foto

foto
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lutego 2012

Weekend w zielonym Berlinie




„Proszę spojrzeć, w tamtym domu mieszka Angela Merkel”-odezwał się de mnie niespodziewanie starszy pan, gdy w ubiegłą sobotę spacerowałam nad brzegiem Sprewy- prawdopodobnie słysząc język francuski. „U was jest ona przecież ostatnio dość popularna, nieprawdaż?”-zapytał, czyniąc aluzję do popularności Angeli Merkel nad Sekwaną,  gdy ostatnio dzielnie stanęła obok swego francuskiego sojusznika w wyborczym programie telewizyjnym.

Pod domem  pani kanclerz, (to skromne mieszkanie-na zdjęciu z balkonem) nie dostrzegłam żadnej nadzwyczajnej ochrony, żadnych metalowych barier, a jedynie dwóch bardzo dyskretnie przechadzających się policjantów. Można było odnieść wrażenie, że pani Merkel niepotrzebna jest do życia i rządzenia pompa towarzysząca francuskim politykom. „Francja –to monarchia, republikańska, ale monarchia” –podkreślił nasz znajomy francuski dyplomata, który gościł nas w ten weekend nad Sprewą. Monarchia jednak od jakiegoś czasu przygląda się uważnie dokonaniom swoich północno-wschodnich sąsiadów: zazdrości, idealizuje, chce naśladować. 

Jacy więc są ci wyidealizowani z paryskiej perspektywy sąsiedzi Francji? Próbowałam tego dociec obserwując uważnie życie toczące się na berlińskich bulwarach i wygląda na to, że Berlińczycy przywiązują znacznie większaą wagę do ekologii, alternatywy, zdrowego życia. I nie myślę tu tylko o elektrowniach jądrowych, które pani Merkel zamyka a pan Sarkozy rozwija, ale o takim codziennym, widocznym nawet gołym okiem codziennym życiu..



 Nie trzeba się zbyt długo przyglądać berlińskiej ulicy, aby dostrzec niezliczoną ilość rowerów, wszechobecność dwu- i trzykołowych pojazdów, przemieszczających się nimi całych rodzin, przyczepionych do nich wózków z dziećmi. Rowery są wszędzie, na ulicach, skwerach i w parkach,  jest to bardzo popularny środek transportu. 


Nie przypadkowo trafiłam również na sporych rozmiarów  biologiczny targ (w Prenzlauer Berg), gdzie bez ograniczeń promowane było zdrowe, ekologiczne ubieranie dzieci( pełno odzieży wyprodukowanej własnym sumptem, kolorowych skarpetek, fartuszków), ale i żywności, począwszy od ciemnego chleba przez najrozmaitsze gatunki miodów konfitur i dań. 



Natknęłam się również na sklepy z przedmiotami z recyklingu i nawet skusiłam się na tę oto torebkę, zrobioną ze ….sprzętu strażackiego. Pokazuję ją ze względów li tylko ilustracyjnych(nie  promocyjnych) Torebka nie była może najtańsza, ale za to... żaroodporna. To tylko jeden z tysięcy pochodzących z recyklingu przedmiotów sprzedawanych w Berlinie.


Dotarliśmy również poza miasto na sporych rozmiarów i chyba dość chętnie uczęszczany pchli trag. Raj dla wszystkich zbieraczy staroci, a szczególnie starych winyli(po 2 euro).  Nie był to ten pchli targ jaki znam z paryskiego St. Ouen z astronomicznymi cenami wywindowanymi na pożytek turystów, ale bardzo tani i dobrze zaopatrzony second hand, dla wszystkich.


 Miasto jest  zielone i bardzo kolorowe. Berlińczycy chyba kochają  alternatywę, bo już na pierwszy rzut oka widać  sprayowane  ulice,  domy...  Na kilku kilometrach ciągnie się udekorowany przez artystów street artu mur, ale nie jest to jedyne miejsce, w którym sztuka uliczna jest widoczna. Jest jej także pełno w najbardziej znanych miejscach Berlina, na przykład w  Hackesche Hofe, gdzie znalazłam niezliczoną ilość śladów kreatywności berlińskich artystów.



Stołowałam się przez te dwa dni w uroczych, nastrojowych barach i restauracyjkach, podjadając miejscowe specjały (kiełbasa z curry), golonkę i wątróbki. Berlińska  kuchnia chyba trochę zbliżona jest do naszej, nawet w jakiejś karcie znalazłam coś, co się nazywa swojsko „klopsy (wiem, wiem, to pewnie słowo niemieckie...).


W niedzielny poranek na berlińskiej ulicy odczuwało się jakiś nieznany mi spokój, tak jakby miasto się nie spieszyło, żyjąc bez tego biegu  typowego dla  wielkich miast Europy. Potwierdzam wszystkie dobre słowa, które na temat tego miasta usłyszałam. Chyba pięknie się tam żyje i zielono. Przynajmniej z perspektywy jednego, uroczego weekendu. Good bye Berlin!





wtorek, 28 czerwca 2011

Kilka refleksji po teatralnym maratonie...

Dwa dni, trzy przedstawienia. Był to naprawdę wspaniały, teatralny weekend. Pierwsze z nich grane było w malutkim, ale prestiżowym teatrzyku 19-stej dzielnicy nazwanego fikuśnie  „Spojrzenie  Łabędzia”. Był to „Król Edyp” Sofoklesa, który jest tekstem na tyle znanym, że nie chodziło o to, aby usłyszeć o czym będzie przedstawienie, ale zobaczyć jak je zrobiono, jakimi środkami. Najpierw sala, niewielka, może 150m2, a na niej ułożona wąskim paskiem w kształcie koła, brązowego koloru ziemia. Będzie ona grała ważną role w spektaklu. Gdy zapalają się światła, aktorzy wiją się  w najrozmaitszych pozycjach wewnątrz tego koła, a do naszych uszu dobiega odgłos płaczu, Nie, to nie płacz, to potworny jęk, zawodzenie, wycie. W mieście panuje zaraza i ludność Teb błaga dobrego króla Edypa o ratunek.

Od pierwszej chwili przedstawienia czujemy, że nie mamy do czynienia z przedstawieniem komercyjnym, które zostało zrobione w dwa tygodnie przed premierą. Czuje się, że każde wypowiedziane słowo, każdy ruchu poprzedził wielogodzinny techniczny, fizyczny trening i wielotygodniowa, zbiorowa praca. Słowa są zsynchronizowane do ułamka sekundy, aktorzy płynnie, znakomicie ustawionymi niskimi głosami wprowadzają w kolejne sceny, zwiastujące ciążące nad Edypem fatum. Rośnie napięcie, chociaż wiadomo, że królowi Teb nie uda się umknąć woli Bogów, że mimo wszystkich starań, jesteśmy bezsilni wobec nieodgadnionych kolei losu.

