdłuż tej trasy, nad samą rzeką Hudson buduje się właśnie wielkie, nowoczesne osiedle Hudson Yards i za kilka lat, ten „podniebny ogród” ciągnął się będzie wśród wyrastających na naszych oczach z ziemi drapaczy chmur. Co uczyni to ulubione miejsce spacerów nowojorczyków jeszcze bardziej atrakcyjnym. A więc zapamiętajcie i wpiszcie do kalendarza-podczas następnego pobytu w Nowym Jorku koniecznie odwiedzić  musicie High Line.

Francuskie Bruffinsy
A teraz mały akcent francuski, który mnie rozśmieszył. Otóż w jednym z barów na trasie High Line sprzedają bruffinsy faszerowane specjałami kuchni włoskiej, portugalskiej hiszpańskiej i innych a o ich zawartości świadczy flaga danego kraju. Otóż przy bruffinsach francuskich była flaga gejów. Oto jak Amerykanie postrzegają kraj na Sekwaną! 

A teraz pochwalę się! Byłam w nowojorskiej siedzibie Google’a! Ba,  nawet  zjadłam tam obiad, w jednej z darmowych stołówek jakie firma ta funduje swoim geekom. Potwierdzam, nie wiem, czy jest pracodawca na świecie, który lepiej myśli o komforcie swoich pracowników-darmowe stołowanie się, kawiarnie co 50 metrów, stoły pingpongowe, masażyści do dyspozycji, pokoje, w których można uciąć sjestę, cudowne tarasy widokowe a także-i to mnie najbardziej rozbawiło-pomieszczenie, gdzie mózgi młodych naukowców mogą odpoczywać...układając klocki Lego. Zdjęć niestety nie mam-absolutny zakaz fotografowania tych wszystkich atrakcji. Amerykański Google jest uważany za najlepszego pracodawcę na świecie-nie dziwię się...

Nowojorska siedziba Google'a
Nie sposób pisząc o Greenwich Village nie wspomnieć, że nader często można tam spotkać gejów. Nie tylko w licznych, nabrzeżnych barach, ale również podczas spacerów nad Hudson River. W zasadzie, to już nikt nawet nie reaguje widząc obejmujących się, tańczących czy też całujących się mężczyzn. Byłam też świadkiem i utrwaliłam moment podrywu...

Podrywanie "na pieska"- zwróćcie uwagę na różowy kubraczek!
Emblematy Nowego Jorku
 I tak pełna wrażeń i z lżejszym sercem wróciłam szczęśliwie do Europy...

niedziela, 18 listopada 2012

Sandy, Nowy Jork i mrożący krew w żyłach Makbet


Nie było mnie tu prawie dwa tygodnie, czas listopadowych wakacji. Przez ten czas przemierzyłam kilka tysięcy kilometrów w powietrzu i kilkadziesiąt pieszo. Po innym kontynencie. W innej strefie czasowej. Jak przestrzegali bardziej doświadczeni niż ja podróżnicy, w tamtą stronę łatwiej, powrót okazał się trudniejszy, przez wiele dni nie potrafiłam oddzielić dnia od nocy, budząc się w ciemnościach i nie mogąc na powrót zasnąć.

 Nowy Jork. Miałam go podziwiać z 47 piętra jednego z tych wieżowców, których panoramę widzimy z Brooklyn Heights, z drugiej strony rzeki East River. Kąpać się w basenie i spacerować po tarasie widokowym mieszczącym się na dachu wieżowca. Ale nieoczekiwanie, kilka dni przed odlotem, moje plany runęły w gruzy. Zniszczył je Sandy.

Na lotnisku JFK znalazłam się trzy dni po przejściu żywiołu. Przez pierwsze trzy noce ukrywaliśmy się na głębokiej amerykańskiej wsi, a raczej na zasobnym osiedlu, gdzie realizuje się „amerykański sen”, przed domami stoi po kilka opasłych samochodów-fortec, błyszczą w słońcu białe fasady domów, przed które codziennie zajeżdża pojazd objazdowych listonoszy, wkładając do każdej skrzynki gazetę popierającą kandydata Republikanów, Mitta Romneya, a których mieszkańcy już na samą myśl o Obamie wzdrygają się ze złych emocji.

