Nic
chyba nie sprawia mi większej przyjemności niż niespodziewany mail czy też telefon od znajomych z zapowiedzią…„przyjeżdżam
do Paryża, będziesz?” albo, czy mogę do Ciebie wpaść na ….i tu pada liczba dni,
które ktoś hojnie przewidział na odwiedziny a przy okazji zwiedzanie miasta. To zawsze
wielka radość, bo oznacza, że nie tylko spotkam się z kimś
bliskim, ale także, że będę
miała okazję wymęczenia mojego gościa spacerami po
« moim Paryżu », pokazania tajemniczych miejsc, zakątków, zaprowadzenia
do ulubionych muzeów, podzielenia się najlepszymi adresami restauracji…słowem, spędzę
kilka pasjonujących dni. Każdy przywozi bowiem ze sobą swój świat, swoje
pasje i swoją wizję miasta. Łakomczuchy zamawiają prawie zawsze żabie łódka i
ślimaki(toteż znajomy sprzedawca pyta mnie już przy każdej okazji ”no to kto tym razem
Panią odwiedza?”), marzyciele szukają miejsc oryginalnych, ogrodnicy-parków.
Ja
natomiast staram się przygotować każdemu gościowi program.Uwielbiam to! Przekopuję
wówczas magazyny Pariscoop i Figaroscoop, wertuję specjalistyczne przewodniki, kupuję bilety do teatru
i na wystawy- słowem staram się, aby mój gość się w tym
mieście zakochał . I z reguły cel osiągam, a moje programy
„na rozmiar” sprawdzają, choć miałam też i małe
wpadki. Znajomej, która buduje Muzeum Żydów w Warszawie przygotowałam intensywny program związany
z kulturą żydowską w Paryżu (to oczywiste, nieprawdaż?) - Marais,
synagogi, pomnik Shoah, etc. a ona, tuż po przekroczeniu progu mojego mieszkania oświadczyła „ależ ja przecież
przyjechałam na wakacje, nie do pracy!” i cały mój program diabli wzięli, pokazywałam jej natomiast Paryż wielokulturowy,
Barbes i okolice a tam, jak się okazało, jeszcze nigdy nie była. Tak więc nieustraszona w moich przedsięwzięciach i nigdy nie zrażona porażkami, dowiedziałam
się przed paroma tygodniami, że odwiedzi mnie młoda dama studiująca w Warszawie
historię sztuki. Sam miód! Łatwizna! Paris Fair Art? Wspaniale! Wystawy
czasowe! Jak najbardziej! Galerie? Marzenie…
Piątek,
godzina 17.00 Porte Maillot. Mój gość wysiada z mocno spóźnionego autobusu.
Pierwszy raz w Paryżu. A więc do domu pójdziemy pieszo, to raptem 15 minut, a
pogoda piękna. Walizka zostaje w domu.
No tak, i od czego tu zacząć. Montmartre? I już pięć minut później jesteśmy w
metrze niebieskim „2”. Przystanek- Anvers skąd zaczynamy wspinać się w górę.
Przemykamy wąskimi uliczkami, podziwiając prace twórców streetartu. Plac Tertre tonie w słońcu, na schodach Bazyliki Sacre Coeur tłumy rozbawionej młodzież, panorama
miasta osnuta lekką mgłą. Robimy zdjęcia przy spadających gdzieś w dół schodach. I
zejście do metra na Placu Pigalle. Wszędzie tłumy, gęsty tłum przez który
trudno się przecisnąć. Ale czasu mało. Metrem dojeżdżamy do Grand Palais, w
którym przez cztery dni trwają jedne z największych w Europie targów sztuki.
120 galerii z całej Europy przywozi swoje najcenniejsze eksponaty.
Taka
rozmaitość kierunków, materii, kolorów i form, że trudno się we wszystkim
połapać, ale dostrzegłyśmy zdecydowaną tendecję do kiczu i pop-artu, a także do ich bardziej wyrafinowanej, ironicznej, żartobliwej formy campu, bo czyż nie jest nim to co widzicie na zdjęciach?
Grand
Palais opuściłyśmy już prawie po zamknięciu czyli po 22h., ale starczyło nam
jeszcze siły, aby przejść spacerkiem z placu Concorde do piramid Luwru. Był
piękny ciepły, łagodny wieczór. W jednym z korytarzy Luwru wiodących do Pałacu
Królewskiego (Palais Royal) rozchodził się cudowny dźwięk saksofonu…to jakiś
widocznie nie potrafiący odnaleźć snu artysta zabłąkał się w okolicy. Żółte,
ciepłe światło dopełniało reszty…Ale trzeba było wracać do domu, odchodziło
ostatnie metro…a my byłyśmy na naszych „ostatnich” nogach…
Jedna z "par" na wystawie Matisse'a
Słynny slogan polityczny powstały w Mozambiku w walce o niepodległość, wykorzystany w maju 1968 roku przez studentów paryskich
"Słowa są czynami"-Eric Michel
Kendel Geers Terror/Error
Po
wystawie, szybki lunch w okolicznej restauracji podczas którego pada pytanie o najfajniejsze
butiki kreatorów mody. Oczywiście Marais,
tym bardziej, że z placu Bastylii mamy naprawdę niedaleko! I tak spędzamy
popołudnie krążąc po pasjonującym świecie mody…Czy podać kilka moich ulubionych
adresów? Wreszcie powrót do domu i zmiana
strojów, buty na trampki, ciepłe szale i swetry bowiem…kluczem wizyty ma
być trzygodzinny przejazd rowerem przez Paryż,
z przewodnikiem.
O godz. 20.00
wyruszamy punktualnie w czteroosobowej grupie z 44, rue Orsel (gdzie mieści się
przesympatyczna wypożyczalnia rowerów) na
trzygodzinny, nocny rajd po Paryżu a w programie: Moulin Rouge, Opera Garnier,
Plac Vendome, Hotel Inwalidów, Wieża Eiffla i czy też przejazd Polami
Elizejskimi (niezapomniany!)Wiatr świszczy nam w uszach, gdy przemykamy nocnymi,
rozświetlonymi bulwarami Paryża. Ma się uczucie, że miasto do nas należy, bo
jesteśmy w przeciągu tych zaledwie kilku godzin je ogarnąć.
Nie może
się po tych przeżyciach obyć bez gorącej herbaty i spaceru po zaczarowanym w
nocy Montmartrze. Wracamy znów ostatnim metrem do domu…
Macham
ręką do mojej młodej damy z przekonaniem, że jej romans z Paryżem dopiero się rozpoczął, że na
pewno wróci, a jeśli już nawet mnie tu nie będzie, to pozostaną jej
wspomnienia…tych trzech szalonych dni.
Następny mój gość, który odwiedzi mnie za tydzień, stara przyjaciółka, która rzeźbi i maluje. Już mi zapowiedziała-żadnych muzeów- tylko "street art"... zaczynam zbierać podręczniki i szukać inspiracji...

