foto

foto
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 marca 2015

Paryż stolicą książki?

Genialny francuski rysownik Sempé
Miałam to szczęście, że dorastałam w czasach, gdy czytanie nobilitowało, książka była przedmiotem pożądania, jej posiadanie świadczyło o statusie społecznym i było świadectwem przynależenia do tej lepszej części społeczeństwa a rodzice wpajali w nas, że książka jest źródłem mądrości, wiedzy i emocji, jakich nic nie jest nam w stanie zastąpić...

Moja osobista miłość do książek zaczęła się bardzo wcześnie, chyba od bibliobusu, który przyjeżdżał raz w tygodniu na naszą ulicę i dzieci pędziły, żeby wymienić wypożyczone książki na nowe. Ale największą radością były majowe kiermasze przed Pałacem Kultury, corocznie rozstawiały tam stoiska wszystkie polskie najważniejsze wydawnictwa i można było, po odstaniu w kolejce, zdobyć autograf ulubionego pisarza. Wiele zawdzięczam również rodzicom-pod choinkę kupowali mi tylko książki!

W paryskim metrze
Warszawa była wówczas naszpikowana księgarniami i starymi antykwariatami. Na studiach, po zajęciach obchodziłam je moją ulubioną trasą. Zaczynałam zazwyczaj od Wydawnictwa Literackiego na rynku Starego Miasta, później szłam do antykwariatu na Piwnej, następnie do Księgarni wojskowej na Krakowskim Przedmieściu, do Prusa a na końcu rozpoczynały się antykwariaty i księgarnie na Nowym Świecie, z obowiązkową wizytą u pani Blanki w PIW-ie na Foksal, która jeśli była w dobrym nastroju, to zawsze wyciągała jakieś cymesy spod lady. Kończyłam obchód w Czytelniku na Wiejskiej, albo w  Kosmosie ze starodrukami w Alejach Ujazdowskich.

Od tego czasu minęły lata, zmieniły się czasy... Książka w Polsce stała się towarem - trzeba na niej zarobić, musi być dochodowa i już niestety nie nobilituje. Nobilitują dalekie podróże, własne mieszkanie, samochody. To dziwne, ale wśród moich znajomych prawie nikt już nie chwali się, że przeczytał książkę. Raczej pozbywają się tych zajmujących zbyt wiele miejsca i niezbyt atrakcyjnych przedmiotów. Księgarze są na wymarciu, antykwariaty zresztą też a te, które się utrzymały, stosują ceny zaporowe. W grudniu byłam w Warszawie i zajrzałam na Piwną-Stare Miasto stało się kulturalnie wymarłą dzielnicą, wyprowadziły się stamtąd prawie wszystkie galerie sztuki, ale antykwariat jeszcze jest. Rozmawiałam z właścicielką- waha się czy go nie zamknąć - rodzina coraz częściej się buntuje, nie chce dokładać do „interesu”. Byłam też w kilku brzydkich "sieciówkach", ale nie znalazłam w nich nic z mojej listy. Czuły barbarzyńca, gdzie robię zazwyczaj zakupy był zamknięty-remanent. Wydaje mi się, że dla książki w Polsce przyszły trudne czasy...

Mediateka w Kremlin-Bicetre
A jak sytuacja wygląda we Francji, gdzie od kilku już lat, ogarnięta moją pasją do słowa drukowanego kupuję, wypożyczam i wyszukuję je na pchlich targach i w antykwariatach? Dla miłośników książek, Francja jest rajem. Pewnie też takim była za czasów Boya-Żeleńskiego, ale mam wrażenie, że przez cały okres powojenny w rozwój rynku księgarskiego włożono wiele pieniędzy. Na powodzenie składa się jednak wiele elementów-wysoki poziom wykształcenia, tradycja i polityka państwa, które mimo iż musi ostatnio zaciskać pasa, to jednak nadal bardzo wysoko subwencjonuje kulturę.