Huraganowi Sandy zawdzięczam jednak, że mogłam po raz pierwszy, choć krótko, zobaczyć Boston i słynne Muzeum of Fine Arts z największymi po Paryżu zbiorami Moneta.
Ale po trzech dniach wiejskiego spokoju podmiejskim pociągiem dotarliśmy do Miasta. Zamiast wśród drapaczy chmur nowojorskiej dzielnicy Finansów, znalazłam się w najbardziej paryskiej z dzielnic nowojorskich, w Soho, tuż w pobliżu mitycznej Chinatown i Little Italy. Na śniadanie można tam w pobliskich kawiarenkach dostać croissanty, i wypić taką samą kawę jak w paryskich „brasserie”. Po ulicach Soho przemieszczają się długonogie, designersko ubrane młode pary, trzymając w ręku tomiki wierszy Whitmana.

Chinatown to najbardziej egzotyczne miejsce jakie zdarzyło mi się widzieć w życiu. Może ze względu na oczy żab patrzące na nas z każdego sklepu z rybami i nabiałem, a może ze względu na populację, jednorodną, jednojęzyczną, zamkniętą na sobie.
To, co najbardziej nas intryguje to moda na wszystko co „organic”. Jest to chyba słowo, które najczęściej podczas mojego pobytu słyszałam, słowo magiczne,  na które otwiera się portmonetka nowojorczyków. Organiczne jest jedzenie sprzedawane w luksusowych sklepach w Soho i pobliskim Greenwich Village, organiczne czyli zaprojektowane z drewna, skóry i materiałów naturalnych meble w designerskich butikach. Nawet hamburgery mogą być „organiczne”, choć wówczas rachunek za nie jest bardzo słony. Jest coś perwersyjnego w tej tendencji do recyklingu, tworzyw naturalnych i biologicznego stylu życiu, a jednocześnie do niebotycznych rozmiarów rozwiniętej motoryzacji. Ale może takie właśnie są paradoksy Ameryki?

Codziennie rano chodziłam na śniadanie do miejsca, które poleciłabym każdemu odwiedzającemu Nowy Jork, a kochającemu dobrą kawę, towarzystwo i książki. To niewielkich rozmiarów księgarnio-kawiarnia z kilkunastoma stolikami i bardzo niezwykłą dekoracją- McNally Jackson Books. Książki są wszędzie, wiszą nawet podwieszone do sufitu. Ściany tej kawiarni są pokryte tapetą pokrytą drukiem. Oczywiście nie mogłam się nie skusić, żeby nie zajrzeć na zawieszone tytuły-sama klasyka: Kerouac, Bellow…Tam się też zbiera, jak zdążyłam zauważyć, nowojorska cyganeria z Soho i całego Manhattanu, czytając bez żadnego pośpiechu dobre książki, codzienną prasę i magazyny dosłownie na każdy temat związane ze sztuką i literaturą. To miejsce, z którego nie chce się wychodzić.






Przyznam się, że zupełnie nieśpiesznie włóczyłam się tym razem i ja. Nieturystycznie, bo nie dotarłam ani do Momy, ani do metropolitańskiego Muzeum sztuki. Wyprawiłam się natomiast do Brooklynu, gdzie w Williamsburgu i Buschwicku skupia się dziś młode życie artystyczne miasta. Oraz do Queensu, gdzie chyba nie tak dawno otwarte zostało muzeum ruszającego się obrazu „Mowing Image” i gdzie można zobaczyć na przykład takie cudeńka jak stare kamery, wraz z wyjaśnieniem ich działania, którymi filmy kręcił Hitchcock, albo w których grała Audrey Hebpurn. A propos Audrey Hebpurn, to nie mogłam się oczywiście nie skusić na obejrzenie, po raz pierwszy, domu w którym powstała mityczna już dziś powieść „śniadanie u Tiffanyego” czyli gdzie mieszkała moja imienniczka Holly. Nie ma tam żadnej tabliczki, żadnej informacji o tym wydarzeniu. Toteż, gdy przez pomyłkę robiłam zdjęcia sąsiedniej klatce, przez zamknięte okno, nieznana mi kobieta, pokazała palcem, ten właściwy, sąsiedni dom. Wiem, nie byłam pierwsza, która postanowiła to przesławne miejsce odwiedzić.



