foto

foto
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 listopada 2012

Sandy, Nowy Jork i mrożący krew w żyłach Makbet


Nie było mnie tu prawie dwa tygodnie, czas listopadowych wakacji. Przez ten czas przemierzyłam kilka tysięcy kilometrów w powietrzu i kilkadziesiąt pieszo. Po innym kontynencie. W innej strefie czasowej. Jak przestrzegali bardziej doświadczeni niż ja podróżnicy, w tamtą stronę łatwiej, powrót okazał się trudniejszy, przez wiele dni nie potrafiłam oddzielić dnia od nocy, budząc się w ciemnościach i nie mogąc na powrót zasnąć.

 Nowy Jork. Miałam go podziwiać z 47 piętra jednego z tych wieżowców, których panoramę widzimy z Brooklyn Heights, z drugiej strony rzeki East River. Kąpać się w basenie i spacerować po tarasie widokowym mieszczącym się na dachu wieżowca. Ale nieoczekiwanie, kilka dni przed odlotem, moje plany runęły w gruzy. Zniszczył je Sandy.

Na lotnisku JFK znalazłam się trzy dni po przejściu żywiołu. Przez pierwsze trzy noce ukrywaliśmy się na głębokiej amerykańskiej wsi, a raczej na zasobnym osiedlu, gdzie realizuje się „amerykański sen”, przed domami stoi po kilka opasłych samochodów-fortec, błyszczą w słońcu białe fasady domów, przed które codziennie zajeżdża pojazd objazdowych listonoszy, wkładając do każdej skrzynki gazetę popierającą kandydata Republikanów, Mitta Romneya, a których mieszkańcy już na samą myśl o Obamie wzdrygają się ze złych emocji.

Huraganowi Sandy zawdzięczam jednak, że mogłam po raz pierwszy, choć krótko, zobaczyć Boston i słynne Muzeum of Fine Arts z największymi po Paryżu zbiorami Moneta.
Ale po trzech dniach wiejskiego spokoju podmiejskim pociągiem dotarliśmy do Miasta. Zamiast wśród drapaczy chmur nowojorskiej dzielnicy Finansów, znalazłam się w najbardziej paryskiej z dzielnic nowojorskich, w Soho, tuż w pobliżu mitycznej Chinatown i Little Italy. Na śniadanie można tam w pobliskich kawiarenkach dostać croissanty, i wypić taką samą kawę jak w paryskich „brasserie”. Po ulicach Soho przemieszczają się długonogie, designersko ubrane młode pary, trzymając w ręku tomiki wierszy Whitmana.

Chinatown to najbardziej egzotyczne miejsce jakie zdarzyło mi się widzieć w życiu. Może ze względu na oczy żab patrzące na nas z każdego sklepu z rybami i nabiałem, a może ze względu na populację, jednorodną, jednojęzyczną, zamkniętą na sobie.
To, co najbardziej nas intryguje to moda na wszystko co „organic”. Jest to chyba słowo, które najczęściej podczas mojego pobytu słyszałam, słowo magiczne,  na które otwiera się portmonetka nowojorczyków. Organiczne jest jedzenie sprzedawane w luksusowych sklepach w Soho i pobliskim Greenwich Village, organiczne czyli zaprojektowane z drewna, skóry i materiałów naturalnych meble w designerskich butikach. Nawet hamburgery mogą być „organiczne”, choć wówczas rachunek za nie jest bardzo słony. Jest coś perwersyjnego w tej tendencji do recyklingu, tworzyw naturalnych i biologicznego stylu życiu, a jednocześnie do niebotycznych rozmiarów rozwiniętej motoryzacji. Ale może takie właśnie są paradoksy Ameryki?

Codziennie rano chodziłam na śniadanie do miejsca, które poleciłabym każdemu odwiedzającemu Nowy Jork, a kochającemu dobrą kawę, towarzystwo i książki. To niewielkich rozmiarów księgarnio-kawiarnia z kilkunastoma stolikami i bardzo niezwykłą dekoracją- McNally Jackson Books. Książki są wszędzie, wiszą nawet podwieszone do sufitu. Ściany tej kawiarni są pokryte tapetą pokrytą drukiem. Oczywiście nie mogłam się nie skusić, żeby nie zajrzeć na zawieszone tytuły-sama klasyka: Kerouac, Bellow…Tam się też zbiera, jak zdążyłam zauważyć, nowojorska cyganeria z Soho i całego Manhattanu, czytając bez żadnego pośpiechu dobre książki, codzienną prasę i magazyny dosłownie na każdy temat związane ze sztuką i literaturą. To miejsce, z którego nie chce się wychodzić.