Francuzi czytają, wypożyczają i kupują. Widać ich z książkami w metrze, w parkach, w kawiarniach i bibliotekach. Czytają wszędzie. Czy książka jest droga?  Istnieje stała, ustalona odgórnie przez wydawcę cena na książki, co sprawia, że we wszystkich księgarniach kosztują one tyle samo, z wyjątkiem sieci FNAC-a, gdzie po wykupieniu odpowiedniej karty, za kilka euro, można mieć 5 proc. zniżki. Obniżki, wyprzedaże? Jak najbardziej, ale na kolorowe albumy o sztuce, książki kucharskie i przewodniki o tym jak uprawiać ogród.

Nowoczesna biblioteka w Malakoff
Z ostatniej „Polityki” oraz z wypowiedzi Zygmunta Miłoszewskiego dowiedziałam się, że w Polsce trwa debata nad ustaleniem stałej ceny na książki. Przeciwnicy projektu utrzymują, że książka jest takim samym towarem jak każdy inny i musi podlegać zasadom rynkowym. W debacie, zwolennicy stałej ceny książki powołują się na obowiązujące od 1981 roku we Francji prawo Jacka Langa, socjalisty, polityka, który je wprowadził. Miało ono na celu ochronę czytelnictwa i doskonale się moim zdaniem sprawdziło. Wydawca ustala cenę wydrukowaną na okładce książki i za taką cenę muszą ją sprzedawać dystrybutorzy. Wszyscy dystrybutorzy! Supermarkety i księgarnie internetowe, księgarnie i sieci takie jak FNAC. Państwo doszło do wniosku, że książka jest wartością- nie towarem i żeby wspierać pisarzy i czytelnictwo, trzeba ją chronić.

Wnętrze księgarni Albin Michel na St. Germain
Istnieje więc wiele wspaniałych, pięknych i doskonale wyposażonych księgarń, które zachowały klimat świątyń słowa drukowanego. Wchodzi się do nich, jak do miejsc wyrafinowania i elegancji, książki są rozłożone na eleganckich stojakach.  Byłam wczoraj w księgarni Albin Michel na St. Germain de Pres i jest to miejsce, gdzie przebywa się z przyjemnością. W tych najlepszych księgarniach, nie sprzedaje się ani artykułów papierniczych ani zabawek. Mniejsze znane mi księgarnie otwierają również w swoich wnętrzach kawiarnie albo herbaciarnie-na przykład Thé des Ecrivains, która organizuje regularnie spotkania z autorami i wydawcami.

Gdzie można więc kupić książki naprawdę tanio? Chyba jedynie u bukinistów nad Sekwaną-czasem nawet można natrafić na jakąś nowość, ale z reguły sprzedają oni książki starsze. Ale jak to wiedzą ci, którzy uczyli się marketingu, wyższa cena nie musi odstraszać, wręcz odwrotnie! Z tym, że ceny nowych książek we Francji nie są wysokie, od kilku do kilkunastu euro. Za ostatni bestseller Houllebecque’a trzeba zapłacić 21 euro, ale z reguły większość nowości kosztuje poniżej 20 euro.

Francuzi dbają o czytelnictwo i kulturę nie tylko poprzez wprowadzenie stałych cen. Wybudowali w Paryżu i na jego przedmieściach nowoczesne, bardzo dobrze wyposażone mediateki. Byłam ostatnio w trzech z nich, w Massy, Malakoff i w Kremlin-Bicetre. Książki są dostępne za darmo, natomiast, aby mieć dostęp do płyt i filmów, trzeba zapłacić 60 euro rocznie, co nie jest kwotą zbyt wygórowaną...Te Mediateki to są całe centra kultury-odbywają się tam festiwale, spotkania, wystawy-są również bardzo dobrze wyposażone w książki. Na przykład, zaskoczyły mnie bogate zbiory tłumaczeń literatury polskiej. W takich mediatekach działają Kluby żywego słowa-czytelnicy zbierają się i czytają na głos literaturę, albo o niej dyskutują. Raz w tygodniu, raz w miesiącu...znam kilka takich klubów. 
Wnętrze mediateki w Kremlin-Bicetre


Dlaczego ustawa o stałych cenach na książki jest ważna? Ponieważ daje społeczeństwu sygnał, że czytanie książek jest czymś ważnym, że państwo ceni pisarzy, szanuje ich pracę. Ten sygnał odbiorą również czytelnicy. We wrześniu, gdy rozpoczął się tzw. sezon literacki, na rynku pojawiło się 400 tytułów stających w szranki o nagrody debiutujących pisarzy i to tylko francuskojęzycznych! Paryż stolicą książki? Jak najbardziej!


