foto

foto
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bilet teatralny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bilet teatralny. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 września 2014

Grisélidis Réal-po prostu kobieta

Pochowano ją na cmentarzu zasłużonych w Genewie- „Cmentarzu królów”-obok najwybitniejszych ludzi Republiki, obok Kalwina. Protestancka, sztywna, ale bardzo ludzka Genewa pozwoliła, aby napisano na jej grobie: Pisarka, Poetka, Prostytutka- z dużej litery. Ale była jeszcze kimś więcej- kobietą głodną wolności, aktywistką walczącą o prawa prostytutek w Szwajcarii i we Francji, osobą, która udzieliła z setkę wywiadów, napisała pięć książek,  brała udział w konferencjach, urodziła czworo dzieci. To sporo jak na jedno życie, nieprawdaż? Mawiała: „lepiej prostytuować swoją pupę czy swoją duszę? Pupę, oczywiście! Może jest to bardziej uciążliwe, ale za to czystsze”.

W małym paryskim teatrzyku na Montmartrze „Manufacture des Abbesses”od kilku dni grane jest przedstawienie oparte na napisanych przez nią książkach. Nosi ono tytuł „Batalie królowej”. Trzy aktorki grają Grisélidis, w trzech okresach jej życia: gdy miała lat 30, 50 i 70. Ten najbardziej dojrzały okres, gdy była już ciężko chora,  gra brawurowo znakomitość teatralnej i filmowej sceny Paryża-Judith Magre: siedzi przy biurku i opowiada jak potwornie maltretują ją lekarze, popija lekarstwa winem, obiera warzywa, notuje w swoim kajeciku różne myśli. Ma już zaawansowanego raka, ale i tak "nie spodziewała, że będzie żyć tak długo”. Grisélidis umiera w wieku 75 lat. Wiek średni odtwarza autorka scenariusza i reżyserka przedstawienia-Françoise Courvoisier. Czyta kajecik, w którym pisarka notowała informacje o swoich klientach, ich fantazjach, zachciankach i potrzebach: z niewątpliwym talentem literackim i dowcipem.  Prostytucja to „sztuka, humanizm i nauka”-powtarzała.
Tę najmłoszą Grisélidis- naiwną i zakochaną (tekst oparty jest na notatkach sporządzonych w więzieniu) gra Elodie Bordas, młoda szwajcarska aktorka.

Przez całe swoje życie, pisała, żeby „nie umrzeć”. Posiadała ogromną kulturę literacką wyniesioną z lektur przeczytanych w więzieniu, gdzie trafiła za sprzedaż marihuany amerykańskim żołnierzom. Czytała tam, na przykład Flauberta- Madame Bovary, tę książkę ubóstwiała. Zaczęła się prostytuować w Niemczech, żeby się utrzymać i mieć na jedzenie dla dzieci. Po powrocie do Genewy otrzymała nawet stypendium na pisanie książek, ale prostytucja stała się jej sposobem na życie.

W Genewie wszyscy wiedzą kim była Grisélidis, w Paryżu chyba też. W latach 70-tych brała udział w manifestacjach, walczyła o prawa dla prostytutek we Francji, była liderką ruchu. Uważała, że prostytucja spełnia ważną rolę społeczną, pomaga ludziom żyć, jest  też po prostu zawodem. Nie znosiła moralizowania. „Gdyby moralność dawała gwarancję szczęścia, to od dawna byśmy o tym wiedzieli”-mówiła.

Jeśli chcecie wysłuchać opowieści o życiu legendarnej genewskiej pisarki i prostytutki, to przedstawienie jest grane w „La manufacture des Abbesses” do 19 października  2014.

Adres: 7. Rue Veron, Paris 18eme.

"Ciało kobiety należy tylko do niej i może nim ona dysponować tak, jak jej się podoba"-oto fragment wywiadu z Grisélidis:




niedziela, 18 listopada 2012

Sandy, Nowy Jork i mrożący krew w żyłach Makbet


Nie było mnie tu prawie dwa tygodnie, czas listopadowych wakacji. Przez ten czas przemierzyłam kilka tysięcy kilometrów w powietrzu i kilkadziesiąt pieszo. Po innym kontynencie. W innej strefie czasowej. Jak przestrzegali bardziej doświadczeni niż ja podróżnicy, w tamtą stronę łatwiej, powrót okazał się trudniejszy, przez wiele dni nie potrafiłam oddzielić dnia od nocy, budząc się w ciemnościach i nie mogąc na powrót zasnąć.