Nie ma w tym przedstawieniu ról pierwszo czy drugoplanowych, a chór składający się z pięciu kobiet ubranych w jednostajne, czarno-żółte suknie (tradycyjne, włoskie?, bałkańskie?) łączy poszczególne elementy przedstawienia śpiewem, potężnymi głosami pieśni, które wydawało mi się ze pochodzą z okolic Sycylii, ale nie są z Bułgarii, Mołdawii, Korsyki... Zastąpienie nimi chóru i śpiewanie w językach, w jakich powstały, wnoszą w przedstawienie atmosferę uniwersalności przesłania sofoklesowego.

Przedstawienie wyróżnia się  innością spośród francuskiej produkcji teatralnej, moim zdaniem, byłoby niewątpliwie wydarzeniem w Polsce, tak nam jest bliskie, ze szkoły Grotowskiego. Nie udało mi się dowiedzieć jaki jest „background” reżysera, ale chyba nie jest mu obcy świat Pontedery, gdzie pracował mistrz i gdzie ciągle jeszcze są aktywni jego uczniowie.

Reżyser nazywa się Luca Giacomoni a jego trupa teatralna, z którą pracuje w Paryżu- Trama. Myślę, że warto o nich pamiętać. Próbowałam się czegoś więcej o nich dowiedzieć, ale znalazłam tylko przepiękne zdjęcia z prób w plenerze, które zobaczyć można tu. Dają one niewielkie wyobrażenie o przedstawieniu ale potwierdziły moje przypuszczenia, że dochodzenie do spektaklu odbywało się bardziej poprzez ruch i głos niż poprzez tekst. Ale może się mylę?

Na drugie przedstawienie wybrałam się na drugi koniec Paryża czyli do słynnych Cartoucherie (siedziba Ariane Mnouchkine). Samo miejsce jest magiczne, choć jest to takie odludzie, że z ostatniej stacji metra (Chateau de Vincennes) dowozi nas do teatru autokar. Trwał festiwal szkół teatralnych a raczej przegląd spektakli dyplomowych, czyli rodzaj wizytówki kilkunastoosobowej grupy młodych aktorów, którzy pokazują swoje umiejętności reżyserom i dyrektorom teatrów. Spodziewałam się więc sporej dozy talentu, energii i pasji do zawodu.

Ni wiem, co skłoniło reżysera przedstawienia pokazanego przez Szkołę teatralna w Esonne do wyboru tekstu Hanokha Levina „Wymarzone dziecko”, gdyż jest on po prostu zły. Po pierwsze, to rodzaj sennej traumy ocalonego z Holocaustu Zyda, któremu mieszają się sceny przemocy, morderstw, gwałtu. Sceny są wiec bardzo mocne, wręcz szokujące a akcja dzieje się wszędzie czyli nigdzie. Owemu „wymarzonemu dziecku” ktoś na jego oczach, ale właściwie trudno ustalić kto, zabija ojca, później ktoś inny chce go ratować, ale pod warunkiem, że matka mu się odda a wreszcie tez na jego oczach porywają matkę jacyś potworni gwałciciele przebrani w wojskowe mundury. Tekst niezwykle trudny, powierzony młodzieży nic nie zyskuje, natomiast wyraźnie czuje się, ze młodzież dusi się, „nie  jest w stanie unieść tego tekstu”…Szkoda młodzieży…

Toteż przed następnym przedstawieniem, obawiałam się, ze czeka mnie takie samo rozczarowanie. Pomyłka! Tym razem był to dyplom ESAD-u czyli najlepszej i najpoważniejszej państwowej szkoły teatralnej w Paryżu, czegoś w rodzaju warszawskiej Akademii Teatralnej. I tym razem reżyser, Laurent Hatat wybrał rzadziej grany dramat Ibsena „Podpory Społeczeństwa” jednego z ostatnich dwunastu tekstów Norwega poświęconych dochodzącej do władzy i pieniędzy burżuazji zdobytych na drodze kłamstw, hipokryzji i kalomni. Świetnie napisany tekst, do którego warto zajrzeć, nie tylko przy okazji przedstawienia teatralnego, gdyż stawia pytania jak najbardziej aktualne, a dotyczące systemu, który zaskakująco niewiele zmienił od XIX wieku.

Na scenie piętnastka świetnie przygotowanych do zawodu aktorow, pod każdym względem: dykcji, gry, ruchu scenicznego…Wyszłam oczarowana, gdyż dawno już nie widziałam tak znakomicie zrobionego przedstawienia.

W przyszły czwartek planuje „Wesele u drobnomieszczan” Brechta i Fedrę Racine'a, jeśli nic nie pokrzyżuje mi planów. A w niedzielę teatralne Święto, czyli „Opera za trzy grosze” w przesławnej „Comedie Francaise ” na które chyba jakimś cudem udało mi się zdobyć bilety. 

środa, 18 maja 2011

Pan-pomyłka Iriny Brook

Właściwie tak do końca to nie wiem, w jaki sposób mogłam uwierzyć, że z „Piotrusia Pana” można zrobić spektakl dla dorosłych . Chyba zawierzyłam Irinie Brook, że z tej znanej nam wszystkim opowieści można stworzyć piękną inscenizację, jeśli tylko wykroczy się poza ramy, jakie narzucił temu tekstowi Disney. Nie udało się. Spektakl, który reżyserka nazwala „Pan” od greckiego bożka lasu” jest pomyłką, do tego nudną i długą mimo, iż nie można mu odmówić piękna oświetlenia i świetnej, granej na scenie muzyki, kostiumów i talentów akrobatycznych aktorów. Tekst sztuki pozostaje jednak miałki, historia pourywana i niezrozumiała a magia?

Z ostatniego nowojorskiego tournée Irina Brook przywiozła fascynację musicalem i jej paryski Piotruś Pan jest takim na wpół-musicalem a na wpół teatrem. Pamiętam przedstawienie Króla Lwa w nowojorskich teatrze na Broadwayu. Oszałamiał, zatrzymywał niektórymi scenami dech w piersiach, ale z Disneya pozostała świetnie nam znana muzyka, -znakomite glosy aktorów i wreszcie cala masa efektów scenicznych-miało się wrażenie, że jest się w Afryce…

Irina Brook nie miała prawdopodobnie takich ogromnych środków, aby zrobić naprawdę oszałamiającą scenografie i kostiumy, wyrzuciła muzykę Disneya, pozostawiła tekst i aktorów, którzy są bardziej akrobatami, niż fachowcami w sztuce scenicznej. Piękna jest muzyka Sadie Jammett, ale jakoś nie klei się do przedstawienia.