Przyznam się, że zupełnie nieśpiesznie włóczyłam się tym razem i ja. Nieturystycznie, bo nie dotarłam ani do Momy, ani do metropolitańskiego Muzeum sztuki. Wyprawiłam się natomiast do Brooklynu, gdzie w Williamsburgu i Buschwicku skupia się dziś młode życie artystyczne miasta. Oraz do Queensu, gdzie chyba nie tak dawno otwarte zostało muzeum ruszającego się obrazu „Mowing Image” i gdzie można zobaczyć na przykład takie cudeńka jak stare kamery, wraz z wyjaśnieniem ich działania, którymi filmy kręcił Hitchcock, albo w których grała Audrey Hebpurn. A propos Audrey Hebpurn, to nie mogłam się oczywiście nie skusić na obejrzenie, po raz pierwszy, domu w którym powstała mityczna już dziś powieść „śniadanie u Tiffanyego” czyli gdzie mieszkała moja imienniczka Holly. Nie ma tam żadnej tabliczki, żadnej informacji o tym wydarzeniu. Toteż, gdy przez pomyłkę robiłam zdjęcia sąsiedniej klatce, przez zamknięte okno, nieznana mi kobieta, pokazała palcem, ten właściwy, sąsiedni dom. Wiem, nie byłam pierwsza, która postanowiła to przesławne miejsce odwiedzić.



Ale punktem kulminacyjnym całej mojej eskapady było  wydarzenie teatralne, o którym trąbi cała nowojorska prasa. Zacznę może od tego, że przygotowano mi, jako teatralnemu fanowi, wielką niespodziankę. Miałam się stawić o godzinie 23.30, a więc tuż przed północą, pod wskazanym mi wcześniej adresem na 27 ulicy, w starych opuszczonych magazynach  przekształconych na tę okazję w hotel o intrygującej nazwie Mc Kittrick,  w wygodnych butach i koniecznie nie na szpilkach! Miało się dziać!

Przed budynkiem czekała już pokaźna grupa ludzi. Wpuszczano pojedynczo. Wchodziło się do mrocznego pomieszczenia w którym mieściła się szatnia. Należało w niej pozostawić ubrania, torby, telefony-słowem wszystkie przedmioty osobiste w zamian wręczano wenecjańską karnawałową maskę, którą należało założyć na twarz i do końca przedstawienia nie zdejmować, a ponadto nie mówić, ani jednego słowa do końca wydarzenia, które miało się zakończyć około drugiej nad ranem.

Następnie przechodząc kilkaset metrów ciemnym korytarzem-labiryntem wchodziło się w przestrzeń przypominającą dom zamieszkały przez duchy. Na sześciu piętrach domu, w kilkunastu przestrzennych pomieszczeniach, na każdym piętrze, rozgrywała się tragedia Makbeta, którą widzowie mogli dowolnie śledzić przemieszczając się po piętrach, pokojach, sypialniach i knajpach hotelu Mc Kittrick pośród imponującej dekoracji starych mebli, wypchanych zwierząt, sal biesiadnych i lasu. Nie wiem, jak to funkcjonowało, że wędrując właściwie bez przerwy spotykaliśmy się wszyscy razem na najważniejszych scenach sztuki Szekspira. Czasem przysiadało się na chwilę obok rozgrywającego scenę z ciężarną żoną Makdufa, aby w chwilę później popędzić za przemykającą przez pokój w ciemnościach zakrwawioną Lady Makbet.