Ale punktem kulminacyjnym całej mojej eskapady było  wydarzenie teatralne, o którym trąbi cała nowojorska prasa. Zacznę może od tego, że przygotowano mi, jako teatralnemu fanowi, wielką niespodziankę. Miałam się stawić o godzinie 23.30, a więc tuż przed północą, pod wskazanym mi wcześniej adresem na 27 ulicy, w starych opuszczonych magazynach  przekształconych na tę okazję w hotel o intrygującej nazwie Mc Kittrick,  w wygodnych butach i koniecznie nie na szpilkach! Miało się dziać!

Przed budynkiem czekała już pokaźna grupa ludzi. Wpuszczano pojedynczo. Wchodziło się do mrocznego pomieszczenia w którym mieściła się szatnia. Należało w niej pozostawić ubrania, torby, telefony-słowem wszystkie przedmioty osobiste w zamian wręczano wenecjańską karnawałową maskę, którą należało założyć na twarz i do końca przedstawienia nie zdejmować, a ponadto nie mówić, ani jednego słowa do końca wydarzenia, które miało się zakończyć około drugiej nad ranem.

Następnie przechodząc kilkaset metrów ciemnym korytarzem-labiryntem wchodziło się w przestrzeń przypominającą dom zamieszkały przez duchy. Na sześciu piętrach domu, w kilkunastu przestrzennych pomieszczeniach, na każdym piętrze, rozgrywała się tragedia Makbeta, którą widzowie mogli dowolnie śledzić przemieszczając się po piętrach, pokojach, sypialniach i knajpach hotelu Mc Kittrick pośród imponującej dekoracji starych mebli, wypchanych zwierząt, sal biesiadnych i lasu. Nie wiem, jak to funkcjonowało, że wędrując właściwie bez przerwy spotykaliśmy się wszyscy razem na najważniejszych scenach sztuki Szekspira. Czasem przysiadało się na chwilę obok rozgrywającego scenę z ciężarną żoną Makdufa, aby w chwilę później popędzić za przemykającą przez pokój w ciemnościach zakrwawioną Lady Makbet.


                          Scena z przedstawienia "Sleep no more" Zdjęcie: Ben Brantley

Kilkanaście sal, w których rozgrywa się akcja to pracownie wypychania zwierząt, nocne bary, sale balowe, mroczne korytarze, sale szpitalne- świadectwa nocnego, mrocznego życia w upadłej dzielnicy. Były też obrazy makabrycznej orgii, na którą trafiało się podczas pogoni  w dół i w górę, po schodach, w zakątki takie na przykład jak dziecięca ochronka, z kilkunastoma dziecięcymi łóżeczkami z ubiegłego wieku oraz towarzyszącymi tej instytucji rekwizytami, starymi nocnikami czy pachnącymi mocno naftaliną ubrankami dzieci. Była też chatka czarownic, w której nas zamykano, aby wyjawić tajemnice przekazane nieszczęśliwemu Makbetowi.

Podczas przedstawienia nie padło ani jedno słowo. Sytuacje opisywane były gestem, ruchem, dekoracją, dotykiem-przy pomocy wszystkich zmysłów…Używano minimalnego oświetlenia, co jeszcze bardziej pomagało nam wchodzić w klimat sztuki Szekspira. Natomiast klimat podtrzymywała wprowadzająca nas w ten niezwykły nastrój muzyka. Ponoć taka sama, której używał w swoich thrillerach Hitchcock.