Największą silą Iriny Brook była umiejętność wplecenia w stary tekst, albo dziejący się w przeszłości - odwołań do teraźniejszości. Nigdy nie zapomnę genialnego Romea i Julii, którego akcja rozgrywała się na paryskich przedmieściach, gdzie dwie bandy walczyły miedzy sobą, urzekała muzyka, rap, break danse…Innym spektaklem była współczesna, ale dziejąca się bodajże w międzywojennej Irlandii historia czterech sióstr, nostalgiczna, sentymentalna, wzruszająca, czechowowska…o niespełnionej miłości, o marzeniach, o życiu, które nigdy nie jest takie, jak by się chciało, ażeby było.

Czy wreszcie ostatni spektakl czyli Don Kichot…dwóch nowojorskich bezdomnych, którzy wyruszają do Hollywoodu pchając przed sobą wózek z supermarketu. Spektakl o ludziach, którzy żyją iluzjami, w świecie, który nie istnieje, ale tylko to, daje im każdego dnia wiarę, że jednak chyba warto…

Piotruś Pan był na pewno pięknym tekstem i z pewnością cieszył się dużą popularnością wśród dzieci na początku ubiegłego wieku. W wiktoriańskiej Anglii gdzie , jak sadzę, dzieciństwo kończyło się bardzo wcześnie, marzenie o tym, żeby nigdy nie dorosnąć musiało być niezwykle silne, tak samo jak marzenie o tym , żeby fruwać, żeby wznieść się ponad podłą rzeczywistość. Piotruś Pan pozwalał marzyc.

Irina Brook, w kilku wywiadach udzielonych prasie francuskiej, przyznała się, ze pomysł na ten spektakl tkwił w niej od dawna, od dzieciństwa, gdy w którymś z teatrów londyńskich zobaczyła po raz pierwszy Piotrusia Pana…

Ale ten mityczny już dziś tekst nie przeszedł próby czasu, prześcignęły go historie o Harry Potterze i wielu innych bohaterach, które w tej chwili bardziej przemawiają do dzieci i młodzieży.
A może to jej nie udało się tego tekstu unowocześnić, przenieść na scenę. Uderzają fatalne dialogi, źle napisane, źle mówione i recytowane. Nie chodzi już nawet o to, że prawie cały zespól składa się z aktorów, którzy po raz pierwszy występują na scenie i do tego nie znają francuskiego. W tym przedstawieniu po prostu nie ma historii. Albo historia jest tak miałka i nieczytelna, że nas nie przekonuje.

Aktorzy, to nie dzieci, ale przebrani za dzieci dorośli-gorzej, którzy skrzeczą i piszczą, starając się je naśladować. Wendy ma grubo po trzydziestce, a chłopcy na „zagubionej wyspie”-rożnie, ale bynajmniej nie jest to dzieciarnia, ale raczej rodzaj przytułku dla dorosłych, nieprzystosowanych do życia-i co robi wśród nich Wendy?…

Irina Brook twierdzi, że zrobiła spektakl dla dorosłych, nie dla dzieci, o czym świadczy fakt, ze grany jest o 20.30 a ona sama dzieciom ten spektakl odradza. Ale dorośli na ten spektakl nie przyjdą, a jeśli przyjdą, to wynudzą się tak jak ja.

Ostatni Piotruś Pan z Neverlandu, którym był chyba w dużym stopniu Micheal Jackson nie żyje. Okazuje się, ze nie zawsze udaje się odkurzyć tekst dla dzieci sprzed stu lat, jeszcze trudniej go sprzedać jako tekst dla dorosłych, ale chyba najtrudniej zrobić teatralną adaptację disnejowskiej produkcji.

„Pana” Iriny Brook określiłabym mianem laboratorium teatralnego. Myślę, że wiem, jakie były jej intencje. Dobierając aktorów ze wszystkich możliwych światów i języków, chciała stworzyć tygiel kulturowy, skupić się na kolorowej, energizującej inscenizacji niż na tekście. I to jej się chyba udało.

czwartek, 18 lutego 2010

Krzysztofa Warlikowskiego odchodzenie od teatru - "Tramway" w paryskim Odeonie



Aby zaistnial teatr wystarcza dwa elementy, aktor i widz. W teatrze aktor posluguje sie slowem i dobrze byloby, gdyby slowo bylo dla widza zrozumiale a tylko wtedy irytuje, zmusza do myslenia czy smieszy. Dobry spektakl to taki, w ktorym sie „iskrzy” pomiedzy scena i widownia, podczas spektaklu buduje sie rodzaj porozumienia i wspolnoty. Tam, gdzie konczy sie slowo, konczy sie teatr. Jesli wlasnie w ten sposob rozumiemy sztuke noszaca nazwe teatr, to spektakl Krzysztofa Warlikowskiego „Tramway” wyrezyserowany w paryskim „Odeonie” juz teatrem nie jest.  Sprobuje wyjasnic dlaczego.

Premiera „Tramwaju” odbyla sie dwa tygodnie temu. Prasa paryska przygotowywala sie na wielkie wydarzenie, bilety zostaly sprzedane blyskawiczne. Przed premiera czytywalo sie o Warlikowskim peany- najbardziej tworczy, wielki, geniusz - padaly epitety. I nagle po premierze totalna klapa i rozczarowanie.

Zacytuje tylko jeden dziennik, „Le Figaro”, gdyz generalnie krytycy francuscy sa zgodni : « Krzysztof Warlikowski wogole nie interesuje sie Tennessee Williamsem. Ubogie tlumaczenie Wajdi Mouawada jest tylko wieszakiem dla tekstow, ktore nie maja nic wspolnego z dzielem. Jest to spektakl nowobogackiego w wiedzy . Isabelle Hupert podnieca sie sama soba przez trzy godziny w kreacjach wielkich projektantow, w scenach transmitowanych przez wideo, ktore niczemu nie sluza i jedynie ja oszpecaja. Robi wrazenie tylko na tych, ktorzy naprawde podziwiaja jej talent. Pozostali aktorzy nie maja nic do roboty. Klapa spowodowana pretensjonalnoscia i lekcewazeniem”.

Gdy rozpoczyna sie pierwsza scena przedstawienia, widzimy na wpol rozebrana Isabelle Hupert(Blanche) siedzaca na taborecie w stanie celkowitego stanu rozkladu psychicznego, czegos w rodzaju glebokiej depresji i ciezkiej choroby nerwowej. Belkocze cos niezrozumiale, zujac jablka- rzezi, pozniej wymiotuje.