                          Scena z przedstawienia "Sleep no more" Zdjęcie: Ben Brantley

Kilkanaście sal, w których rozgrywa się akcja to pracownie wypychania zwierząt, nocne bary, sale balowe, mroczne korytarze, sale szpitalne- świadectwa nocnego, mrocznego życia w upadłej dzielnicy. Były też obrazy makabrycznej orgii, na którą trafiało się podczas pogoni  w dół i w górę, po schodach, w zakątki takie na przykład jak dziecięca ochronka, z kilkunastoma dziecięcymi łóżeczkami z ubiegłego wieku oraz towarzyszącymi tej instytucji rekwizytami, starymi nocnikami czy pachnącymi mocno naftaliną ubrankami dzieci. Była też chatka czarownic, w której nas zamykano, aby wyjawić tajemnice przekazane nieszczęśliwemu Makbetowi.

Podczas przedstawienia nie padło ani jedno słowo. Sytuacje opisywane były gestem, ruchem, dekoracją, dotykiem-przy pomocy wszystkich zmysłów…Używano minimalnego oświetlenia, co jeszcze bardziej pomagało nam wchodzić w klimat sztuki Szekspira. Natomiast klimat podtrzymywała wprowadzająca nas w ten niezwykły nastrój muzyka. Ponoć taka sama, której używał w swoich thrillerach Hitchcock.

Czym był ten dziwny teatr? Rodzajem performancu-na pewno, ale czym jeszcze? Złamane zostały wszystkie zasady obowiązujące w tradycyjnym teatrze, nie było ani określonego miejsca akcji, ani krzeseł, ani widowni. Przedstawienia nie można było oglądać w całości, a jedynie w poszarpanych fragmentach. I czy ubrani w te karnawałowe maski nie przekształciliśmy się z widzów w ciekawskich- „podglądaczy”? podpatrując toczące się na naszych oczach życie? Czym była podejrzana przyjemność oglądania mrożących krew w żyłach scen nagich, bezwstydnie kąpiących się w wannie, zabrudzonych krwią małżonków ze sztuki Szekspira?

Scena z przedstawienia "Sleep no more" Zdjęcie: Ben Brantley

Gdy Makbet w końcowej scenie zawisa na szubienicy, widzowie instynktownie wychodzą z sali przechodząc do…jazzowego klubu z lat 30-tych (okresu z którego pochodzą dekoracje) z murzynką o pięknym głosie, wielkim biuście i cudownym głosie przy mikrofonie, rozklekotanym pianinem i szczerzącym zęby do publiczności kontrabasistą. Tak rozpoczęła się trwająca do świtu zabawa.

To był mój ostatni wieczór w Nowym Jorku, rodzaj pożegnania z miastem. Przejeżdżaliśmy już prawie nad ranem do naszego hotelu na Soho mijając po drodze dziesiątki nocnych klubów, z tłumami młodzieży przed każdym z nich. To miasto, chyba nigdy nie śpi...






czwartek, 13 października 2011

Beauvais



Na malutkim placyku przy Porte Maillot stał już spory tłumek. Za chwilę otworzyła się barierka i ruszyliśmy szybkim krokiem w stronę autobusów. Na pierwszym z nich napis „Pisa”.  Pytam kierowcę, czy jedzie do Beauvais. Uprzejmie przytakuje. W autobusie przysiada się do mnie mężczyzna, ma może 30-35 lat, ani ja ani on nie mamy ochoty na rozmowę. Dopiero po kilkunastu minutach pyta, jak daleko na lotnisko. Leci do Pizy,  mieszka we Florencji. Nie znosi tanich linii. Opowiada o podróżach, o koncertach o muzyce, pyta o Polskę. Słyszał, że zamachu na naszego prezydenta dokonały firmy farmaceutyczne, bo nasza minister nie chciała za miliardy kupić szczepionek. Czy to prawda? Uśmiecham się, bo nawet nie wiem jak wytłumaczyć mu absurdalność takiej tezy. Nie, nie gra na żadnym instrumencie, komponuje muzykę współczesną, ale nie we Włoszech, które zeszły na psy pod Berlusconim. Dalsza rozmowa dotyczy sytuacji kultury w Europie, polityki,  Grecji, rozmowa staje się coraz bardziej pasjonująca. Rozstajemy się na lotnisku, każdy idzie w swoją stronę, wymieniamy się wizytówkami.