 Nowy Jork. Miałam go podziwiać z 47 piętra jednego z tych wieżowców, których panoramę widzimy z Brooklyn Heights, z drugiej strony rzeki East River. Kąpać się w basenie i spacerować po tarasie widokowym mieszczącym się na dachu wieżowca. Ale nieoczekiwanie, kilka dni przed odlotem, moje plany runęły w gruzy. Zniszczył je Sandy.

Na lotnisku JFK znalazłam się trzy dni po przejściu żywiołu. Przez pierwsze trzy noce ukrywaliśmy się na głębokiej amerykańskiej wsi, a raczej na zasobnym osiedlu, gdzie realizuje się „amerykański sen”, przed domami stoi po kilka opasłych samochodów-fortec, błyszczą w słońcu białe fasady domów, przed które codziennie zajeżdża pojazd objazdowych listonoszy, wkładając do każdej skrzynki gazetę popierającą kandydata Republikanów, Mitta Romneya, a których mieszkańcy już na samą myśl o Obamie wzdrygają się ze złych emocji.

Huraganowi Sandy zawdzięczam jednak, że mogłam po raz pierwszy, choć krótko, zobaczyć Boston i słynne Muzeum of Fine Arts z największymi po Paryżu zbiorami Moneta.
Ale po trzech dniach wiejskiego spokoju podmiejskim pociągiem dotarliśmy do Miasta. Zamiast wśród drapaczy chmur nowojorskiej dzielnicy Finansów, znalazłam się w najbardziej paryskiej z dzielnic nowojorskich, w Soho, tuż w pobliżu mitycznej Chinatown i Little Italy. Na śniadanie można tam w pobliskich kawiarenkach dostać croissanty, i wypić taką samą kawę jak w paryskich „brasserie”. Po ulicach Soho przemieszczają się długonogie, designersko ubrane młode pary, trzymając w ręku tomiki wierszy Whitmana.

Chinatown to najbardziej egzotyczne miejsce jakie zdarzyło mi się widzieć w życiu. Może ze względu na oczy żab patrzące na nas z każdego sklepu z rybami i nabiałem, a może ze względu na populację, jednorodną, jednojęzyczną, zamkniętą na sobie.
To, co najbardziej nas intryguje to moda na wszystko co „organic”. Jest to chyba słowo, które najczęściej podczas mojego pobytu słyszałam, słowo magiczne,  na które otwiera się portmonetka nowojorczyków. Organiczne jest jedzenie sprzedawane w luksusowych sklepach w Soho i pobliskim Greenwich Village, organiczne czyli zaprojektowane z drewna, skóry i materiałów naturalnych meble w designerskich butikach. Nawet hamburgery mogą być „organiczne”, choć wówczas rachunek za nie jest bardzo słony. Jest coś perwersyjnego w tej tendencji do recyklingu, tworzyw naturalnych i biologicznego stylu życiu, a jednocześnie do niebotycznych rozmiarów rozwiniętej motoryzacji. Ale może takie właśnie są paradoksy Ameryki?

Codziennie rano chodziłam na śniadanie do miejsca, które poleciłabym każdemu odwiedzającemu Nowy Jork, a kochającemu dobrą kawę, towarzystwo i książki. To niewielkich rozmiarów księgarnio-kawiarnia z kilkunastoma stolikami i bardzo niezwykłą dekoracją- McNally Jackson Books. Książki są wszędzie, wiszą nawet podwieszone do sufitu. Ściany tej kawiarni są pokryte tapetą pokrytą drukiem. Oczywiście nie mogłam się nie skusić, żeby nie zajrzeć na zawieszone tytuły-sama klasyka: Kerouac, Bellow…Tam się też zbiera, jak zdążyłam zauważyć, nowojorska cyganeria z Soho i całego Manhattanu, czytając bez żadnego pośpiechu dobre książki, codzienną prasę i magazyny dosłownie na każdy temat związane ze sztuką i literaturą. To miejsce, z którego nie chce się wychodzić.