Wszystkich wielbicieli literatury polskiej w Paryżu czeka niebawem wielka niespodzianka, bowiem najbliższy paryski Salon książki będzie gościł 21 (!!!) pisarzy z Polski. Już od 20 marca! 

piątek, 17 września 2010

Kobieta w Berlinie


Teatr « Rond Point » wystawil « Kobiete w Berlinie”, anonimowy dziennik  pisany przez kobiete miedzy  kwietniem i  czerwcem 1945 roku. Kupilam bilety, ale tego samego dnia przeczytalam recenzje w "Liberation", ze ksiazka wspaniala, ale dzielko teatralane dosc mialkie. Nie wytrzymuje, siegam po ksiazke. Dzis skonczylam. Prawie czterysta stron odtworzonych z drobnych karteczek, zapiskow  w szkolnych zeszytach, notatek pisanych kazdego dnia, kazdej nocy.

Ksiazka zaczyna sie, gdy Rosjanie sa dopiero na przedmiesciach Berlina, rozpoczynaja sie bombardowania wymagajace od mieszkancow miasta chowania sie nocami do schronow. Schodzi tam cala kamienica, w wiekszosci kobiety, mlode dziewczyny, dzieci, czasem jakis starzec. Od poczatku w atmosferze podziemnego bunkra pojawia sie strach, strach przez hordami ruskich zolnierzy, strach o zycie, o godnosc kobiet, ktorych nie ma kto bronic przed hanba.

Wreszcie sa, zajmuja miasto. Autorka, ktora jako swietnie wyksztalcona 30-letnia kobieta sporo podrozowala i zna troche jezyk rosyjski potrafi sie nawet z nimi porozumiec. Ale bynajmniej nie obroni ja to przed najgorszym. Na poczatku nie biora kobiet sila, pytaja, prosza, mowia o milosci, o zonie, proponuja ponczochy, jedzenie, ale w wypadku odmowy staja sie natretni i domagaja sie swojego.Rzadko rezygnuja, chyba, ze kobieta jest w ciazy, albo ze w malym lozeczku spia malutkie dzieci, wtedy odchodza, jak psy ida dalej weszyc, szukac nastepnej ofiary. Ich ulubionym celem staja sa kobiety grube, ale w Berlinie, w 1945 roku panuje glod. Kobiety karmia sie gotowanymi pokrzywami, luksusem sa chleb i ziemniaki, ale brakuje nawet tego.

Autorka dziennikow, brutalizowana przez dwoch zoldakow postanawia sie bronic, znalezc kogos, kto moglby   zabezpieczyc ja przed innymi, gwarantowal jako takie traktowanie. Tym pierwszym staje sie Anatol,   pozniej zastapi go major, zawodowy zolnierz. I jeden i drugi daja jej jako taka ochrone a co najwazniejsze, przynosza jedzenie, o ktore Niemcom wowczas bardzo trudno. 

Rosjanie czyli jak nazywaja ich Niemki „Iwany” kochaja zegarki, chlubia sie noszac  je na obu rekach, czasem po szesc, siedem. Pija a wtedy staja sie brutalni i nieobliczalni, traca nad soba kontrole, ale szanuja kobiety wyksztacone. Wiedza im imponuje, wzbudza podziw.  Nie tak jak u Niemcow, ktorzy cenia sobie kobiety glupie, latwiejsze do dominacji.

Portrety Rosjan nie sa jednorodne. „zaczelam ich rozrozniac”-pisze. Tych, ktorych trzeba sie bac i ich unikac i innych, czesto dzieci, wrazliwych i szukajacych przede wszystkim kontaktu z innymi ludzmi.
Autorka opisuje dzien po dniu zycie codzienne w kamienicy, walke o zywnosc, ktora staje sie codziennym, najwazniejszym zajeciem mieszkancow Berlina, chodzenie po wode, o ktora bardzo trudno i strach przez „Iwanami”, koniecznosc nieustannego czuwania, we dnie i nocy, aby nie stac sie ofiara meskiej zadzy.
Nie ma  w tej ksiazce zadnych emocji, nie ma nienawisci, milosci, nie ma szczescia ani rozpaczy. Jest jedynie zimna, racjonalna analiza sytuacji, w ktorej trzeba umiec sie znalezc, zeby przezyc. A wowczas wszystkie metody sa dozwolone. Gdy doskwiera glod, godnosc i moralnosc staja sie wartosciami wzglednymi.

