foto

foto
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warlikowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warlikowski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 lutego 2010

Krzysztofa Warlikowskiego odchodzenie od teatru - "Tramway" w paryskim Odeonie



Aby zaistnial teatr wystarcza dwa elementy, aktor i widz. W teatrze aktor posluguje sie slowem i dobrze byloby, gdyby slowo bylo dla widza zrozumiale a tylko wtedy irytuje, zmusza do myslenia czy smieszy. Dobry spektakl to taki, w ktorym sie „iskrzy” pomiedzy scena i widownia, podczas spektaklu buduje sie rodzaj porozumienia i wspolnoty. Tam, gdzie konczy sie slowo, konczy sie teatr. Jesli wlasnie w ten sposob rozumiemy sztuke noszaca nazwe teatr, to spektakl Krzysztofa Warlikowskiego „Tramway” wyrezyserowany w paryskim „Odeonie” juz teatrem nie jest.  Sprobuje wyjasnic dlaczego.

Premiera „Tramwaju” odbyla sie dwa tygodnie temu. Prasa paryska przygotowywala sie na wielkie wydarzenie, bilety zostaly sprzedane blyskawiczne. Przed premiera czytywalo sie o Warlikowskim peany- najbardziej tworczy, wielki, geniusz - padaly epitety. I nagle po premierze totalna klapa i rozczarowanie.

Zacytuje tylko jeden dziennik, „Le Figaro”, gdyz generalnie krytycy francuscy sa zgodni : « Krzysztof Warlikowski wogole nie interesuje sie Tennessee Williamsem. Ubogie tlumaczenie Wajdi Mouawada jest tylko wieszakiem dla tekstow, ktore nie maja nic wspolnego z dzielem. Jest to spektakl nowobogackiego w wiedzy . Isabelle Hupert podnieca sie sama soba przez trzy godziny w kreacjach wielkich projektantow, w scenach transmitowanych przez wideo, ktore niczemu nie sluza i jedynie ja oszpecaja. Robi wrazenie tylko na tych, ktorzy naprawde podziwiaja jej talent. Pozostali aktorzy nie maja nic do roboty. Klapa spowodowana pretensjonalnoscia i lekcewazeniem”.

Gdy rozpoczyna sie pierwsza scena przedstawienia, widzimy na wpol rozebrana Isabelle Hupert(Blanche) siedzaca na taborecie w stanie celkowitego stanu rozkladu psychicznego, czegos w rodzaju glebokiej depresji i ciezkiej choroby nerwowej. Belkocze cos niezrozumiale, zujac jablka- rzezi, pozniej wymiotuje.

Stopniowo w trakcie przedstawienia, choc nie bardzo wiadomo pod czyim i czego wplywem, zamienia sie w narcystyczna nimfomanke, probujaca za wszelka cene zwrocic na siebie uwage otoczenia. Ale swiat jej siostry, Stelli i jej polskiego meza ( Stanley Kowalski grany przez Andrzeja Chyre) jest juz uporzadkowany i dosc zamkniety. Jaki by to zwiazek nie byl, czy samo-.maso czy maso-sado nie ma w nim dla niej miejsca. Para, z ktora przyszlo jej zyc pod jednym dachem, na swoj sposob sie kocha, to znaczy zyje razem, oczekuje  na dziecko, spotyka sie z przyjaciolmi.

Problem polega na tym, ze Williams chcial pokazac Polaka - brutala, prostego chama a Chyra, ze swoim subtelnym francuskim ani nie potrafi takiego zagrac, ani chyba nie tak przez Warlikowskiego zostal ustawiony do grania. Jest wiec nijaki, placze sie nie wiadomo po co po scenie, zreszta podobnie jak jego zona Stella.

Poniewaz Warlikowski chcial skupic uwage widowni tylko na Isabelle Hupert (moze dlatego, ze to wlasnie ona robi kase-nie oszukujmy sie), ubierajac ja do tego w stroje od Diora i Yves Saint Laurenta, to widz, tylko na niej sie skupia. W rezultacie nie ma sztuki Williamsa, nie ma dramatu...