Przyznam się, że zupełnie nieśpiesznie włóczyłam się tym razem i ja. Nieturystycznie, bo nie dotarłam ani do Momy, ani do metropolitańskiego Muzeum sztuki. Wyprawiłam się natomiast do Brooklynu, gdzie w Williamsburgu i Buschwicku skupia się dziś młode życie artystyczne miasta. Oraz do Queensu, gdzie chyba nie tak dawno otwarte zostało muzeum ruszającego się obrazu „Mowing Image” i gdzie można zobaczyć na przykład takie cudeńka jak stare kamery, wraz z wyjaśnieniem ich działania, którymi filmy kręcił Hitchcock, albo w których grała Audrey Hebpurn. A propos Audrey Hebpurn, to nie mogłam się oczywiście nie skusić na obejrzenie, po raz pierwszy, domu w którym powstała mityczna już dziś powieść „śniadanie u Tiffanyego” czyli gdzie mieszkała moja imienniczka Holly. Nie ma tam żadnej tabliczki, żadnej informacji o tym wydarzeniu. Toteż, gdy przez pomyłkę robiłam zdjęcia sąsiedniej klatce, przez zamknięte okno, nieznana mi kobieta, pokazała palcem, ten właściwy, sąsiedni dom. Wiem, nie byłam pierwsza, która postanowiła to przesławne miejsce odwiedzić.



Ale punktem kulminacyjnym całej mojej eskapady było  wydarzenie teatralne, o którym trąbi cała nowojorska prasa. Zacznę może od tego, że przygotowano mi, jako teatralnemu fanowi, wielką niespodziankę. Miałam się stawić o godzinie 23.30, a więc tuż przed północą, pod wskazanym mi wcześniej adresem na 27 ulicy, w starych opuszczonych magazynach  przekształconych na tę okazję w hotel o intrygującej nazwie Mc Kittrick,  w wygodnych butach i koniecznie nie na szpilkach! Miało się dziać!

Przed budynkiem czekała już pokaźna grupa ludzi. Wpuszczano pojedynczo. Wchodziło się do mrocznego pomieszczenia w którym mieściła się szatnia. Należało w niej pozostawić ubrania, torby, telefony-słowem wszystkie przedmioty osobiste w zamian wręczano wenecjańską karnawałową maskę, którą należało założyć na twarz i do końca przedstawienia nie zdejmować, a ponadto nie mówić, ani jednego słowa do końca wydarzenia, które miało się zakończyć około drugiej nad ranem.

Następnie przechodząc kilkaset metrów ciemnym korytarzem-labiryntem wchodziło się w przestrzeń przypominającą dom zamieszkały przez duchy. Na sześciu piętrach domu, w kilkunastu przestrzennych pomieszczeniach, na każdym piętrze, rozgrywała się tragedia Makbeta, którą widzowie mogli dowolnie śledzić przemieszczając się po piętrach, pokojach, sypialniach i knajpach hotelu Mc Kittrick pośród imponującej dekoracji starych mebli, wypchanych zwierząt, sal biesiadnych i lasu. Nie wiem, jak to funkcjonowało, że wędrując właściwie bez przerwy spotykaliśmy się wszyscy razem na najważniejszych scenach sztuki Szekspira. Czasem przysiadało się na chwilę obok rozgrywającego scenę z ciężarną żoną Makdufa, aby w chwilę później popędzić za przemykającą przez pokój w ciemnościach zakrwawioną Lady Makbet.


                          Scena z przedstawienia "Sleep no more" Zdjęcie: Ben Brantley

Kilkanaście sal, w których rozgrywa się akcja to pracownie wypychania zwierząt, nocne bary, sale balowe, mroczne korytarze, sale szpitalne- świadectwa nocnego, mrocznego życia w upadłej dzielnicy. Były też obrazy makabrycznej orgii, na którą trafiało się podczas pogoni  w dół i w górę, po schodach, w zakątki takie na przykład jak dziecięca ochronka, z kilkunastoma dziecięcymi łóżeczkami z ubiegłego wieku oraz towarzyszącymi tej instytucji rekwizytami, starymi nocnikami czy pachnącymi mocno naftaliną ubrankami dzieci. Była też chatka czarownic, w której nas zamykano, aby wyjawić tajemnice przekazane nieszczęśliwemu Makbetowi.