Czyta sie ze ksiazke znakomicie, az czasem trudno uwierzyc, ze napisala ja mloda, zaledwie trzdziestoletnia dziennikarka, robi wrazenie dojrzalosc i tolerancja wobec czesto okrutnych i bezwzglednych  okupantow. Oni sa tacy sami jak my, pisze w ktoryms momencie, tylko na nizszym poziomie, tak samo bylo gdy Teutonczycy zaatakowali Rzym, oni tez nie mogli sie oprzec  zadzom jakie wywolywaly w nich pachnace perfumami i zadbane kobiety podbitego kraju. Wojna, kazda wojna oznacza przemoc wobec kobiet. W Berlinie w tym okresie, rosyjscy zolnierze dokonali okolo 100 tys. gwaltow.
W niedziele zobacze, co z dziennika, tej literatury faktu, udalo sie przeniesc na scene. Szczerze, nie spodziewam sie zbyt wiele.

środa, 8 września 2010

"Wierze w koty i w rum, i w slonce, i w zielone drzewa, i w wolnosc"- o ksiazkach Andrzeja Bobkowskiego



« Szkice piorkiem” przeczytalam wiele lat temu. Oczarowal mnie odwazny, barwny  jezyk i osobowosc autora. Nigdy wczesniej nie czytalam nikogo o tak prostym, niezginajacym sie kregoslupie moralnym. Na kazdej stronie czulo sie owo  wyszarpywanie wolnosci, w  plonacej, zniewolonej totalitaryzmami Europie. Bobkowski uwiodl mnie soba. Osobowoscia szalenca, ktory podczas gdy „na calym swiecie wojna” na rowerze przemierza Francje.  Przez kilka lat przedziera sie przez przelecze, spi pod golym niebiem,  postepuje na przekor,  wbrew logice i zdrowemu rozsadkowi. Byl inny. Piszacy w PRL-u mieli zniewolony umysl, ci na emigracji, przetracony nierzadko kregoslup. Bobkowski byl unikalny, nie nalezal, ani do jednych ani do drugich. W co wierzyl?
Wierze w koty i w rum, i w slonce, i w zielone drzewa, i w wolnosc. Chce miec prawo zdechnac z glodu, jezeli sobie nie dam rady. I zyc na litosc boska, zyc troche tak, jak mnie sie podoba, a niekoniecznie tak, jak sie podoba jakiejs zas...ideologii. Amen.  Mam pragnienie. Rumu Darby Mc Graw jak wolal kapitan Flint w Savannah. Po czym wykitowal. „Ale co se uzyl to se uzyl”-pisal w „Szkicach piorkiem”.

 Do niedawna nawet nie wiedzialam, ze jakies inne ksiazki Andrzeja Bobkowskiego istnieja. To znaczy wiedzialam, ze wychodzily, ale jakos nie bylo okazji  do nich dotrzec. I wreszcie,  gdzies na poczatku tego roku dowiedzialam sie, ze grupa studentow z Lodzi organizuje podroz po Francji sladami Bobkowskiego. Obserwowalam ich peregrynacje, czytalam fragmenty z jego ksiazek dotyczace Francji i Paryza. Dowiedzialam sie, ze tu mieszkal,  ponad osiem lat.  
Podczas ostatniego pobytu w warszawskim „Czulym barbarzyncy” dostrzeglam  ksiazki Bobkowskiego na ladzie przy samym wejsciu. Wzielam wszystkie: „Listy do Jaroslawa Iwaszkiewicza-Tobie zapisuje Europe”, „Listy z Gwatemali do matki” , „Z dziennika podrozy” i wreszcie zbior opowiadan-„Punkt rownowagi”. Przeczytalam je, jedna pod drugiej, jak swiete ksiegi, powolutku przekladajac kartki  aby zatrzymac radosc  czytania na jak najdluzej.