Stopniowo w trakcie przedstawienia, choc nie bardzo wiadomo pod czyim i czego wplywem, zamienia sie w narcystyczna nimfomanke, probujaca za wszelka cene zwrocic na siebie uwage otoczenia. Ale swiat jej siostry, Stelli i jej polskiego meza ( Stanley Kowalski grany przez Andrzeja Chyre) jest juz uporzadkowany i dosc zamkniety. Jaki by to zwiazek nie byl, czy samo-.maso czy maso-sado nie ma w nim dla niej miejsca. Para, z ktora przyszlo jej zyc pod jednym dachem, na swoj sposob sie kocha, to znaczy zyje razem, oczekuje  na dziecko, spotyka sie z przyjaciolmi.

Problem polega na tym, ze Williams chcial pokazac Polaka - brutala, prostego chama a Chyra, ze swoim subtelnym francuskim ani nie potrafi takiego zagrac, ani chyba nie tak przez Warlikowskiego zostal ustawiony do grania. Jest wiec nijaki, placze sie nie wiadomo po co po scenie, zreszta podobnie jak jego zona Stella.

Poniewaz Warlikowski chcial skupic uwage widowni tylko na Isabelle Hupert (moze dlatego, ze to wlasnie ona robi kase-nie oszukujmy sie), ubierajac ja do tego w stroje od Diora i Yves Saint Laurenta, to widz, tylko na niej sie skupia. W rezultacie nie ma sztuki Williamsa, nie ma dramatu...

A co w takim razie jest? Imponujaca, oczarowujaca scenografia Malgorzaty Szczesniak. Zbudowane z plexiglasu dlugi, ciagnacy sie w poprzek calej sceny korytarz z tradycyjnymi juz rekwizytami (toaleta, wanna, umywalka-ktos zlosliwie powiedzial, ze Warlikowski podpisal umowe o reklame z jakas firma sprzedajaca sprzet hydrauliczny). Wreszcie paralizujace wzrok, bardzo silne oswietlenie i ogluszajaca muzyka, albo spiewana przez Renate Jett, albo puszczana, rodzaj techno, z glosnikow i wprowadzajaca nas w rodzaj psychodelicznego transu.

Pozwole sobie powiedziec, ze jesli obrac ten spektakl ze scenografii, muzyki i swiatel, to nie zostanie absolutnie nic. Przez trzy godziny patrzymy sie na scene jak na migajacy ekran, nie myslac, probujac cos zrozumiec, co nam slabo wychodzi, ale urzeczeni feeria swiatel, niczym przed spektaklem ogni sztucznych i nie potrafimy wyjsc.

To nie jest pierwszy ogladany przeze mnie spektakl Warlikowskiego. Zakochalam sie „Aniolach w Ameryce”, wyszlam z mieszanymi uczuciami z „(A)polonii” natomiast „Tramway” nie jest juz dla mnie teatrem, ale uzurpacja teatru.

Mysle, ze Warlikowski byl znakomity gdy bral na warsztat teksty, dobre teksty, dobrych dramaturgow takie jak „Dybuk" czy "Anioly w Ameryce”, ktore po prostu trudniej zepsuc. Natomiast, gdy zaczal wystawiac tekstowy przyslowiowy groch z kapusta, schodzi po linii pochylej. Co nie oznacza, ze nie bedzie w dalszym ciagu swietnie sie sprzedawal na Zachodzie. Po pierwsze dlatego, ze jest inny, intrygujacy i w gruncie rzeczy oryginalny. Jego styl jest rozpoznawalny i robi wrazenie teatru awangardowego. Po drugie, co tu ukrywac, choc nie powinnam o tym mowic, zawsze znajda sie teatry, ktorych dyrektorzy oficjalnie afiszuja swoje preferencje nie tylko artystyczne, ale rowniez seksualne. Dyrektor teatru Odeon, Olivier Py jest, jak sam wyznaje, „katolikiem i homoseksualista”. I on takze szokuje swoja operowa widownie striptisami  aktorow.

Dodam tylko, ze orientacja seksualna artystow jest mi calkowicie obojetna, pod jednym warunkiem, ze robia dobry teatr a nie gnioty.

czwartek, 21 stycznia 2010

Na co do teatru?

Spedzilam dzisiejsze popoludnie przygotowujac liste przedstawien teatralnych, ktore zamierzam obejrzec w najblizszych czasie i postanowilam sie moja lista podzielic. Jako staremu teatromanowi, mam chyba tzw. nosa i mowiac bardzo nieskromnie, rzadko zdarzaja mi sie pomylki. Raz jeden, bylam naprawde z siebie dumna. Pamietam, jak wiele lat temu jechalismy do Paryza samochodem i tradycyjnie nie moglo sie obyc bez wizyty w teatrze. Kupilam w przededniu wyjazdu Pariscoop i podczas podrozy przegladalam propozycje. „Une bête sur la lune” w rezyserii Iriny Brook-zdecydowalam bladzac po repertuarze. Natychmiast zadzwonilam zarezerwowac bilety i...spektakl byl przepiekny, niezapomniany...W tydzien pozniej dowiedzialam sie, ze zebral wszystkie mozliwe Moliery czyli rodzaj francuskich Oscarow za rezyserie, gre aktorow, bardzo piekny tekst Richarda Kalinoskiego. ..


Paryskie propopozycje teatralne na najblizsze kilka tygodni  rozpoczelabym od sztuki, ktora na pewno nalezy zobaczyc chocby ze wzgledow patriotycznych. Mysle tu o „Tramwaju” w rezyserii Krzysztofa Warlikowskiego z Isabella Hupert w roli glownej wystawiona w Odeonie i grana od 4 lutego do 3 kwietnia (numer telefonu do rezerwacji: 01 44 85 40 40) Nie mam pojecia co Warlikowski moze zrobic z Tennessee Williamsem, ale sztuka sama w sobie jest znakomita. Do historii filmu przeszedl Marlon Brando grajacy robotnika polskiego pochodzenia - Stanleya Kowalskiego.

Drugim przedstawieniem, ktore moge polecic, to niesmiertelny „Dom lalki” Ibsena, pierwsza sztuka feministyczna, przepiekny tekst (niedawno czytalam!) i bardzo trudny do zepsucia. Tym razem w wersji francuskiej grac bedzie gwiazda filmu, po raz pierwszy na scenach teatru - Audrey Tautou. Ci, ktorzy kochaja film to dobrze wiedza o kogo chodzi.