Czym był ten dziwny teatr? Rodzajem performancu-na pewno, ale czym jeszcze? Złamane zostały wszystkie zasady obowiązujące w tradycyjnym teatrze, nie było ani określonego miejsca akcji, ani krzeseł, ani widowni. Przedstawienia nie można było oglądać w całości, a jedynie w poszarpanych fragmentach. I czy ubrani w te karnawałowe maski nie przekształciliśmy się z widzów w ciekawskich- „podglądaczy”? podpatrując toczące się na naszych oczach życie? Czym była podejrzana przyjemność oglądania mrożących krew w żyłach scen nagich, bezwstydnie kąpiących się w wannie, zabrudzonych krwią małżonków ze sztuki Szekspira?

Scena z przedstawienia "Sleep no more" Zdjęcie: Ben Brantley

Gdy Makbet w końcowej scenie zawisa na szubienicy, widzowie instynktownie wychodzą z sali przechodząc do…jazzowego klubu z lat 30-tych (okresu z którego pochodzą dekoracje) z murzynką o pięknym głosie, wielkim biuście i cudownym głosie przy mikrofonie, rozklekotanym pianinem i szczerzącym zęby do publiczności kontrabasistą. Tak rozpoczęła się trwająca do świtu zabawa.

To był mój ostatni wieczór w Nowym Jorku, rodzaj pożegnania z miastem. Przejeżdżaliśmy już prawie nad ranem do naszego hotelu na Soho mijając po drodze dziesiątki nocnych klubów, z tłumami młodzieży przed każdym z nich. To miasto, chyba nigdy nie śpi...






poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Jak zdradzałam Paryż...

Z Paryżem nigdy się nie rozstajemy, a jeśli już, to tylko wówczas, gdy zaistnieje konieczność rodzinna,  zawodowa i właściwie tylko po to, żeby gdzieś daleko, powiedzieć sobie po cichutku, tak, aby nikt nie usłyszał, że „ nie ma piękniejszego miejsca na świecie niż...”. Zgodzicie się ze mną, nieprawdaż?

I w takim oto nastroju wsiadłam przed kilkunastoma dniami w samolot linii United Airlines, aby spędzić kilka przymusowych (obowiązki rodzinne) dni w Nowym Jorku. Niczego sobie po tej podróży nie obiecywałam, będąc raczej w strachu, jak zniosę ośmiogodzinną podróż samolotem, zmianę czasu i klimatu(zanosiło się na spore upały) i czekające mnie przez kilka dni, intensywne maszerowanie po hałaśliwym mieście. Po moim ostatnim pobycie przed sześcioma laty pozostały mi w pamięci jedynie niezwykle przyjemne wspomnienia „Seattle café” czyli  baru przy Times Square, gdzie podawano najlepsze śniadanie na świecie i mniej przyjemne- zaliczania przez 9 dni wszystkich turystycznych obiektów, jakimi to miasto dysponowało. Ale żadnego zachwytu, ani oczarowania Wielkim Jabłkiem nie doznałam.

A więc „ab ovo”. Podróż okazała się dużo przyjemniejsza niż się spodziewałam. Przede wszystkim nadrobiłam  zaległości filmowe począwszy od „Artysty”, „ Mojego tygodnia z Marylin” a na „Amelie Poulain” skończywszy (jak widać, ciągle jeszcze psychicznie tkwiłam w Europie, więcej- na Montmartrze…), ostatnie dwie godziny podróży upłynęły mi na czytaniu, a właściwie doczytywaniu „Niepraktycznego przewodnika” po Nowym Jorku Kamily Sławinskiej, który pochłonął mnie całkowicie. Nie ma w nim właściwie żadnych adresów, godzin otwarcia muzeów, miejsc, do których trzeba się koniecznie udać, a czyta się tę książkę z wypiekami na twarzy,  jak fascynującą opowieść o ludziach, o podskórnym życiu miasta, tętniącym, dynamicznym, takim, w którym można się zakochać od pierwszego wejrzenia. Jest to bez wątpienia najlepszy przewodnik jaki kiedykolwiek czytałam! Szkoda, że brakuje mi talentu, aby podobny napisać o Paryżu, bo przydałby się, naprawdę! I tak pełna obrazów Nowego Jorku z książki pani Sławińskiej i zaopatrzona w kilka adresów przez nią sugerowanych, wylądowałam na lotnisku Newark po ośmiu godzinach lotu.