Lekture rozpoczelam od listow do Jaroslawa Iwaszkiewicza, ktore zostaly podane do druku i opracowane bardzo starannie przez Jana Zielinskiego. Korespondencja pelna niezwyklej energii, optymizmu, brawury slownej i oczywiscie pelna fantastycznych anegdot.  Najbardziej podobal mi sie opis, gdy Bobkowski jest zapraszany przez Ambasade kierowana wowczas przez Jerzy Zagorskiego , o ktorym autor „Szkicow Piorkiem” nie byl chyba najlepszego zdania. „Wyprasowalem sobie granatowe ubranie, wypralem chustke do nosa i naostrzylem ozor”. Ale rano, w dniu literackiego spotkania, kupujac „Humanité”-(ironia autora!) wygrywa  los na loterii i natychmiast pedzi do jednej z najdrozszych paryskich restauracji, do „Maxima” i zamawia: ostrygi, languste i pstragi i jeszcze cos z rozna zakrapiajac to oczywiscie „szampitrem”. Przy kawie napisal list do Zagorskiego, ktory zaczynal sie slowami „Bog jest wielki a Lenin jego prorokiem, jak mowia katolicy spoleczni”. List konczyl sie wierszem Galczynskiego „juz lepiej sie powiesze, wietrzyk mnie pokolysze, raz na Wschod, raz na Zachod, das edwig polnische”. Po czym zawiozl wlasnorecznie list Zagorskiemu, przepraszajc , ze nie moze sie zjawic na wieczorze.
Polknelam rownie szybko jego korespondencje z matka, tomik opowiadan „Punkt rownowagi”, ktore nie byly  juz pisane tak zywym, zlosliwym piorem, bardziej wykoncypowane. I wreszcie dotarlam do „Z dziennika podrozy” z najpiekniejszymi stronami jakie czytalam o Paryzu. Pierwszy tekst „Wiosna w Paryzu” zaczyna sie slowami „Czulo sie jej nadejscie w sobote. To moment przypominajacy otwarcie butelki szampana: korek powoli wysuwa sie, ciezko i opornie, a potem pyk!-jest wiosna.” Jest to tekst, w ktorym, jak moim zdaniem, w zadnym innym, ujawnia sie talent Bobkowskiego. Gdy liscie kasztanow zaczynaja sie otwierac, staja sie”damskim plaszczykiem z jedwabiu, wyszarpnietym wdziecznie z torebki w oczekiwaniu deszczu”. Mowa jest o poniedzialku, i o metrze i o ulicy Rivoli na ktorej, jak dzisiaj, jest „rojno i ciasno”. Czyta sie jego dziennik jak gdyby czytalo sie bloga o Paryzu, pisanego teraz, dzisiaj. Sa tam i opisy targow warzywnych i mentalnosci Francuzow „Moj stary, pisze o swoim szefie Bobkowski-i jemu podobni wieksi i mniejsi wiedna: pracuja coraz bardziej z dnia na dzien, tylko na chleb, garbiac sie z rezygnacja”. (tak jakbym widziala napisy na wczorajszym strajku „metro, bulot, caveau” czyli metro, praca i grob).
Do Paryza powraca piszac o pozegnaniu przed wyjazdem z Europy. Pakuje ostatnie ksiazki „ukladam je w kufrze i walizkach, wioze ze soba, a wydaje mi sie, ze jest to wieczor pozegnalny z Balzakiem, Flaubertem, Goncourtami (wlasciwie tylko Juliuszem), Gautierem i zaposilbym ja na koncu-pania Sand. Z France’em, Daudetem, le Bonem...” Moje salony-walizki pekaja w ten ostatni wieczor, caly tlum wielkich przyjaciol przechadza sie, z kazdym z nich zamieniam kilka slow i uscisk, usadzam”.
Ale nie zalowal, gdyz jak pisal przy wyjezdzie, byla juz w nim owa „ radosc przestrzeni, przemozna ochota zmierzenia sie znowu z nieznanym zyciem, odpuszczenia cieciw, ktore naprezone do kresu groza lukom peknieciem”. Nurknac w dal, wylamac kraty, moze wyimaginowane, i poczuc znowu slonce, zielen i wiatr. Podpisac zawieszenie broni z otoczeniem? Nie-buntowac sie swobodniej”.
Wielokrotnie zastanawialam sie podczas lektury, jak to mozliwe, aby pisarz, ktory zmarl ponad piecdziesiat lat temu stal sie nagle tak bardzo i w sposob tak oczywisty tak aktualny, dla mnie i dla calego mlodego pokolenia w Polsce. Nagle zaczeto go wydawac, czytac, stal sie modny i uznany-ktos nawet zalozyl fanclub na Facebooku. Studenci organizuja seminaria  i wycieczki sladami autora „Szkicow Piorkiem”. Stal sie nagle, piecdziesiat lat po swojej smierci czytelny, zywy i bardzo aktualny.
Mysle, ze Bobkowski wychowal sie i wyksztalcil w okresie dwudziestolecia miedzywojennego, literackie ostrogi zdobyl u „Skamandrytow”, ktorzy za Lehoniem powtarzali „A wiosna, niechaj wiosne, nie Polske zobacze”. Wojne przezyl we Francji, karmil sie francuska literatura i francuska kuchnia. Stad do polskich problemow  i wojen polsko-polskich czy polsko-sowieckich mial stosunek odlegly .”Nie ma we mnie zadnego komleksu ani nieuswiadomionej tesknoty. Kwestia lanow, makow i blawatkow i skowronkow nie odgrywala we mnie nigdy roli fundamentalnej. Jestem flanca, ktora latwo przyjmuje sie wszedzie. Nie jestem tez liana, ktora musi sie kolo czegos okrecac. A juz na pewno niekoniecznie wokol piaskowej sosny czy tatrzanskiego smerka. Jezeli tesknie, to za ludzmi, i to za ludzmi w innym nawet klimacie”-pisal.
Dopiero „mlodzi dwudziestoletni”, wychowani w dzisiejszej wolnej Polsce mogliby sie sie pod tymi slowami podpisac. Ci ktorzy wyjezdzaja na drugi koniec swiata, jak Bobkowski, w poszukiwaniu „przestrzeni”. Nie za chlebem, ale za wolnoscia. Znajoma wyprowadzila sie do Peru, w sam srodek Puszczy Amazonskiej, bliski przyjaciel porzucil Europe dla Argentyny i wyglada na to, ze sie dobrze zadomowil i nie zamierza wracac. Dopiero teraz ich rozumiem. Swego czasu odradzalam, bo wydawalo mi sie, ze nie mozna zyc poza Europa.
„Pozwolic czlowiekowi ZYC – oto jedyny system i ideologia. Pozwolic zyc a nie KAZAC zyc, zostawic mu wybor jego celu zycia, a nie narzucac z gory”. Piekne motto na zycie. Nieprawdaz?