Podczas przedstawienia nie padło ani jedno słowo. Sytuacje opisywane były gestem, ruchem, dekoracją, dotykiem-przy pomocy wszystkich zmysłów…Używano minimalnego oświetlenia, co jeszcze bardziej pomagało nam wchodzić w klimat sztuki Szekspira. Natomiast klimat podtrzymywała wprowadzająca nas w ten niezwykły nastrój muzyka. Ponoć taka sama, której używał w swoich thrillerach Hitchcock.

Czym był ten dziwny teatr? Rodzajem performancu-na pewno, ale czym jeszcze? Złamane zostały wszystkie zasady obowiązujące w tradycyjnym teatrze, nie było ani określonego miejsca akcji, ani krzeseł, ani widowni. Przedstawienia nie można było oglądać w całości, a jedynie w poszarpanych fragmentach. I czy ubrani w te karnawałowe maski nie przekształciliśmy się z widzów w ciekawskich- „podglądaczy”? podpatrując toczące się na naszych oczach życie? Czym była podejrzana przyjemność oglądania mrożących krew w żyłach scen nagich, bezwstydnie kąpiących się w wannie, zabrudzonych krwią małżonków ze sztuki Szekspira?

Scena z przedstawienia "Sleep no more" Zdjęcie: Ben Brantley

Gdy Makbet w końcowej scenie zawisa na szubienicy, widzowie instynktownie wychodzą z sali przechodząc do…jazzowego klubu z lat 30-tych (okresu z którego pochodzą dekoracje) z murzynką o pięknym głosie, wielkim biuście i cudownym głosie przy mikrofonie, rozklekotanym pianinem i szczerzącym zęby do publiczności kontrabasistą. Tak rozpoczęła się trwająca do świtu zabawa.

To był mój ostatni wieczór w Nowym Jorku, rodzaj pożegnania z miastem. Przejeżdżaliśmy już prawie nad ranem do naszego hotelu na Soho mijając po drodze dziesiątki nocnych klubów, z tłumami młodzieży przed każdym z nich. To miasto, chyba nigdy nie śpi...






sobota, 28 stycznia 2012

W "Poczekalni" Krystiana Lupy



W drodze do stacji metra, które miało mnie zawieźć na przestawienie Krystiana Lupy minęłam dwóch znajomych żebraków. Pierwszy stoi tam codziennie, młody mężczyzna, Francuz,  ma na imię Cedric. Pod sklepem Monoprix- kobieta- nie wiem, nigdy nie pytałam skąd jest. W metrze, w „trójce”, w którą wsiadam przy placu Pereire - jeszcze jeden. Jak to się dzieje, że któregoś dnia podwinęła im się noga, zaciął się mechanizm, przestali przystawać do naoliwionego, sprawnie działającego społecznego zegarka, wypadli z obiegu życia? Nigdy nie miałam odwagi, aby im to pytanie postawić, bo czyż mam do tego prawo? Gdy gasną światła, i ukazuje się pierwsza scena „Poczekalni” ,szwedzkiego pisarza Larsa Norena w reżyserii Krystiana Lupy, mam wrażenie, jakby znaleźli się na niej wszyscy moi uliczni bohaterowie, jakbym zeszła do opuszczonych podziemi paryskiego metra lub  parkingu,  te same materace, barłogi sklecone ze starych szmat, grafitti na murach lochu.

Na scenie młoda dziewczyna wstrzykuje swojemu chłopakowi heroinę. On się na nią wścieka a ona, z ciepłem i matczynym spokojem „robi mu dobrze”, uspakaja, przytula do siebie. Później do tego podziemnego niby-azylu, niby-raju wkraczają tacy sami jak oni „nieprzystosowani”: na wpół obłąkany filozof, piękna dziewczyna-poetka, która wydała dwa tomiki wierszy, ale którą rodzina zamknęła w azylu psychiatrycznym, bezdomni, bezrobotni, psychotycy…

Znajdujemy się podziemnym świecie piętnaściorga młodych ludzi, którzy na naszym oczach opowiadają, snując monologi, swoją traumę. Z ekranów nad sceną płyną, "niczym freudowski  wolny strumień świadomości"ich wspomnienia z życia "na górze". Każdy z osobna opowiada o bólu, o okaleczającej przeszłości. Jest tylko klimat życia, żadnej akcji.




Krystian Lupa napisał w programie „To, co nas fascynowało, to zjawisko azylu, to znaczy miejsca do którego są wyrzucani ludzie, w których tkwi pewien rodzaj niemocy  uniemożliwiający im życiową walkę, dlatego też  nie są oni akceptowani. A w tym miejscu, odnajdują pozwolenie na życie. To „na dnie”,  jest rodzajem raju, gdzie można żyć i być coś wartym.