Znalezieniu się na innym kontynencie towarzyszy zawsze jakieś bardzo dziwne uczucie zagubienia,  podświadome może odczucie, że nasz dom jest bardzo, bardzo daleko, gdzieś pod drugiej stronie Oceanu. Podróż na Manhattan trwa może z pół godziny, ale gdy pojawiają się przed naszymi oczami pierwsze widoki drapaczy chmur, pierwsze doskonale nam znane obrazy Nowego Jorku, dech zapiera nam w piersiach. To tak jakby po wielu latach małżeństwa zaczynał nas podrywać jakiś przystojny mężczyzna, a my byśmy się  wahali, czy wolno nam z nim zgrzeszyć? 

I zgrzeszyłam. Chociaż bardzo długo próbowałam się bronić. Mężczyzna okazał się nie do odparcia. Nie wiem, czy spowodowała to książka Kamily Sławińskiej, pora roku sprzyjająca zakochaniu(przecudownie na każdym kroku kwitły drzewa owocowe) czy też po prostu samo miasto jest tak pełne wdzięku i urody, że stajemy się bezbronni, dość, że udało mu się mnie uwieść…
Jak podkreślała wielokrotnie autorka niepraktycznego przewodnika, każdy ma Nowy Jork taki na jaki zasługuje, co należałoby chyba rozumieć, że miasto odsłoni nam tylko tyle, ile my sami mu damy, lektur, pasji, własnych przeżyć.

Mój Nowy Jork, to miasto fotografów, o Dianie Arbus i Berenice Abbott pisałam nie tak dawno. To ich oczami oglądałam każdy skwer, róg ulicy spacerując po Central Parku, dzielnicami Manhattanu: Soho, Greenwich Village,  East Village, Midtown czy Theatre District. Tym razem, żadnych muzeów, żadnych obowiązkowych wizyt (no, może z wyjątkiem Brooklyn Museum, połączonym ze spacerem po dzielnicy), ale przyglądanie się twarzom ludzi, słuchanie akcentów, wąchanie  zapachów ulicy i przewracanie oczami za błyszczącymi w słońcu barwnymi ciężarówkami.

Może po raz pierwszy czułam, że to miasto nie ma żadnych kompleksów, ani wobec Paryża, ani wobec żadnego innego miasta na świecie. Jest jak nieskończenie piękna kobieta, pewna siebie, od której nie sposób odwrócić wzroku.

Nie mogłam się wyzwolić od Diany Arbus, szukałam jej „freaks”, jej dziwaków, tak jakbym miała nadzieję, że ujrzę ich gdzieś na rogu ulicy, w miejscach, w których ona bywała. Gdy weszliśmy w okolice Strawberry Fields, fragmencie Central Parku, z wmurowaną tablicą „Imagine” poświęconą Johnowi Lennonowi, spostrzegłam siedzącą na ławce ubraną w robione na drutach stroje niemłodą już kobietę…popychała przed sobą wózek. Przyglądałam jej się dość długo, gdy nagłe towarzysząca mi młoda osoba zapytała „Czy wiesz, że w tym wózku nie ma dziecka? Nie, nie wiedziałam.  „Tam śpi kot…”Nie sposób było odejść nie zamieniając z nią przynajmniej kilku zdań, tak bardzo wydawała mi się wyrosła ze świata Diany.  Na rozstanie zdjęła z ręki własnoręcznie utkany wełniany łańcuszek…podarowała jak talizman, na drogę…Kim była ta kobieta, kim był kot?