Przedstawienie bedzie grane w teatrze „Madelaine” od 16 lutego. Rezerwacja pod numerem 01 53 96 70 20)

Jesli ktos nigdy nie byl w Cartoucherie i nie widzial nigdy przedstawien Ariany Mnouchkine w Teatrze Slonca, to na pewno warto sie wybrac na „Ocalonych szalonej nadziei”, spektaklu opartym na tekscie Jules Verne’a. Mnouchkine nalezy obok Brooka, Barby, Grotowskiego to wielkich reformatorow teatru XX wieku. Warto wiec podejrzec jej wizje teatru i sposob rezyserowania. Przestrzegam- na pewno nie jest to teatr komercyjny!


Przedstawienie bedzie grane od 27 stycznia i rezerwowac bilety mozna pod numerem tel. 01 43 74 24 08)

Nie wiem czy nie skusze sie na monodram „Paczka” w „Petit théâtre de Paris” z Gerardem Jugnod. Od slynnego filmu „ Swiety Mikolaj to smiec” uwazam, ze nalezy on do smietanki francuskich komikow a przyznam, ze nigdy nie widzialam go na scenie. No i przede wszystkim monodram tak naprawde daje nam wyobrazenie o poziomie aktora. Spektakl bedzie grany od 22 stycznia. Rezerwacja pod numerem 01 42 80 01 81.

Sporo sie mowi w prasie francuskiej o wielkim powrocie Roberta Hosseina (niezapomniany Geoffrey w „Angelice” , ale rowniez switny aktor i myslacy rezyser) do teatru ze spektaklem „Sprawa Sezneca” relacjonujaca proces Francuza oskarzonego o zamordowanie swojego najblizszego przyjaciela. Na koniec spektaklu widownia ma sie opowiedziec o winie oskarzonego. Na pewno bedzie to wydarzenie, spektakl grany w Teatrze Paryskim od 26 stycznia. Bilety pod. Numerem 01 48 74 25 37.

I moj maly przeglad zakoncze moja ulubiona sztuka teatralna „Krolem Learem” Szekspira w rezyserii Jean-Claude Falla wykreowanym w teatrze 13 Wiatrow (13 Vents) w Teatrze dzielnicy d’Ivry. Tel. 01 43 90 49 40.

Na pewno cos przegapilam, o jakims waznym przedstawieniu nie napisalam, ale blog jest blogiem i daje prawo do subiektywnosci w wyborach. Jesli ktos uslyszy, o jakims ciekawym przedstawieniu, ktore pominelam w Paryzu – prosze koniecznie dac znac!

poniedziałek, 14 grudnia 2009

„Zycie paryskie” Offenbacha w wersji oszczednej i odkurzonej


Dla tych, ktorzy kochaja operetke i Paryz, Alain Sachs wyrezyserowal w teatrze Antoine’a « Zycie paryskie » Offenbacha, jedno z najbardziej znanych dziel tego kompozytora.
Libretto jest w sumie proste. Szwedzki baron de Gondremarck przybywa do Paryza, aby nasycic oczy widokiem pieknych pan i "zatopic sie" w atmosferze miasta. Ksiaze Raoul de Gardefeu wciela sie w jego przewodnika i ... przygody szwedzkiego goscia przenosza nas w feeryczny swiat kobiet, bali, muzyki - miasta widzianego oczami autorow slynnego libretta Henry de Meilhaca i Ludovica Halévy i muzyki skrojonej na ich potrzeby przez Jacquesa Offenbacha.

Owszem, przyznaje, wersja jest odchudzona. Na scenie nie ma piecdziesieciu aktorow, nie ma tez ogromnej orkiestry, rozmachu w strojach i dekoracjach, wszystko jest skromne, oszczedne, ale moze wlasnie dzieki temu operetka, ktorej libretto napisano ponad 150 lat temu nabiera lekkosci, jest bardziej wspolczesna-slowem- odswiezona.

Gdy wchodzi sie na widownie i spoglada w strone sceny, to pierwsza rzecza jaka rzuca sie w oczy to brak orkiestry. Ale gdy kilka minut pozniej, podnosi sie kurtyna a na scene wbiega mlodziez i stopniowo, zaczyna grac, wydaje nam sie ze rozgryzlismy zagadke. No dobrze... jest orkiestra, ale kiedy pojawia sie aktorzy? I minuta po minucie, ku naszemu zaskoczeniu dowiadujemy sie, ze mlodzi ludzie potrafia nie tylko grac na instrumentach ale takze spiewac, tanczyc i mowic tekst!


Alain Sachs powiedzial w wywiadzie, ze dzis malo kto decyduje sie na wystawienie tej operetki gdyz po prostu nikogo juz nie stac na taka inscenizacje. Gdy wpadl na pomysl realizacji tego utworu , nic nikomu nie mowiac, rozpoczal od szukania aktorow, ktorzy mogliby sie sprawdzic we wszystkich dziedzinach sztuki scenicznej. Na poczatku nie bardzo wierzyl, ze znajdzie, ale udalo sie. Gdy mial juz w notesie nazwiska trzynastu mlodych, wszechstronnie wyksztalconych wirtuozow sceny, wiedzial, ze moze rozpoczac proby....

Przerobka, jakiej dokonano na starym, zdziebko zwietrzalym tekscie graniczy z arcydzielem. Praktycznie przez dwie godziny wszyscy sa na scenie , bo jesli nie spiewaja to tancza, a jak nie tancza to graja na instrumentach. Jak Sachsowi udalo sie to wszystko razem skoordynowac pozostanie dla mnie wielka tajemnica.



I jeszcze jedno. Wstepuje sie do teatru Antoine’a jak do swiatyni. Scena znana jest na calym swiecie jako pierwsza, ktora wprowadzila do repertuaru takich autorow jak Ibsen, Turgieniew, Haumptman i Tolstoj. Byl rok 1877, gdy Antoine objal te scene i postanowil zrewolucjonizowac nie tylko repertuar, ale rowniez gre sceniczna. Byl to poczatek konca pojedynczych tyrad, poczatek gry zespolowej i tzw. „wczuwania sie” w role. I mial odwage wprowadzic literacki repertuar. W trzy lata zagral 59 autorow i czterdziestu dwoch mialo mniej niz 40 lat. Teatr Antoine’a to tez przyklad naturalizmu w teatrze. Pamietam jeszcze ze szkolnych podrecznikow w Polsce zdjecia sztuk miesa wieszanych na scenie. To bylo wlasnie w teatrze Antoine’a na bulwarze Strasbourg!






niedziela, 13 grudnia 2009

Kilka refleksji Krystiana Lupy o teatrze


„Dzis czlowiek nie ma ochoty nic zabierac do grobu...”

Szwajcarski Instytut Kultury w Paryzu zaprosil przed kilkoma dniami szkole teatralna z Lozanny i Krystiana Lupe na serie warszatow i konferencji. Skorzystalam wiec z okazji, zeby posluchac jego refleksji o teatrze a wydaly mi sie one na tyle ciekawe, ze postanowilam je zanotowac.