Dalsza część podróży upłynie mi w towarzystwie przeuroczej młodej studentki architektury z Wrocławia, która po dwóch tygodniach wraca do domu. Była w Budapeszcie, Florencji i Paryżu, bilety zdobyła za niewielkie pieniądze. Nie więcej niż 15 euro za bilet. Opowiadam jej o Paryżu, ona o swoich pasjach- fotografice,  malowaniu i grze w brydża. Samolot bardzo łagodnie kładzie się na płycie wrocławskiego lotniska. Sympatyczna,  polska obsługa serdecznie nas żegna a ja tradycyjnie już chwalę pilotów za mistrzowskie lądowanie.

To już w tym roku mój siódmy lot tanimi liniami. Nigdy wcześniej nimi nie latałam. Moja druga połowa oburzała się już na sam pomysł dojeżdżania do Beauvais, położonego 77 kilometrów  od Paryża, podczas gdy do Charles de Gaulle tylko dwadzieścia minut. W maju poleciałam po raz pierwszy sama. Beauvais-to zupełnie inny świat, młodszy, dużo młodszy i zdecydowanie  ciekawszy. Wsiadając do samolotu znałam już całą grupkę osób (poznanych po drodze w autokarze), które podobnie jak ja zamierzały w Warszawie spędzić tylko weekend, ktoś mieszka w Paryżu, ale studiuje w Warszawie, ktoś ma w Polsce firmę, ale mieszka w Podkowie Leśnej, młoda Francuzka leci odwiedzić ojca. W piątkowy ranek żegnaliśmy się i umawialiśmy  o piątej rano w poniedziałek na powrót.

Ostatnio z Warszawy leciałam z ekscentrycznie ubraną seksowną blondynką. Jechała po raz pierwszy do stolicy Francji, podekscytowana wszystkim tym, co czekało ją w mieście świateł. Nie mówiła słowa po francusku, jak zresztą większość pozostałych napotkanych przypadkowo towarzyszy podróży. Wsadziłam ją na Porte Maillot do taksówki, upewniając się wcześniej, że zapłaci 15 a nie 200 euro, jak ja przestrzegali znajomi. Poznałam również parę młodych dziewczyn wybierających się  na paryski tydzień mody. Porównywałam ich Paryż, wyidealizowany, wymarzony i ten mój, codzienny. Taki sam czy też inny?


Z samolotu szybka przesiadka do autobusu. Ta godzinna podróż do miasta mi już nie przeszkadza. Tak jak po latach fascynacji fast foodami przerzuciliśmy sie na  slow food-powolne jedzenie, tak po latach przenoszenia się jak najdalej i jak najszybciej cieszy mnie, długa, nieśpieszna podróż. Tanimi liniami nie latają zestresowani managerowie, liczący każdą minutę ludzie biznesu, ale Ci, którzy mają czas, a podróż jest dla nich rodzajem święta.

 Z Wrocławia wracałam z parą studentów z Gdańska,  mieli już zarezerwowane w Paryżu noclegi w ramach coachsurfingu. Po raz pierwszy lecieli gdzieś razem, zakochani. Pani mieszka w Paryżu? Gdy potwierdzam, iskrzą im się oczy. Ciekawa jestem jak spodoba im się miasto, czy nie wrócą rozczarowani…Dla siedzącej obok mnie wrocławianki w dojrzałym wieku to pierwszy lot w życiu . Ściska w reku aparat fotograficzny, ale za oknem tylko chmury. Na lotnisku miał na nią czekac mąż, przed kilkoma miesiącami znalazł pracę we Francji. 

Lubię podróżować tanimi liniami, wsłuchuję się w hałas podniesionych głosów młodzieży,  brawa przy lądowaniu, 32 kilogramy bagażu, w którym mogę przewieźć nareszcie niegraniczoną (no może przesadzam…) ilość książek i wreszcie to malutkie kameralne lotnisko w Beauvais, które w niczym nie przypomina mastodontycznego de Gaulle’a. Kawę z croissantem wypitą przed świtem i nieoczekiwane spotkania z przypadkowymi podróżnymi i  blask w oczach tych, którzy po raz pierwszy widzą wyłaniające się z oddali najpiękniejsze miasto na świecie.