Poczekalnia Krystiana Lupy to niezwykły, piękny i ważny spektakl. Z wielu względów. Może zacznę od niezwykłej odwagi starego mistrza, który nie boi się ekstremalnych środków, uzasadnionych i genialnie pokazanych. Nie powiem zagranych, bo nie odniosłam wrażenia, że aktorzy w którymkolwiek momencie grają. Raczej są, całą swoją osobą, umysłem, zachowaniem i ciałem postaciami ze sztuki Larsa Norena. Nie ma w nich żadnej głupiej pruderii, żadnych zahamowań.

Pod drugie, ponieważ nie boi się forsowania własnego języka teatralnego, który jest surowy, twardy, brutalny, ale to jest jedyny język, którym można opisać dzisiejszy świat. 

Ponieważ dotyczy sytuacji młodzieży, ich beznadziei, kompletnego zagubienia i najczęściej nawet trudnej do uchwycenia chwili, gdy przechodzi sie na drugą stronę "lustra"

Trzeba koniecznie obejrzeć „Poczekalnię” Krystiana Lupy. „To przedstawienie to cud”-napisał francuski krytyk teatralny a ja  chętnie bym się pod taką oceną podpisała.  Bo my też przecież żyjemy w "poczekalni". Nawet jeśli jeszcze o tym nie wiemy.


niedziela, 6 listopada 2011

Castellucci kontra katolicy czyli o granicach artystycznej wolności


Od mniej więcej dwóch tygodni paryski świat teatralny elektryzuje burza wokół spektaklu włoskiego reżysera  Romeo Castollucciego zatytułowanego „O twarzy. Wizerunek syna Boga”. Jest to opowieść o starym chorym, nietrzymającym kału ojcu i opiekującym się nim synu. Potężną drakę wszczęło środowisko francuskich tzw. katolickich integrystów czyli stowarzyszenie Civitas i Francuska Odnowa, nie dopuszczając czy też przerywając przedstawienie przy pomocy protestów, krzyków, śmierdzących jajek i bomb rzucanych w kierunku widowni. Była to reakcja na bluźniercze, ich zdaniem, przedstawienie włoskiego reżysera, podczas którego na twarz Chrystusa malowaną przez Antonello de Messina rzucane są kamienie i brunatna farba, która symbolizuje w  tym przedstawieniu ekskrementy. Protestujący katolicy twierdzili, że w przedstawieniu w twarz Chrystusa rzuca się po prostu gównem-Castellucci temu zaprzeczył-używa tylko farby, takiej samej, jakiej używają dzieci w szkole.

Ponieważ konflikt wokół przedstawienia odbywał się przed i wewnątrz budynku Teatru Miejskiego, natychmiast włączyły się w to władze miasta potępiając integrystyczne, fanatyczne, faszyzujące-ich zdaniem-  środowiska katolickie, które próbują ograniczyć artystyczną wolność, wolność słowa i zdobycze francuskiego Oświecenia. Włączyły się również z poparciem dla Castellucciego środowiska intelektualistów, podpisywano w jego obronie petycję.

Akcje francuskich katolików potępił nawet arcybiskup Paryża, Andre Vingt-Trois, zrzucając odpowiedzialność za przemoc na ruch lefebrystów  oraz twierdząc , że organizujący protesty przed teatrem nie reprezentują wszystkich katolików a „prawdziwa wiara nigdy nie powinna być wymuszana siłą.”(…)” To, że mają dobre intencje bynajmniej nie oznacza, że mają rację”. Jesteśmy w obliczu ludzi, którzy  organizują się po to, aby manifestować przemoc i aby pisano, co się zresztą stało, o nich a gazetach”-powiedział arcybiskup Paryża w katolickim dzienniku „La Croix”.

Miałam ostatnio okazję zobaczyć przedstawienie przy okazji wrocławskiego festiwalu Dialog, ale na nie nie poszłam. Nie jest to mój teatr, nie znoszę w teatrze estetyzowania dla estetyzowania, potwornej brutalności, którą przepełnione są wszystkie jego spektakle a ponadto podejrzewam, że za pozorną chęcią „pokazania upadku piękna”-jak tłumaczył się w prasie francuskiej reżyser, kryje się po prostu narcystyczna, nieokiełznana chęć wywołania efektu na widzach. Uważam go po prostu za kabotyna i nikt mnie nie przekona, że tak nie jest. Sprawa teatralnego gustu i tyle.