A co w takim razie jest? Imponujaca, oczarowujaca scenografia Malgorzaty Szczesniak. Zbudowane z plexiglasu dlugi, ciagnacy sie w poprzek calej sceny korytarz z tradycyjnymi juz rekwizytami (toaleta, wanna, umywalka-ktos zlosliwie powiedzial, ze Warlikowski podpisal umowe o reklame z jakas firma sprzedajaca sprzet hydrauliczny). Wreszcie paralizujace wzrok, bardzo silne oswietlenie i ogluszajaca muzyka, albo spiewana przez Renate Jett, albo puszczana, rodzaj techno, z glosnikow i wprowadzajaca nas w rodzaj psychodelicznego transu.

Pozwole sobie powiedziec, ze jesli obrac ten spektakl ze scenografii, muzyki i swiatel, to nie zostanie absolutnie nic. Przez trzy godziny patrzymy sie na scene jak na migajacy ekran, nie myslac, probujac cos zrozumiec, co nam slabo wychodzi, ale urzeczeni feeria swiatel, niczym przed spektaklem ogni sztucznych i nie potrafimy wyjsc.

To nie jest pierwszy ogladany przeze mnie spektakl Warlikowskiego. Zakochalam sie „Aniolach w Ameryce”, wyszlam z mieszanymi uczuciami z „(A)polonii” natomiast „Tramway” nie jest juz dla mnie teatrem, ale uzurpacja teatru.

Mysle, ze Warlikowski byl znakomity gdy bral na warsztat teksty, dobre teksty, dobrych dramaturgow takie jak „Dybuk" czy "Anioly w Ameryce”, ktore po prostu trudniej zepsuc. Natomiast, gdy zaczal wystawiac tekstowy przyslowiowy groch z kapusta, schodzi po linii pochylej. Co nie oznacza, ze nie bedzie w dalszym ciagu swietnie sie sprzedawal na Zachodzie. Po pierwsze dlatego, ze jest inny, intrygujacy i w gruncie rzeczy oryginalny. Jego styl jest rozpoznawalny i robi wrazenie teatru awangardowego. Po drugie, co tu ukrywac, choc nie powinnam o tym mowic, zawsze znajda sie teatry, ktorych dyrektorzy oficjalnie afiszuja swoje preferencje nie tylko artystyczne, ale rowniez seksualne. Dyrektor teatru Odeon, Olivier Py jest, jak sam wyznaje, „katolikiem i homoseksualista”. I on takze szokuje swoja operowa widownie striptisami  aktorow.

Dodam tylko, ze orientacja seksualna artystow jest mi calkowicie obojetna, pod jednym warunkiem, ze robia dobry teatr a nie gnioty.

piątek, 13 listopada 2009

Krzysztof Warlikowski w Paryzu


"Jest Pan diablem Panie Warlikowski" -zamierzalam powiedziec rezyserowi na spotkaniu w Akademii Sztuk Pieknych, ale nie starczylo mi odwagi...
”(A)pollonie” udalo mi sie, chyba cudem, obejrzec w srode wieczor. Nie spodziewalam sie, ze zabraknie biletow do sali, ktora moze pomiescic 1250 osob a tak sie stalo. Wiec na schodach przed teatrem polowalo na bilety, bo inaczej tego nie mozna nazwac, okolo trzydziestu osob, zaczepiajac przechodniow kartka z napisem „Je cherche une place”. Na doslownie kilka minut przed rozpoczeciem przedstawienia, panowie wydajacy sprzedane juz bilety zdecydowali sie udostepnic kilka miejsc z tzw. gorsza widocznoscia, czyli bez mozliwosci czytania francuskich napisow. Czytac francuskich napisow nie musialam, wiec miejsce kupilam, i okazalo sie bardzo dobre.