Kim jestem?

Pochodzi z Krakowa i mialo to ogromne znaczenie, bo Krakow byl i jest, w porownaniu z Warszawa, bardziej artystyczny. W Krakowie tworzyl Konrad Swinarski i w czasach, gdy on zdobywal pierwsze ostrogi, pracowal nad mitycznym „Wyzwoleniem”. Ale Swinarski nie sprzedawal gotowych recept. „Uczyc teatru? Nie, ja nie wiem jak ”-mawial. Tworcy, ktorzy uzurpuja sobie prawo do wiedzy absolutnej sa hochsztaplerami.

Uczenie teatru

Inne domeny sztuki sa latwiejsze do uczenia. Znana jest materia, latwiej jest uczyc grac na instrumencie muzycznym, malowac, komponowac. Instrument jest znany, konkretny. W wypadku teatru tym instrumentem jest aktor. Chodzi wiec o zbudowanie pewnej wiedzy praktycznej, jak uzywac tego instrumentu. Teatr jest jedyna domena, w ktorej materia i tworca sa jednym i tym samym.
Mial wrazenie, ze trzeba uczyc zupelnie inaczej tzw. warsztatu aktorskiego. A warsztatem aktorskim nazywalo sie kiedys umiejetnosc wykonania tzw. ruchu czystego. Profesorowie wyrzucali to, co nazywali „ruchem brudnym”.
Bardzo wazne jest, aby aktor umial mowic od siebie a nie tylko tekstem. Nie moze wyobrazic sobie sytuacji, ze aktor nie zna dalszego tekstu. Aktor jest instrumentem poznania czlowieka. Poznanie dzieje sie droga doswiadczenia, ktore zmienia nas w instrumenty poznania.
W szkole organizuje sie egzaminy semestralne, czesto nie konczy sie w ten sposob procesu tworczego, bo zblizaja sie egzaminy i wtedy trzeba cos przedstawic, chodzi o niezblaznienie sie. Uczen nie przezywa procesu rozwoju swojej postaci tylko spieszy sie do premiery. Nauczyciel i uczen robia cos powierzchownego. W praktyce aktor nie pozna nigdy swojego instrumentu a poznanie instrumentu to poznanie swojego czlowieczenstwa. Wiekszosc aktorow jest wlasnie takich niedorobionych. Pozniej proponuje im sie nauczanie w szkole. I powiela schemat. Jednak mysle, iz gdyby wszyscy byli tacy jak ja to byloby bardzo zle- Sa rezyserzy tzw. konstruktorzy i sa rowniez destruktorzy-ktos musi sie na to odwazyc. Destabilizacja jest rodzajem depresji ale konstruuje artyste.


Akt tworczy

Wszak tworca jest czlowiek i materia jest czlowiek – materia w ktorej tworzy tworca teatralny. Rezyser jest tez tworca tworzacym w czlowieku. Aktor jest tez tworca tworzacym w sobie. Jak mozna tworzyc w materii, ktorej nie poznalismy?
Wiedza psychologiczna poczynila kolosalne kroki w kierunku autorefleksji ale ta wiedza ciagle sie dezaktualizuje. Wydawalo sie, ze psychoanaliza zlapie byka za rogi, ale okazalo sie, ze popelnila sporo bledow.

Aktor

Bardzo wazne jest, aby aktor umial mowic od siebie a nie tylko tekstem. Nie moze wyobrazic sobie sytuacji, ze aktor nie zna nagle dalszego tekstu. Aktor jest instrumentem poznania czlowieka. Poznanie dzieje sie droga doswiadczenia, ktore zmienia nas w instrumenty poznania. Uczy otwartosci na systemy. Czy to system Stanislawskiego, czy system Grotowskiego. Kazdy artysta powinien samodzielnie bladzic. Stosowanie systemu bez poszukiwan to tak jakby branie pigulki ktora przepisano w recepcie. Ale przeciez nigdy efekt nie bedzie taki sam.
Boje sie znajomosci tekstu, ale wymagam znajomosci sprawy i pozniej wracam do tekstu drzwiami kuchennymi. Jesli rezyser mowi, mamy tekst, to musi myslec co mozemy z tym tekstem zrobic. W zyciu nie ma tego co mogloby byc, ale to co jest. A aktor, zanim zacznie odkrywac, okazuje sie, ze zna juz tekst na pamiec. Aktor mowiacy tekstem to aktor uwieziony. Taki aktor szuka co ma powiedziec, nie mysli o tym co ma powiedziec, ale piesci fraze, ktora ma mowic-sa to wirtuozi slowa w negatywnym tego sensie.
Jesli aktor mowi od siebie, wlaczaja sie w ten proces nieswiadome elementy aktora, nie on prowadzi swoje cialo, ale to ono go prowadzi. A on nie ma nic do zrobienia poza egzekucja tego co robi. Kurczowe wyduszanie z siebie postaci zawsze zmusza nas do myslenia o sobie.
Monolog wewnetrzny postaci-jest to pewna podroz. Pisze sie monolog z pewnego punktu widzenia, piszac prowokuje-ja- wampiryczne. Aktorzy, ktorzy zrobili taki monolog znajduja cialo swojej postaci. Gdy pisze monolog, nie mysle, ze gram moja postac, ale tworze ja po rozgrzaniu jakim jest pisanie monologu. To hodowanie postaci mieszczuch nazwie wariactwem, artysci nazwa przeksztalceniem sie "on" w "ja".

Nowa rzeczywistosc

Przez ostatnie 10 lat dokonala sie przemiana tego w co wierzymy w drugim czlowieku. Kilkanascie lat temu bylismy bardziej latwowierni , ludzie mowili to, co mysleli i w tym byla cala prawda.
Teraz, ludzie mowiacy przerazliwie klamia i rzeczywistosc nie jest w tym, co ludzie mowia. Dialog przeksztalcil sie w monolog, ludzie nie dyskutuja, a moze nie wierza w to, co sie mowi? Teatr oddala sie od opowiadania historii, literatura takze. Zamiast opowiadania historii, uzywa sie wielu monologow. Czlowiek traci zaufanie do dialogu natomiast ma sklonnosc do ekshibicjonizmu. Dzis czlowiek nie ma ochoty nic zabierac do grobu.

O nas

W dziecinstwie mamy przeczucie, ze jestesmy stworzeni do lepszego zycia. Doroslosc polega na zaakceptowaniu szarosci, normalnosci. Kazdy z nas ma wrazenie, ze nie zostal wykorzystany tak jakby tego chcial. Najwieksza nasza prawda sa nasze najwieksze pragnienia. Czy jestesmy tym na czym nas przylapano czy tez moze tym czego pragniemy, o czym marzymy...
Te kilka mysli zanotowalam na goraco i mam nadzieje, ze nie przekrecilam intencji autora. Mysle, bylo warto...