Ale wczoraj pojechałam z ciekawości do centrum „104”, mieszczącego się na obrzeżach Paryża, w 19 dzielnicy, do którego z centrum miasta, od 2 października przeniesiono przedstawienia Castelluciego.  Bilety były oczywiście wszystkie wyprzedane, drzwi pilnowało kilkunastu szerokich w barach  cerberów.   I przeżyłam szok. Bo chyba od czasu stanu wojennego, gdy władze komunistyczne przygotowywały się do walki z manifestantami po stanie wojennym nie widziałam takiej ilości policyjnych wozów i ciężko uzbrojonych policjantów. Wzdłuż wszystkich okolicznych ulic stały radiowozy. Tymczasem na małym placyku, z kilkoma chorągiewkami w dłoni śpiewało religijne pieśni kilkanaście osób. I to mieli być ci groźni ekstremiści? Mieli w dłoniach sztandar „Jesteśmy Chrześcijanami i jesteśmy z tego dumni”. Ich protest wydał mi się śmiesznie słaby, żaden w porównaniu z siłami policyjnymi i obstawą, jaką zastosowano w obronie przedstawienia Castellucciego. W obronie wolności artysty.







Po powrocie do domu przeczytałam kabotyńską deklarację włoskiego reżysera, który „odpuszcza tym, którzy nie dopuszczali, aby mogło odbyć się jego przedstawienie, bo nie wiedza co czynią…”. Obejrzałam też na you tube fragmenty przedstawienia, podczas którego młodzi chłopcy rzucają kamieniami w twarz Chrystusa.



Jestem o kilometry drogi świetlnej odległa od jakiegokolwiek katolickiego fundamentalizmu, niezwykle ważna jest dla  mnie wolność słowa, prawo artysty do wolności wypowiedzi, ale parafrazując zasadę wedle której żyją i którą  wpoili we mnie Szwajcarzy, nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Czy wiedząc, że osoba Chrystusa jest dla milionów ludzi przedmiotem kultu i miłości, nie powinna być jednak pod ochroną? A gdyby tak kamieniami, i symbolizującymi ekskrementy płynami rzucano w postać kogoś mi bliskiego, kochanej osoby, idola, mistrza, czy zareagowałabym inaczej?

Jakie są granice artystycznej wolności? Czy skoro Bóg nie istnieje, to wszystko jest dozwolone?-jak pytał Dostojewski.


poniedziałek, 10 stycznia 2011

Cyrk Eloise bawi sie w deszcz


Wyobrazcie sobie miejskie podworko  Majowe popoludnie, robi sie coraz bardziej duszno, ptaki znizaja lot, zaby wychodza ze swoich kryjowek. Zbiera sie na burze. I nagle wsrod zanikajacych promykow slonca,  spada z nieba na ziemie cieply deszcz, najpierw niesmialy a pozniej coraz mocniejszy. Leje jak z cebra i wtedy, ze wszystkich klatek, piwnic i zakamarkow wysypuja sie na podworko chmary dzieci. Zaczynaja skakac po kaluzach, slizgac sie, bujac na trzepaku wystawiajac buzie do deszczu.  Piszcza i krzycza, spiewaja i tancza...nie potrafiac powstrzymac radosci.

O takiej radosci z deszczu, beztroskiej, naiwnej , cudownej opowiada spektakl „Rain” genialnego, chyba wloskiego, choc urodzonego w szwajcarskim Lugano rezysera Daniele Finzi Pasca. Do Paryza spektakl trafil z Montrealu, gdzie teatr Eloize, producent „Deszczu”  ma swoja siedzibe. Od czterech lat pokazywany jest doslownie na calym swiecie i dorobil sie najbardziej prestizowych nowojorskich wyroznien teatralnych. Jesli kiedykolwiek do was zawita, odwiedzcie go, aby choc na dwie godziny zaszyc sie w pelnej nostalgii, ciepla i beztroskiej radosci lat dziecinstwa.