Ogladanie spektaklu Warlikowskiego nie nalezy do przyjemnosci, jest to raczej rodzaj przemocy dokonawany na wlasnym ciele i umysle. Przede wszystkim spektakl trwa 4.5 godz. Ale to nie o dlugosc chodzi ale o to, co sie oglada. A wiec jesli nie jest to gwalt na kobiecie, to jest to gwalt na dziecku, morderstwo na mezu albo samobojstwo i bazgranie wlasna krwia na szybie. Aktorzy wlasciwie do siebie nie mowia, raczej krzycza do widowni przy pomocy gesto rozstawionych mikrofonow. Jesli ktos lubi akty meskie, to mogl sie rowniez napatrzec do woli. Brzydota, zlo, przemoc, koszmar. Natomiast koszmar znakomicie oswietlony i scena przypomina mniej scene teatralna a bardziej telewizyjna gale programu rozrywkowego, pelna kamer i aparatury technicznej.

Warlikowski zbudowal swoj autorski, jak podkresla, spektakl korzystajac z literatury i mitologii antycznej. Tak wiec grecka heroina, Ifigenia, poswiecona przez ojca dla uratowania Troi u Warlikowskiego jest rozpuszczona nastolatka w sukience od pierwszej komunii, zgwalcona przez ojca dla jego kariery. Agammemnon, ktory wraca spod Troi nie jest mitologicznym bohaterem, ale hitlerowskim nazista, ktory stwierdza zimno i cynicznie, ze kazdy z nas, gdyby znalazl sie w jego sytuacji, robilby to samo, czyli zabijal.

Alkesta, ktora w mitologii oddaje swoje zycie za zycie meza, u Warlikowskiego jest osoba, pozbawiona milosci, chora psychicznie, ktora w konsekwencji popelnia samobojstwo. Tytulowa polska Apolonia, ktora przechowywala w czasie wojny Zydow, za co przyplacila zyciem, nie jest bohaterka, ale jakas dziwka puszczajaca sie z Niemcem, liczac na jego przychylnosc. Do tego Warlikowski dorabia jej „gebe” sugerujac, ze uratowala Ryfke tylko dlatego, ze ta miala aryjski „wyglad” sugerujac antysemityzm i falszujac tym samym historie Hanny Krall tylko po to, zeby nam udowodnic, ze Apolonia nie byla ani szlachetna, ani odwazna.
Sedzia Yad Vashem to klaun, ohydny, pyszny i zarozumialy a Zydzi, ktorzy ukrywaja sie pod podloga, w strachu przed Niemcami, dusza wlasne dziecko. Syn Ryfki, ktory odbiera w jej imieniu medal Yad Vashem tez jest morderca, bo strzela do Palestynczykow. Warlikowski nie oszczedza nikogo. Jego swiat jest pelen okrucienstwa i zla, bolu i nienawisci a dobro... tez staje sie relatywne, gdyz to zle intencje stoja za jego czynieniem.

Diabelskie to myslenie, taka relatywizja wartosci na ktorych zbudowalismy nasza cywilizacje, ale widac, jego wizja swiata sie podoba, widac znajduje posluch, bo cala prasa francuska pisze pod adresem Warlikowskiego peany. Faktem jest, ze dzieki niemu o Polsce sie mowi i to w bardzo dobrym kontekscie. I za to mu wielkie dzieki sie naleza.

Na wczorajszej konferencji prasowej pytano go o tytul spektaklu. Dlaczego pierwsze (A) jest w cudzyslowiu? Wydawac by sie moglo z tytulu, ze spektakl bedzie o Apolonii i Polonii czy Polsce. Ale w przedstawieniu nie ma zadnych polskich odwolan poza historia Polki ratujacej Zydow. Warlikowski tlumaczyl na konferencji, ze chodzilo o jego fascynacje Apollonem. Ale czy byl szczery? Czy przypadkiem owe (A) to nie jest greckie „a pozbawiajace” ktore tworzy przeczenie jak np. spoleczny-aspoleczny, moralny-amoralny. Czy przypadkiem owe (A) to nie jest aluzja do (A) Polonii ? Czy ten jego opis swiata nie odnosi sie nas samych?
Nie czujemy sie po spektaklu zbyt dobrze, ale jak to powiedzial jeden z teoretykow teatru, jesli jestes szczesliwy, to idz do karczmy, nie do teatru.