środa, 9 grudnia 2009

Irina Brook i jej Don Kiszot

Zbliza sie koniec roku i zastanawiam sie, ktore sposrod przedstawien teatralnych obejrzanych w tym roku w Paryzu moglabym bez watpienia uznac za najlepsze, ktore bylo mi najbardziej bliskie i pomoglo troszke lepiej zrozumiec ludzi, siebie i swiat. Zrobilam sobie taki krotki przeglad i nie mam watpliwosci, ze najlepszym rezyserem tego roku byla Irina Brook ze swoim „Somewhere la Mancha” wystawionym w teatrze Bouffe du Nord.

Zespol Iriny Brook tworzy szesciu aktorow z szesciu kregow kulturowych i jezykowych (m.in. fantastyczny Bartlomiej Soroczynski). Akcja zostala umieszczona w dzisiejszej Ameryce, wsrod bezdomnych, wloczegow rodem z powiesci Kerouaca „On the road”. Dlugi, wychudly, czarnoskory Don Kiszot redaguje odezwy, ktorymi zamierza walczyc z niesprawiedliwoscia spoleczna. Jego giermek, Sancho Pansa pcha przed soba wozek z supermarketu w ktorym przeklada z miejsca na miejsce caly ich dobytek. Sancho Pansa pobrzekuje na gitarze i marzy...marzy o wielkiej karierze, do ktorej przygotowuje sie probujac recytowac Szekspira. Jest mu trudno, jaka sie, zapomina... Po drodze napotykaja takich samych jak oni wloczegow, a to muzykow cyrkowych, a to artystow z music hallu. Wlasciwie na scenie nie ma dekoracji, poza kilkoma starymi, polamanymi krzeslami, owym wozkiem z supermarketu, jakimis szmatami... Dulcynea staje jakas przypadkowo napotkana dziewczyna a w pasowaniu na rycerza pomaga amerykanska flaga. Grupe Harleyowcow Don Kiszot bierze za rycerzy...

W skrocie...spektakl, to feeria gagow, dowcipow, dobrych plet a wszystko to na tle amerykanskiego folku i odglosu syren policyjnych znanych nam z amerykanskich filmow. Wyprawa naszych wloczegow konczy sie zle, tak jak najczesciej zle konczy sie ludzkie zycie. Zgarnieci przez policje dowiaduja sie, ze uszli zaledwie kilka kilometrow, ze z marzen nic nie wyszlo, ze wszystko juz jest przegrane...Umierajacego Don Kiszota wywozi na wozku z supermarketu jego najblizszy towarzysz, jak smiecia...jak odrzut naszej konsumpcyjnej cywilizacji.

Jest to najbardziej humanistyczny, aktualny, nosny spektakl jaki widzialam od lat. Nie bylo to moje pierwsze przedstawienie wyrezyserowane przez Irine Brook. Chodze na jej spektakle od lat i jest to wtedy prawdziwe teatralne swieto. Jest najlepsza i nie wiem, czy nie przerosla juz nawet slawnego ojca. Na poczytku przyszlego roku ma byc w Paryzu z Burza Szekspira. Polecam!


poniedziałek, 7 grudnia 2009

Czy Klata podobal sie Francuzom?






Juz sam fakt zaproszenia polskiego przedstawienia na prestizowy Festiwal Jesienny do Paryza jest sporym wyroznieniem. Co do tej kwestii nikt nie ma watpliwosci. Pozostaje pytanie, czy spektakl Jana Klaty „Sprawa Dantona spodobal sie Francuzom?
Nie bez znaczenia jest fakt, ze wystawienia „Sprawy Dantona„ nie zaplanowano w zadnym prestizowym teatrze w centrum miasta, jak to mialo miejsce w wypadku „Apollonii” Warlikowskiego. Nie byl to tez, jak przypuszczam, przypadek. „Sprawe Dantona” w rezyserii Jana Klaty, zagrano w Créteil, na odleglych „przedmiesciach” Paryza. Mysle, ze wybor tego miejsca mialo spore znaczenie w lekturze przedstawienia. Przedmiescia francuskie zamieszkuja bowiem wyrzucane poza granice miasta, gorzej wyksztalcone, biedne, kolorowe grupy ludnosci. Na przedmiesciach zyje sie zle, ale to nie znaczy, ze ich mieszkancy na takie zycie sie godza. Co kilka lat, ostatnio w 2005 roku buntuja sie i wtedy przedmiescia plona... Francuzi boja sie przedmiesc, nazywaja je „bomba z opoznionym zaplonem” ale problem pozostaje nierozwiazany, dojrzewa...



Gdy wiec zobaczylam na scenie przestrzen zagracona dziesiatkami tekturowych domkow- ruder, rozpadajacych sie barakow, skojarzylam je z atmosfera owych przedmiesc, z ich brudnymi blokami, z ich bieda i brakiem nadzieji na przyszlosc. U Klaty, rewolucja rodzi sie wsrod kartonowych barakow i tam wlasnie odbywaja sie, slowne potyczki kliki Dantona i Robespierra, cynicznego racjonalizmu i rewolucyjnego nawiedzenia. Idea jest genialna i bardzo czytelna we Francji.



Nie wiem, czy Francuzom podobal sie tekst Przybyszewskiej. Nie wiem tez, czy mogli ten tekst docenic, gdyz czytali tlumaczenie na podwieszonych pod sufitem ekranach. Niestety tlumaczenie, chocby bylo najlepsze, zabija nierzadko dowcip i ironie, zwlaszcza gdy nie jest dobrze zsynchronizowane. A odnioslam wrazenie, ze nie bylo. Ponadto dekoncentruje... Tekst Przybyszewskiej byl jednak tylko pretekstem wtornym do samej inscenizacji. Tak czy inaczej, Francuzi znaja znakomicie swoja historie i wszystkich bohaterow dramatu pamietaja ze szkolnej lawy. Wystarczylo tylko rozpoznac postaci. I tu wielki uklon w strone rezysera, ktory w genialny sposob odmalowal swoimi aktorami charaktery i osobowosci bohaterow dramatu Przybyszewskiej.