Na czym polega  geniusz wloskiego rezysera? Sam cyrk, absolutnie fenomenalne wyczyny akrobatow, ktorym towarzysza ochy i achy publicznosci, sa tylko  jednym z elementow tego poetyckiego spektaklu. Wykorzystane sa wszystkie mozliwe inne formy teatralne takie jak pantomima  czy musical. Nie ma slow, ale akcje  opowiada cudowna muzyka, majaca swoje zrodlo albo w  najbardziej oddalonych zakatkach Puglii i Sycylii ,  wloskiej operze czy tez piesniach Andrea Bocellego i Roberto Alagnii. Tyle udalo mi sie wychwycic. Muzyka, niezwykle wazna w spektaklu jest miejscami pogodna, wesola, ludyczna a czasem wzniosla, minorowa, sklaniajaca do zadumy. Slychac sporo pieknych skrzypiec, akordeonu, samotnie akompaniujacego fortepianu, placzliwego klarnetu  czy tez  spiewanej poezji podczas najtrudniejszych numerow akrobatycznych. I aktorzy-akrobaci, ktorzy skacza, spiewaja, daja sie zamknac do walizki albo wspinaja do nieba po kotarze. Oczarowuja lekkoscia ruchow i plastycznoscia ciala.

Sam autor spektaklu powiedzial, ze gdy byl dzieckiem, uwielbial pierwsza burze w sezonie. I nawet gdy byla to niedziela i gdy byl  wystrojony przed wizyta u dziadkow, mial prawo zmoczyc buty biegajac po deszczu za czerwona pilka...”Wolnosc to rzadka przyprawa. Smak, ktory od czasu do czasu wybucha w naszym zyciu. Kiedy bylem dzieckiem przynajmniej raz do roku z kolegami mielismy prawo poczuc sie wolni.  Mowilismy na to „dac sie pokropic” i to bylo takie zaproszenie, aby wziac wszystko to, co spadalo z nieba, slonce czy tez wode, bez znaczenia. Z nieba powinny spadac rzeczy nieoczekiwane: wiadomosci, znaki, obietnice”-mowi  Daniele Pasca. Mysle, ze musi strasznie tesknic do swojej „ la bella Italia”. Jego spektakl przeszyty jest niezwykla nostalgia i pieknem, nostalgia ktora sie niestety udziela...

Na samym koncu ulicy przy ktorej dorastalam, po deszczu zbierala sie zazwyczaj woda. Tworzyla sie taka wielka kaluza, po ktorej przejezdzalo sie szybko rowerem, zeby uslyszec szum rozpryskujacego sie strumienia. Kiedys, juz jako dorastajaca panienka dostrzeglam w niej bawiace sie dzieci sasiadki, paplaly sie w tej wodzie-blocie podskakujac z zachwytu w mojej wielkiej kaluzy. Przygladalam sie im z rozbawieniem. Nagle na horyzoncie pokazala sie matka, krzyczac z daleka na mnie i na swoje maluchy. „Taka duza i taka nieodpowiedzialna- rzucila w moja strone”, zabierajac dzieci do domu. Rozejrzalam sie wokol siebie. Byl maj, miesiac w ktorym wszystko budzilo sie do zycia. W maju wychodzilam zawsze na podworze, gdy padal deszcz, ponoc krecily mi sie wtedy wlosy. Ogladajac „Rain” powracaja wspomnienia.


Pod koniec spektaklu lejace sie z nieba potoki wody tworza cos w rodzaju mokrej sciany. Aktorzy, niczym male dzieci wysypuja sie na scene i slizgaja na brzuchach i pupie po mokrej powierzchni wywolujac spontaniczny smiech widowni.

I jeszcze jedno. Nie zdziwcie sie, jesli uslyszycie ze sceny jakies polskie slowa, na przyklad „mokra pupa” czy tez liczenie raz, dwa, trzy...kilku  artystow cyrku Eloise to Polacy, wymienie chocby Natalie Adamiecka, Tomasza Ludwickiego i Lukasza Misztele. Natomiast kreatorem popisow akrobatycznych, trenerem i selekcjonerem artystow jest pan Krzysztof Soroczynski, ojciec znanego paryskim fanom teatru Iriny Brook,  Bartlomieja Soroczynskiego.A oto malutki wycinek z pieknego, dwugodzinnego przedstawienia.




Teatr Rond-Point, Cirque Eloize, „Rain czyli  deszcz w twoje oczy » Do 16 stycznia 2011.