poniedziałek, 28 czerwca 2010

W domu Jeana Cocteau

W takie upalne dni jak dzisiejszy, miasto nie nadaje sie do zycia. Trzeba uciekac, aby pooddychac lasem, woda...Wiec wyruszylismy przed siebie zachodnia objazdowka na poludnie, w strone autostrady slonca-A6. Korki. O jedenastej rano na czteropasmowej objazdowce. Stoimy w korkach.

Wreszcie wydostajemy sie na autostrade. Kierunek Milly-la-Fôret. Dwa dni temu, Pierre Bergès (byly przyjaciel Yves Saint Laurenta) otworzyl tam, w domu artysty, muzeum Jeana Cocteau. Wjezdzamy do czarujacego, sredniowiecznego miasteczka o niskiej architekturze i domach zbudowanych z kamienia. Przeszkadzaja tylko samochody. Dom Cocteau usytuowany jest w waskiej uliczce niedaleko kosciola. Z okna wyglada jakas kobieta „to tam...”. Jeszcze nie ma zadnych tabliczek ani kierunkowskazow, trzeba pytac.


Dom jest dyskretnie schowany na samym koncu waskiej uliczki. Cocteau kupil go w roku 1947 roku na spolke z Jeanem Marais. Byli chyba wowczas razem, choc niedlugo pozniej dolaczyl do nich Eduard Dermit. Dermit mieszkal w domu po smierci artysty az do 1995 roku. I to on zachowal wszystkie wystawione pamiatki po Cocteau, oryginalne rekopisy, rysunki, zdjecia i meble.