Czy Klata uwiodl francuska publicznosc? Mysle, ze tak. Uwiodl wspaniala wyobraznia inscenizacyjna, finezja gry aktorow, dynamika spektaklu i szalonymi, dowcipnymi rekwizytami. Na „Sprawie Dantona” sie nie nudzimy, nie ma tez szans na drzemke, z ktorej w kazdej chwili moze nas wyrwac psychodeliczny TREX swoimi „Dziecmi rewolucji” , Tracy Chapman „Talking about the revolution”, „Etiuda Rewolucyjna” Chopina czy tez Marsylianka. Muzyka jest znakomita, wyczuwalne sa wplywy Tadeusza Kantora, ktory krasil dosc gesto swoje przedstawienia mocnymi emocjonalnie kawalkami.
Znakomite i czytelne sa tez pily elektryczne ktorymi aktorzy zapowiadaja terror, choc we Francji kojarza sie one takze z aparatami Karchera, ktore chcial uzyc swego czasu Sarkozy aby, jak to powiedzial „oczyscic” przedmiescia.



W calym Paryzu reklamuje sie od kilku tygodni wodke „Sobieski” ktora ma byc, jak twierdza slogany, prawdziwie polska. Nasz szczescie, dzieki takim artystom jak Warlikowski, Lupa czy Klata, polski teatr staje sie obok wodki i ogorkow znakomitym polskim towarem eksportowym.
A jesli wierzyc organizatorom odbywajacego sie wlasnie festiwalu „Boska Komedia” w Krakowie, pelniacego cos w rodzaju targu polskiego teatru, eksportowych przedstawien nie brakuje. To dobry znak, ze o nasze miejsce w Europie, nasz image, walczymy kultura.

piątek, 13 listopada 2009

Krzysztof Warlikowski w Paryzu


"Jest Pan diablem Panie Warlikowski" -zamierzalam powiedziec rezyserowi na spotkaniu w Akademii Sztuk Pieknych, ale nie starczylo mi odwagi...
”(A)pollonie” udalo mi sie, chyba cudem, obejrzec w srode wieczor. Nie spodziewalam sie, ze zabraknie biletow do sali, ktora moze pomiescic 1250 osob a tak sie stalo. Wiec na schodach przed teatrem polowalo na bilety, bo inaczej tego nie mozna nazwac, okolo trzydziestu osob, zaczepiajac przechodniow kartka z napisem „Je cherche une place”. Na doslownie kilka minut przed rozpoczeciem przedstawienia, panowie wydajacy sprzedane juz bilety zdecydowali sie udostepnic kilka miejsc z tzw. gorsza widocznoscia, czyli bez mozliwosci czytania francuskich napisow. Czytac francuskich napisow nie musialam, wiec miejsce kupilam, i okazalo sie bardzo dobre.

Ogladanie spektaklu Warlikowskiego nie nalezy do przyjemnosci, jest to raczej rodzaj przemocy dokonawany na wlasnym ciele i umysle. Przede wszystkim spektakl trwa 4.5 godz. Ale to nie o dlugosc chodzi ale o to, co sie oglada. A wiec jesli nie jest to gwalt na kobiecie, to jest to gwalt na dziecku, morderstwo na mezu albo samobojstwo i bazgranie wlasna krwia na szybie. Aktorzy wlasciwie do siebie nie mowia, raczej krzycza do widowni przy pomocy gesto rozstawionych mikrofonow. Jesli ktos lubi akty meskie, to mogl sie rowniez napatrzec do woli. Brzydota, zlo, przemoc, koszmar. Natomiast koszmar znakomicie oswietlony i scena przypomina mniej scene teatralna a bardziej telewizyjna gale programu rozrywkowego, pelna kamer i aparatury technicznej.

Warlikowski zbudowal swoj autorski, jak podkresla, spektakl korzystajac z literatury i mitologii antycznej. Tak wiec grecka heroina, Ifigenia, poswiecona przez ojca dla uratowania Troi u Warlikowskiego jest rozpuszczona nastolatka w sukience od pierwszej komunii, zgwalcona przez ojca dla jego kariery. Agammemnon, ktory wraca spod Troi nie jest mitologicznym bohaterem, ale hitlerowskim nazista, ktory stwierdza zimno i cynicznie, ze kazdy z nas, gdyby znalazl sie w jego sytuacji, robilby to samo, czyli zabijal.

Alkesta, ktora w mitologii oddaje swoje zycie za zycie meza, u Warlikowskiego jest osoba, pozbawiona milosci, chora psychicznie, ktora w konsekwencji popelnia samobojstwo. Tytulowa polska Apolonia, ktora przechowywala w czasie wojny Zydow, za co przyplacila zyciem, nie jest bohaterka, ale jakas dziwka puszczajaca sie z Niemcem, liczac na jego przychylnosc. Do tego Warlikowski dorabia jej „gebe” sugerujac, ze uratowala Ryfke tylko dlatego, ze ta miala aryjski „wyglad” sugerujac antysemityzm i falszujac tym samym historie Hanny Krall tylko po to, zeby nam udowodnic, ze Apolonia nie byla ani szlachetna, ani odwazna.
Sedzia Yad Vashem to klaun, ohydny, pyszny i zarozumialy a Zydzi, ktorzy ukrywaja sie pod podloga, w strachu przed Niemcami, dusza wlasne dziecko. Syn Ryfki, ktory odbiera w jej imieniu medal Yad Vashem tez jest morderca, bo strzela do Palestynczykow. Warlikowski nie oszczedza nikogo. Jego swiat jest pelen okrucienstwa i zla, bolu i nienawisci a dobro... tez staje sie relatywne, gdyz to zle intencje stoja za jego czynieniem.

Diabelskie to myslenie, taka relatywizja wartosci na ktorych zbudowalismy nasza cywilizacje, ale widac, jego wizja swiata sie podoba, widac znajduje posluch, bo cala prasa francuska pisze pod adresem Warlikowskiego peany. Faktem jest, ze dzieki niemu o Polsce sie mowi i to w bardzo dobrym kontekscie. I za to mu wielkie dzieki sie naleza.

Na wczorajszej konferencji prasowej pytano go o tytul spektaklu. Dlaczego pierwsze (A) jest w cudzyslowiu? Wydawac by sie moglo z tytulu, ze spektakl bedzie o Apolonii i Polonii czy Polsce. Ale w przedstawieniu nie ma zadnych polskich odwolan poza historia Polki ratujacej Zydow. Warlikowski tlumaczyl na konferencji, ze chodzilo o jego fascynacje Apollonem. Ale czy byl szczery? Czy przypadkiem owe (A) to nie jest greckie „a pozbawiajace” ktore tworzy przeczenie jak np. spoleczny-aspoleczny, moralny-amoralny. Czy przypadkiem owe (A) to nie jest aluzja do (A) Polonii ? Czy ten jego opis swiata nie odnosi sie nas samych?
Nie czujemy sie po spektaklu zbyt dobrze, ale jak to powiedzial jeden z teoretykow teatru, jesli jestes szczesliwy, to idz do karczmy, nie do teatru.