Nie sposób nie zauważyć ludzkiego kłębowiska na Union Square, po pierwsze rozlokowali się tam „Oburzeni”, ciągle są, udzielają wywiadów, tłumaczą przechodniom i już sama ich obecność powoduje, że Wall Street już nie jest tak jakby tak arogancka, jak kiedyś . Może właśnie w Nowym Jorku ruch ten stał się najbardziej aktywny. Roi się też od kręcących się wokół przeuroczych, kolorowych dziwaków, tworzących klimat miasta, w którym wszystko jest dozwolone, gdzie nie ma obowiązującego „dress codu” a nawet w najelegantszych dzielnicach (co w Paryżu jest nie do pomyślenia) można beztrosko chodzić w zwykłych klapkach…

Księgarnia "Strand", o której tyle słyszałam, to świat sam w sobie. Na kilku piętrach można właściwie znaleźć wszystko, wystarczy zwrócić się do dyżurującego przy wejściu księgarza i nasza długa lista zamieni się w kilkanaście małych karteczek, na których widnieje autor, tytuł, cena i miejsce, gdzie trzeba szukać.

Nie sposób wyjść u pustymi rękoma. I mnie też się nie udało. Jak na razie wsiąknęłam w pierwszą nowojorską pozycję, klasyka, którą pewnie wszyscy doskonale znają. Dla mnie, jest to niezwykłe odkrycie: Betty Smith „ Drzewo rośnie w Brooklynie” . To opowieść o dorastaniu i  o rodzinie Francie Nolan. Podzielę się fragmencikiem tej przepięknej książki w moim tłumaczeniu. Akcja toczy się w dniu narodzin małej Francie.
-„Mamo-(pyta Katie, matka nowonarodzonej Francie swojej nie potrafiącej czytać matki) jestem młoda, mam zaledwie osiemnaście lat, jestem silna, będę ciężko pracować. Ale nie chcę, aby moje dziecko dorastało tylko po to, aby tak ciężko harować Co mam uczynić mamo, co mam zrobić, aby mogła ona żyć w innym świecie? Od czego zacząć?”
„ Sekret kryje się w czytaniu i pisaniu.”-odpowiada matka „W umiejętności czytania. Każdego dnia musisz przeczytać swojemu dziecku jedną stronę z  kilku dobrych książek. Musisz czytać każdego dnia, dopóki nie nauczy się czytać sama. Następnie, to ona musi czytać każdego dnia, ja to wiem, na tym właśnie polega sekret”
„Będę czytać” obiecuje Katie. „A jakie są te dobre książki?”
„Są dwie wielkie książki. Shakespeare jest wielką książką. Słyszałam, jak ktoś mówił, że kryją się w niej wszystkie cuda życia, wszystko, czego człowiek może dowiedzieć się o pięknie, wszystko co powinien wiedzieć o mądrości i życiu są ukryte na jej stronach. Mówi się, że  te historie, to są dramaty, które wystawia się na scenie. Ale ja jeszcze nigdy nie rozmawiałam z nikim, kto by widział te wielkie rzeczy”. (…)
-„A ta inna wielka książka”?
-„To jest Biblia, którą czytają protestanci”(…)
„Ale my katolicy, mamy przecież naszą własną Biblię”
Mary rozejrzała się ukradkiem wokół siebie. „Nie przystoi katolikowi tak mówić, ale ja wierzę, że biblia protestancka ma więcej uroku w opowiadaniu o największych wydarzeniach na ziemi i poza nią. Pewien znajomy protestant kiedyś mi jej fragment przeczytał i tam właśnie znalazłam to, o czym ci mówię(..) I każdego dnia musisz czytać stronę każdej z nich Twojemu dziecku”…

Spacerowałam po Brooklynie i w uszach dzwoniły mi słowa babci małej Francie.

I jeszcze jedno, nie sposób nie pokochać miasta wielbiącego czworonogi. Są one obecne na każdym rogu, na każdym skraju trawnika-wypieszczone, zadbane, szczęśliwe-tak jak ludzie?




No, ale czas wracać do Paryża, niczym do zdradzonego pod wpływem silnego zauroczenia męża. A żeby znów wkraść się w jego łaski, obiecuję dużo, dużo o nim pisać…Następny wpis będzie o szalonym trzech dniach w Paryżu spędzonych z pewną młodą damą...