Zachwyca niezwykle wyrafinowany wystroj wnetrz, zwlaszcza pracowni i salonu. Cale mnostwo przepieknych przedmiotow, mebli, bibelotow. We wnetrzach przyciagaja uwage wielkie ilosci manukryptow umieszczonych w zamknietych gablotach, zdjecia i portrety arytysty. Duzo zdjec.

Jean Cocteau byl wyjatkowo fotogeniczny. Przystojny. W malej salce na parterze wyswietlany jest z nim wywiad. Padaja slowa. „kazdy arytysta, tym co robi maluje przeciez wlasny portret. Wystarczy jedna linia, jedna kreska i wiadomo, ze to wlasnie on. Mysle, ze gdybym poprosil moich przyjaciol o zrobienie jej, to nie mialbym trudnosci w zgadnieciu ktora kreska do kogo nalezy...” . A wsrod jego przyjaciol byl Modigliani, Picasso, Warhol...


W Milly-la Fôret, gdzie spedzil ostatnie siedemnascie lat swojego zycia znalazl to, co najwazniejsze jego zdaniem w zyciu - kadr. Pisal tam, zapraszal przyjaciol, uprawial swoj piekny, pelen kwiatow ogrod.

Bardzo podobaly mi sie manuskrypty pokazujace jego technike pracy-tych kilka slow rzuconych na biala kartke papieru-zupelnie chaotycznych i pozornie bez sensu, ktore pozniej ukladac sie beda w poezje, dramaty.



W jednej z powiesci, Opium, opisywal wlasna terapie odwykowa. Wywolala skandal, podobnie jak i wiele innych jego dziel. Mysle, ze byl bardzo podobny do naszego Witkiewicza. Nie wiem, czy ktos kiedys zdobyl sie na porownanie obu artystow, ale jesli nie, to jest to do zrobienia. Laczyly ich narkotyki, wyobraznia, talent i te same pasje, ktorych Witkiewicz nie mogl niestety do konca zrealizowac.


niedziela, 22 listopada 2009

Czy mozna bylo powstrzymac Shoah?

Dlugo przymierzalam sie do przeczytania tej ksiazki. Szczerze mowiac, nie bardzo wierzylam, ze francuski eseista moze cos nowego wniesc do naszej wiedzy o Janie Karskim. Kilka dni temu przyznano jej kolejna nagrode, tym razem, prestizowa „Interallié” i to mnie ostatecznie zmobilizowalo do lektury.

Ksiazka Yannicka Haenela sklada sie z trzech czesci. W pierwszej, autor wlasnymi slowami opowiada o obrazach zarejestrowanych przez Claude’a Lanzmanna w 1985 roku podczas krecenia wywiadu z Janem Karskim do filmu „Shoah”. Szczegolowo analizuje jego zachowanie, sposob mowienia, prace kamery. Druga czesc ksiazki, to relacja faktow zawartych w ksiazce wydanej zaraz po wojnie przez Jana Karskiego w Stanach Zjednoczonych zatytulowanej „Tajne panstwo”. Jest to jego historia. Historia walki o zaprzestanie zaglady Zydow. Trzecia czesc ksiazki, to fikcyjny monolog Karskiego, jego „zycie po zyciu” czyli piecdziesiat lat bezsennych nocy spedzonych na rozmyslaniach napisany przez Haenela na podstawie m.in jego biografii "Karski, How one Man Tried to stop the Holocaust" Wooda i Jandowskiego.
Przeznaczenie powierzylo Janowi Karskiemu jedna, jedyna misje: wstrzasnac opinia publiczna i politykami na tyle, zeby powstrzymac Holokaust. W 1942 roku zostaje wydelegowany przez AK jako emisariusz i naoczny swiadek zaglady do Anglii i Stanow Zjednoczonych. Aby wywiazac sie z zadania, zostaje przez dzialaczy zydowskich dwukrotnie wprowadzony do getta. Widzi sceny, ktore sa, jak mowi „rodzajem piekla” :zwloki martwych ludzi, umierajace z glodu dzieci, potworny brud i nedze. Drugim miejscem do ktorego udaje mu sie dostac, to oboz przejsciowy dla Zydow w Izbicy Lubelskiej. Haenel bardzo szczegolowo przytacza przerazajace opisy Karskiego.

