foto

foto
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność słowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność słowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 listopada 2011

Castellucci kontra katolicy czyli o granicach artystycznej wolności


Od mniej więcej dwóch tygodni paryski świat teatralny elektryzuje burza wokół spektaklu włoskiego reżysera  Romeo Castollucciego zatytułowanego „O twarzy. Wizerunek syna Boga”. Jest to opowieść o starym chorym, nietrzymającym kału ojcu i opiekującym się nim synu. Potężną drakę wszczęło środowisko francuskich tzw. katolickich integrystów czyli stowarzyszenie Civitas i Francuska Odnowa, nie dopuszczając czy też przerywając przedstawienie przy pomocy protestów, krzyków, śmierdzących jajek i bomb rzucanych w kierunku widowni. Była to reakcja na bluźniercze, ich zdaniem, przedstawienie włoskiego reżysera, podczas którego na twarz Chrystusa malowaną przez Antonello de Messina rzucane są kamienie i brunatna farba, która symbolizuje w  tym przedstawieniu ekskrementy. Protestujący katolicy twierdzili, że w przedstawieniu w twarz Chrystusa rzuca się po prostu gównem-Castellucci temu zaprzeczył-używa tylko farby, takiej samej, jakiej używają dzieci w szkole.

Ponieważ konflikt wokół przedstawienia odbywał się przed i wewnątrz budynku Teatru Miejskiego, natychmiast włączyły się w to władze miasta potępiając integrystyczne, fanatyczne, faszyzujące-ich zdaniem-  środowiska katolickie, które próbują ograniczyć artystyczną wolność, wolność słowa i zdobycze francuskiego Oświecenia. Włączyły się również z poparciem dla Castellucciego środowiska intelektualistów, podpisywano w jego obronie petycję.

Akcje francuskich katolików potępił nawet arcybiskup Paryża, Andre Vingt-Trois, zrzucając odpowiedzialność za przemoc na ruch lefebrystów  oraz twierdząc , że organizujący protesty przed teatrem nie reprezentują wszystkich katolików a „prawdziwa wiara nigdy nie powinna być wymuszana siłą.”(…)” To, że mają dobre intencje bynajmniej nie oznacza, że mają rację”. Jesteśmy w obliczu ludzi, którzy  organizują się po to, aby manifestować przemoc i aby pisano, co się zresztą stało, o nich a gazetach”-powiedział arcybiskup Paryża w katolickim dzienniku „La Croix”.

Miałam ostatnio okazję zobaczyć przedstawienie przy okazji wrocławskiego festiwalu Dialog, ale na nie nie poszłam. Nie jest to mój teatr, nie znoszę w teatrze estetyzowania dla estetyzowania, potwornej brutalności, którą przepełnione są wszystkie jego spektakle a ponadto podejrzewam, że za pozorną chęcią „pokazania upadku piękna”-jak tłumaczył się w prasie francuskiej reżyser, kryje się po prostu narcystyczna, nieokiełznana chęć wywołania efektu na widzach. Uważam go po prostu za kabotyna i nikt mnie nie przekona, że tak nie jest. Sprawa teatralnego gustu i tyle.

Ale wczoraj pojechałam z ciekawości do centrum „104”, mieszczącego się na obrzeżach Paryża, w 19 dzielnicy, do którego z centrum miasta, od 2 października przeniesiono przedstawienia Castelluciego.  Bilety były oczywiście wszystkie wyprzedane, drzwi pilnowało kilkunastu szerokich w barach  cerberów.   I przeżyłam szok. Bo chyba od czasu stanu wojennego, gdy władze komunistyczne przygotowywały się do walki z manifestantami po stanie wojennym nie widziałam takiej ilości policyjnych wozów i ciężko uzbrojonych policjantów. Wzdłuż wszystkich okolicznych ulic stały radiowozy. Tymczasem na małym placyku, z kilkoma chorągiewkami w dłoni śpiewało religijne pieśni kilkanaście osób. I to mieli być ci groźni ekstremiści? Mieli w dłoniach sztandar „Jesteśmy Chrześcijanami i jesteśmy z tego dumni”. Ich protest wydał mi się śmiesznie słaby, żaden w porównaniu z siłami policyjnymi i obstawą, jaką zastosowano w obronie przedstawienia Castellucciego. W obronie wolności artysty.







Po powrocie do domu przeczytałam kabotyńską deklarację włoskiego reżysera, który „odpuszcza tym, którzy nie dopuszczali, aby mogło odbyć się jego przedstawienie, bo nie wiedza co czynią…”. Obejrzałam też na you tube fragmenty przedstawienia, podczas którego młodzi chłopcy rzucają kamieniami w twarz Chrystusa.



Jestem o kilometry drogi świetlnej odległa od jakiegokolwiek katolickiego fundamentalizmu, niezwykle ważna jest dla  mnie wolność słowa, prawo artysty do wolności wypowiedzi, ale parafrazując zasadę wedle której żyją i którą  wpoili we mnie Szwajcarzy, nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Czy wiedząc, że osoba Chrystusa jest dla milionów ludzi przedmiotem kultu i miłości, nie powinna być jednak pod ochroną? A gdyby tak kamieniami, i symbolizującymi ekskrementy płynami rzucano w postać kogoś mi bliskiego, kochanej osoby, idola, mistrza, czy zareagowałabym inaczej?

Jakie są granice artystycznej wolności? Czy skoro Bóg nie istnieje, to wszystko jest dozwolone?-jak pytał Dostojewski.