Majac w pamieci obrazy eksterminacji ludnosci zydowskiej przez Niemcow, wyrusza w podroz do Anglii a pozniej do Stanow Zjednoczonych aby przestrzec, sklonic Aliantow do reakcji . Chce zapobiec calkotej zagladzie Zydow. Robi wszystko, co jest w jego mocy, ale osoby z ktorymi rozmawia albo mu nie wierza albo sa calkowicie obojetne na jego swiadectwa. Swoja akcje rozpoczyna w listopadzie 1942 roku. Od tego momentu swiat nie moze juz mowic, ze "nie wiedzial". Karski opowiada wszystkim, kogo spotka, o tym co zobaczyl w getcie warszawskim. Sa wsrod jego sluchaczy tacy ludzie jak Wells, Koestler. Wreszcie, o spotkanie prosi go nawet sam prezydent Roossvelt.

Yannick Haenel opowiada bardzo szczegolowo o spotkaniu Karskiego z Roosweltem. Prezydent sluchajac historii Karskiego ziewa, jest obojetny, bez reakcji. Karski konstatuje, Alianci wiedzieli o zagladzie Zydow, ale nie mieli zadnego interesu w ich ratowaniu, choc mieli ku tego srodki. Mogli postawic Niemcom warunki, ze jesli nie zaprzestana eksterminacji, to zostana przez Aliantow zbombardowane miasta niemieckie. Mogli bombardowac linie kolejowe ktore dowodzily wiezniow do Oswiecimia. Mogli...Ale nic takiego sie nie stalo. Ten plan nie byl czescia strategii wojskowej ani Stanow, ani Rosjan ani Anglii. Haenel w imieniu Karskiego oskarza Aliantow, ze pozostawili Zydow samych sobie, bez zadnej pomocy i obrony. „Alianci wygraja wojne, za rok, dwa, trzy-mowi Karskiemu jeden z jego przewodnikow po getcie warszawskim- ale co z tego, jesli Zydzi juz wtedy przestana istniec”-pisze w swojej ksiazce Haenel.

Yannick Haenel jest niezwykle zyczliwy dla Polakow. Nie oskarza lecz stara sie zrozumiec dlaczego wlasnie Polacy sa najczesciej oskarzani o antysemityzm, przeciez... gdzie indziej nie bylo lepiej niz w Polsce. Pisze:„...nie mozna byc Polakiem, bo Polak oznacza wstyd i mimo, ze Polacy nie byli odpowiedzialni za zaglade Zydow, bedzie sie ich traktowalo jako katow. Mimo, ze 3 mln polskich Zydow zostalo zgladzonych, istnieje jakis rodzaj nieufnosci wobec Polakow. Polska kojarzy sie z Zaglada tylko dlatego, ze w Polsce miala miejsce eksterminacja Zydow europejskich. Wybierajac to miejsce, jako miejsce Zaglady, nazisci wykonczyli Polske. I mimo, ze Polacy byli ofiarami nazizmu, ofiarami stalinizmu i udalo im sie przeciwstawic temu podwojnemu naciskowi, swiat bedzie zawsze widzial w Polaku kata a Polske, jako miejsce zbrodni”.
Dalej pisze Haenel, ze przyczyna tego stanu rzeczy jest prosta. Oskarzajac Polske i Polakow, niejako zmywa sie krew ze swoich rak. Tuszuje cynizm i obojetnosc.

Ksiazka zostanie przetlumaczona i wydana na poczatku przyszlego roku w Wydawnictwie Literackim. Na pewno warto ja przeczytac, chocby po to, aby dowiedziec sie wielu nowych, nieznanych faktow z zycia Jana Karskiego, bezwzglednie jednej z najpiekniejszych postaci XX wieku. Autora imponuje nam wiedza i zrozumieniem spraw polskich.

W najblizsza srode, 25 listopada 2009 o godz.19.00 na paryskiej Sorbonie odbedzie sie spotkanie autorskie z Yannickiem Haenelem. Adres: 17, rue de la Sorbonne, 75005 Paris, Amphithéâtre Milne Edwards, Escalier B ou E, niveau F